W rozmowie z Janem Pospieszalskim dla „GPC” Maciej Pawlicki, producent filmu  „Smoleńsk,” wspomniał o artykule w „New York Timesie”, w którym pojawiły się wypowiedzi, dyskredytujące tę produkcję. Dziennik cytował wypowiedzi dokumentalisty Borysa Lankosza, który  pół roku przed zakończeniem prac nad „Smoleńskiem” stwierdził autorytatywnie, że „film bazuje na kłamstwie”, a znany reżyser Juliusz Machulski  zaproponował, aby temat ująć w konwencji  a la  Borat lub Monty Python.

 

<>Od kilku dekad pracuję jako krytyk filmowy, ale takie tempo pisywania recenzji, na rok  przed premierą, to chyba rekord Guinnessa! „To, że „Gazeta Wyborcza” ma gotowe recenzje książek czy filmów, które jeszcze nie powstały – mówił dalej Maciej Pawlicki -  to już wiedziałem. Dziwi mnie natomiast, że także „New York Times” zastosował tę metodę. Myślę, że to rzadki przypadek. „NYT”, pozorując obiektywizm, wydrukował jednostronny, napastliwy tekst o filmie, nad którym praca dopiero się zaczęła” - zakończył.

 

 Moim zdaniem to nie przypadek, lecz  metoda, w dodatku ta sama metoda co zawsze! Amerykańska prasa  liberalno-lewicowa wiele razy zasłynęła z masakrowania filmów, seriali  lub książek, zanim jeszcze pojawiły się na rynku. Ze przypomnę film Mela Gibsona „Pasja”,  po którym przejechał się walec politycznej poprawności, czy ostatni przypadek z  dystrybucją, także polską, filmu  „Cristiada”.  Jedno nieostrożne, podobno antysemickie zdanie, wypowiedziane na potężnym kacu przez utalentowanego aktora i reżysera Mela Gibsona, zniszczyło mu karierę! < >Znając  amerykańskie realia  aż  dziw, że  po obrazie „Gran Torino” media liberalne nie dobrały się jeszcze do Clinta Eastwooda, choć obowiązkowa dyskusja nad „rasizmem” i „brakiem tolerancji”  oczywiście się odbyła. Martwię się  także o dalsze losy wykonawców głównych ról w „Cristiadzie”,  uznanych aktorów  Andy Garcii i Evy Longorii,  bo Peterowi  O’Toole’owi już nic nie jest w stanie zagrozić.

 

< >   Polowanie na „Smoleńsk” Antoniego Krauzego odbywa się według tego samego  co zwykle  scenariusza – wyabortować, zanim się narodzi. A jeśli nie można tego zrobić samemu, bo reputacja „GW” mocno już zszargana, bo  już nie ta skuteczność perswazji, należy poprosić o pomoc  przyjaciół zza granicy.  Ileż to razy byliśmy świadkami takiej „bratniej pomocy”?  Przed , a i po 1989 roku.  Ileż to razy środowiska, związane z „Gazeta Wyborczą” zyskiwały dla swoich wystąpień przyjazne łamy brytyjskiego „Guardiana”,  włoskiej  „Unity” czy francuskiego „L’Humanite”. Teraz  padło na „New York Times”, który  profilem niewiele się przecież różni od „Guardiana”. I tak dziennikarz „NYT” Dan Bilefsky, podobno Polak z pochodzenia, wespół – zespół z Joanną Berendt, osobą zajmująca się  także „kobiecym coachingiem”, cokolwiek by to miało znaczyć, wysmażyli tekst, w którym na pół roku przed  ukończeniem produkcji, stwierdzili, że  dzieło Krauzego może  stać się  „polityczną maskaradą”. Równie dobrze można powiedzieć, że stanie się „dziełem, który wygeneruje polski społeczny gniew”! Ale najpierw  przyjazna rada dla autorów, aby zamiast  publikować recenzję  wraz z pierwszym klapsem, co  ich dyskredytuje jako rzetelnych i wiarygodnych dziennikarzy, zabrali się za mesmeryzm i przepowiadanie przyszłości – w każdym porządnym wesołym miasteczku jest miejsce dla wróżbity Pandolino.  

 

<>   A serio,  wystarczy  przekartkować „Guardiana” czy nawet „Financial Timesa”,  posłuchać newsów w BBC, aby się zorientować „jak działa jamniczek”. Akcje jak ta powstają przy biurku naczelnego, potem dramat rozpisuje się na kilku aktorów, którzy wykonują swoje role. Obserwuję brytyjski rynek mediów liberalnych od lat i nie mam  co do tego żadnych złudzeń. Bez względu na to, co Kolega Maciej Pawlicki powiedziałby obojgu autorom artykułu, nic by to nie zmieniło. Był to po prostu jeszcze jeden tekst na polityczne zamówienie. I teraz, czy na takie dziennikarskie przekręty jest jakaś  metoda?  Tak, ale trzeba by tu zmienić cały system, a to daleka droga. Docelowo doprowadzić do sytuacji, by na rynku medialnym proporcje konserwatyści – liberałowie układały się mniej więcej w proporcjach 50: 50. Jak w Wielkiej Brytanii, Francji czy  Hiszpanii. Przy pluralistycznym rynku jest szansa na dialog i skuteczna obronę takich przedsięwzięć jak  film „Smoleńsk”. Zawsze tych 50% mediów będziemy mieli za sobą.  Tymczasem jednak można, a nawet trzeba, pisać listy protestacyjne. I dobrze, że producent filmu  Maciej Pawlicki zamierza to zrobić.

 

<>   Z mojej  praktyki korespondenta wynika, że wszędzie gdzie zachodzi przypadek świadomego niszczenia czyichś, także filmowych, dóbr osobistych, czarnego PR-u,  należy  protestować, dementować, pisać. Wierzę w indywidualne interwencje, wyjaśnienia, dawanie odporu. Sama robiłam to wielokrotnie,  pozwolę sobie przypomnieć tylko dwa przypadki.  Rok 1994, na post-komunistycznym kanale Channel 4 pojawia się nowa soap-opera „Brookside”,  dumna z tego, że pokazuje bieżące kłopoty społeczne Brytyjczyków. A pośród bohaterów Polka, Anna Wolska, jakby żywcem wyjęta z „dirty Polish jokes”, atrakcyjna, elegancka, lekko traktująca znajomości z panami. Traci pracę kelnerki i ląduje na ulicy. Coś mi biednej Polki zostawić na ulicy nie pozwalało, napisałam więc list do executive producera serialu Mela Younga. Ze znam wiele Polek na Wyspach, aktorki Rulę Leńską, Joannę Kańską, żonę lorda Belhaven and Stentona, sama jestem żoną publicysty „Observera”, ale takiej jak Anna Wolska – nie znam. Ze obawiam się, iż reżyser informacje o Polakach czerpie nie z rzeczywistości, lecz rasistowskich dowcipów, i trudno  nam zgodzić się z tym, że flagowy serial Channel 4 istotnie poważnie traktuje swoją obietnicę, że będzie „najbardziej realistycznym ze wszystkich brytyjskich soap-oper”. Ze „gdyby Kanał 4 wiedział więcej o polskiej gospodarce, Anna Wolska, ze swoją znajomością angielskiego, natychmiast wróciłaby do świetnie prosperującej  Polski, a nie siedziała w dryfującej w głębokiej recesji Anglii”, przypominam, był to rok 1994. W ciągu 10 dni otrzymałam uprzejmą odpowiedz od Mela Younga, oczywiście  rodzaj bla-bla-bla. Ale po 6 tygodniach, dokładnie tyle, ile trwa praca nad odcinkiem serialu od pomysłu do emisji, Anna  Wolska zniknęła z ekranu.  Została wysłana do Polski!

 

   I jeszcze jeden przykład, tym razem  znacznie poważniejszy. Kiedy po katastrofie pod Smoleńskiem przeglądałam listę gości wybierających się na pogrzeb Prezydenckiej Pary na Wawelu, nie dostrzegłam  nazwiska Davida Camerona, wówczas szefa gabinetu cieni.  Napisałam mail, w którym wyraziłam swoje rozczarowanie, jako Polka, jako polska korespondentka na Wyspach, przypomniałam wspaniałe osiągnięcia Prezydenta Kaczyńskiego w zakresie polityki międzynarodowej, wspólne elementy programowe brytyjskich i polskich konserwatystów, i zakończyłam delikatnym przypomnieniem, że za miesiąc, 5 maja 2010 roku,  mamy na Wyspach wybory parlamentarne. Ze zamieszkuje  tu aktualnie około 800 000 Polaków, i jeśli brytyjskiej Partii Konserwatywnej zależy na otrzymaniu przynajmniej połowy ich głosów,  David Cameron  powinien być na Wawelu.  Oczywiście, chmura pyłowa, było jak było, a ja w ciągu 8 dni otrzymałam  od prywatnego sekretarza Davida Camerona, Laurenta Manna, długi list, dyskontujący zasługi Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w propagowaniu mądrej, odważnej i przyjaznej polityki zagranicznej. Szkic listu pisał pewnie jakiś ekspert ds. Europy Srodkowej, Polak  z pochodzenia, ale niech tam. W tym samym czasie Jarosław Kaczyński otrzymał od Davida Camerona piękny list kondolencyjny, jak wspominał potem, „najbardziej wzruszający ze wszystkich, jakie dostał”, i  cieszyłabym się, gdyby moja interwencja w jakikolwiek sposób się do tego przyczyniła.

 

     Słowem, wierzę w indywidualną interwencję, i bardzo do tego Kolegę Maćka Pawlickiego,  dzielnego producenta filmu „Smoleńsk”, zachęcam.  Serdecznie pozdrawiam całą ekipę Smoleńska

Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 3 czerwca 2013

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl