Kilka dni temu, pośród innych „eventów” na Foksal, odbyła się konferencja panelowa nt.”Nie tylko artykuł 212”, zorganizowana przez CMWP SDP wraz z SWPS. Dyskusję prowadził Wiktor Swietlik. Pierwszy z panelistów mec. Artur Wdowczyk, obrońca w sprawach dziennikarskich, opowiadał o kontekście prawnym i obyczajowym artykułu 212 kk. Wymieniał przypadki, w których sędziowie, aby uderzyć w dziennikarza, aplikowali dziwaczne przepisy, nie mające nic wspólnego z casusem, np. miru domowego, dotyczącego zupełnie innego segmentu spraw. Wskazywał na nieprawidłowości w ferowaniu wyroków w przypadkach dziennikarzy, i twierdził, że bez głębokiej reformy samego wymiaru sprawiedliwości, trudno będzie dziennikarzom egzekwować zasadę wolności słowa. Z kolei medioznawcza Marek Palczewski przygotował  prezentację, podczas której, na podstawie coraz mniejszej ilości prac nadsyłanych na konkurs SDP Watergate, dowodził kryzysu tej specjalności dziennikarskiej.  Pokazywał także obszary zniszczenia, jakie  art. 212  w środowisku dziennikarskim poczynił. Wnioski spotkania były pesymistyczne: paragraf 212 wciąż stanowi dla środowiska bardzo poważny problem, zwłaszcza dla dziennikarzy śledczych, i, generalnie, wciąż  stanowi zagrożenie dla wolności słowa w Polsce. Był to wniosek pesymistyczny, bo dowodził całkowitego braku dialogu między  władzą a środowiskiem, co żle wróży na dającą się przewidzieć przyszłość.    

 

Tu przypomniała mi się sytuacja dziennikarzy w Wielkiej Brytanii, i powiało smętkiem. Nie ma tu art. 212, i generalnie znacznie mniej  ograniczeń prawnych, wiążących ręce dziennikarza. W przypadku ujawnienia tajnej informacji w interesie społecznym, ludzie mediów chronieni są przez Contempt of Court Act z 1981 roku. Toteż kiedy rząd chce ukarać kogoś za przeciek tajnej informacji, zwykle próbuje to robić według  Official Secrets Act  z 1989 roku, czyli karać urzędnika MSZ, MI5 czy MI6, który przekazał informację, a nie dziennikarza, który ją ujawnił, właśnie aby nie wywołać wrażenia gwałcenia wolności słowa.  Jednak od lat nie słyszało się o żadnym takim przypadku. Ostatnim  przykładem była Sarah Tisdall, urzędniczka MSZ, która w 1984 roku zrobiła fotokopie materiałów, informujących o sprowadzeniu do Wielkiej Brytanii amerykańskich pocisków typu Cruise, o co zabiegała Margaret Thatcher, a czemu przeciwstawiała się liberalna część społeczeństwa. Tisdall anonimowo przekazała materiały lewicowemu  Guardianowi, a ten je opublikował. Wybuchła afera wielce ambarasująca dla pani premier. Naczelny Guardiana Paul Preston został wezwany do oddania fotokopii do MSZ, co umożliwiło rządowi dotarcie do żródła przecieku i Sara Tisdall poszła na 3 miesiące do więzienia. Ale był to jednak skandal związany z bezpieczeństwem narodowym, no i od 1984 roku minęło prawie 30 lat! Nigdy się nie dowiemy, czy prof. David Kelly, doradca rządu Tony Blaira, który poinformował dziennikarza BBC Andrew Gilligana, że rządowy raport kłamał w sprawie obecności broni chemicznej w Iraku. Czy gdyby profesor nie popełnił samobójstwa, poszedłby za przeciek do więzienia? Nie wiadomo, ale jego samobójstwo omal nie spowodowało upadku rządu labourzystów, a na pewno przyczyniło się do wcześniejszego odejścia Blaira.

    Dziś jedynym przepisem prawnym ograniczającym wolność słowa na Wyspach  jest ustawa antyterrorystyczna Terrorism Act 2000, „ utrzymywanie w tajemnicy planowanego zamachu terrorystycznego” oraz druga ustawa, z 2006 roku,  „akceptowanie i gloryfikowanie terroryzmu”. W Wielkiej Brytanii nie ma spisanej konstytucji, toteż wolność wypowiedzi dziennikarskiej zależy od ustaw - precedensów, uchwalanych jako konsekwencja bieżących wydarzeń, oraz ich interpretacji przez sędziów i ławników. A ci stoją na straży wolności słowa i praw obywatela, a nie władzy.

     Właśnie: brytyjski dziennikarz nie działa w społecznej próżni. Jest częścią systemu, w skład którego wchodzą: media, wymiar sprawiedliwości, organizacje pozarządowe oraz opinia publiczna.  Tak działa ten puzel.  Jest chroniony nie tylko przez paragrafy –  Contempt of Court Act -  ale jeśli w grę wchodzą pryncypia, murem stoją za nim koledzy, tak z lewa jak i z prawa, sędziowie i prokuratorzy oraz obywatele. Zwłaszcza wtedy, kiedy stroną pozywającą jest znany polityk, jeśli chodzi o ochronę dóbr osobistych i w grę wchodzi interes społeczny, sędziowie bardzo starannie przygotowują dokumentację. Ze przypomnę jedynie trzy  takie niezależne od siebie przypadki, światowej sławy pisarza, wtedy posła konserwatywnego do Izby Gmin Jeffreya Archera i  jego  partyjnych kolegów, Jonathana Aitkena i  Neila Hamiltona. Wszyscy trzej zostali oskarżeni o działania lobbystyczne, a więc korupcyjne, z artykułu „pytanie w Izby Gmin za  pożytki majątkowe”. Wszystkim trzem udowodniono matactwo, i  dwaj z nich, Archer i Aitken  - trzeci  został „tylko” wyrzucony z partii - spędzili po 1.5 roku w więzieniu. A więc punkt 1 puzla:  niezawisły wymiar sprawiedliwości, chroniący wolność słowa. Punkt 2: jeśli w grę wchodzą pryncypia, wolność słowa, walka z korupcją, transparentność życia publicznego, bez względu na to, kto ujawnił „przekręt”, lewicowa BBC jak w przypadku Andrew Gilligana czy konserwatywny Daily Telegraph, który wykrył aferę korupcyjną w Izbie Gmin, dziennikarze tworzą wspólny front. Ogólnie wiadomo, że media w państwach demokratycznych, national, ale i tabloidy, od dekad stanowią jeden z podstawowych gwarantów utrzymania w życiu publicznym i społecznym ładu moralnego, prawnego i przestrzegania procedur demokratycznych. Po prostu taka jest ich rola.

   Punkt 3 i 4: świadoma swoich praw opinia publiczna. W demokracjach to niezwykle skuteczna broń w walce o wolność słowa i transparentność życia publicznego. Mowy nie ma, aby z ust Davida Camerona, jak ostatnio wicepremiera Janusza Piechocińskiego, padł zarzut w stronę dziennikarzy,  pełniących swoją statutową rolę, „jesteście skandalicznie niepoważni, postaram się o spotkanie z waszymi przełożonymi”. W opinii społecznej, która wie, jaka rolę w państwie grają media, kontrolera władzy i stabilizatora demokracji, byłby skończony. Dopóki ta część naszego społeczeństwa, która dziś twierdzi, że „media są zbyt surowe w ocenie partii rządzącej” nie zrozumie, że działa przeciw interesowi społecznemu,  czyli własnemu, Polska będzie krajem chorym. Nad Tamizą obywatel już wie, że ma być po partnersku i transparentnie, i takich zachowań od swoich władz oczekuje.  Nad Wisłą – jeszcze nie.  

 Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 20 maja 2013.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl