Oni nie nazwali swej organizacji „Ruchem”; w ogóle nie określali jej żadnym mianem, nawet uważali, że nie była to żadna organizacja, tylko związek patriotów, luźny, niejako towarzyski. Tak im doskwierał ustrój Polski ludowej, że postanowili z nim walczyć – oczywiście nieorężnie - zgodnie z zasadami konspiracyjnej formacji Wolność i Niezawisłość, już wtedy - na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych do dziś - prawie zapomnianej przez rodaków zindoktrynowanych propagandą pezetpeerowską. „Ruchem” (wielką literą z cudzysłowem) nazwali ich esbecy. Rozbili tę grupę 20 czerwca 1970 r. aresztując jej prominentów.
Duchami sprawczymi byli dwaj akowcy i winowcy, już nieżyjący, Marian Gołębiewski, który cudem uniknął kary śmierci, bo doczekał Października 1956, i w mniejszym stopniu Bolesław Stolarz. Pierwszy znał sprzed wojny prof. Ignacego Czumę, współtwórcę Konstytucji Kwietniowej, a po wojnie poznawał jego synów, wychowanych w duchu najżywotniejszych wartości polskich i katolickich. Toteż braci Czumów przede wszystkim Andrzeja, Huberta (najstarszego, późniejszego jezuitę), Benedykta, Łukasza (zmarł w zeszłym roku) nie trzeba było namawiać do podjęci działalności antyreżymowej.
Osobowość Andrzeja miała przymioty oficera frontowego. I on to wśród znajomych z jego pokolenia, urodzonych tuż przed wojną, w czasie jej trwania albo zaraz z po zakończeniu, umiał wybrać ludzie podobnie myślących. Znalazł między innymi obu Mszkiewiczów-Niesiołowskich - starszego Stefana Konstantego i Marka.
Stefana i Andrzeja połączył radykalizm polityczny, tak dalece, że stali się przyjaciółmi. I nawet dzisiejsze zachowania pierwszego nie robią złego wrażenia na Andrzeju - są w jednej partii i do niedawna byli kolegami sejmowymi.
Niesiołowski okazał się niezwykle uzdolnionym pi-arowcem samego siebie. Pod koniec lat osiemdziesiątych, w podziemiu, wydał książkę pod pseudonimem Ewy Ostrołęckiej „<Ruch> przeciw totalizmowi”. Miała kilka wydań, ostatnie w latach dziewięćdziesiątych, już pod własnym nazwiskiem. W tym samym czasie opublikował też „Wysoki brzeg” – wspomnienia więzienne.
Bezpośrednią przyczyną aresztowań, rozpoczętych, jak rzekłem 20 czerwca 1970 r. w Warszawie (Czuma) i Łodzi (Niesiołowscy i Benedykt Czuma) był zamiar zniszczenia muzeum Lenina w Poroninie. Piotr Byszewski, historyk z IPN, autor pracy monograficznej „Działania Służby Bezpieczeństwa wobec organizacji <Ruch>” (2008 r.) nazywa go „decyzją wyjątkowo nieprzemyślaną”. A przecież gdyby nie te próby, Ruch utonąłby, myślę, w odmętach zapomnienia. I opinia publiczna do cna zapomniałaby o tych, którzy ten zamiar mieli spełnić i tego powodu, że zamierzali, przesiedzieli kilka lat w kryminale.
Nawet współcześni publicyści, z gruntu uczciwi, nie wymieniają w swych publikacjach nazwisk bohaterów owego czynu niespełnionego; podaję je tu tedy w porządku alfabetycznym: śp. Marzena Górszczyk, śp. Jan Kapuściński, Wiesław Kęcik, Janusz Krzyżewski, Elżbieta Łukasiewicz-Nagrodzka vel Królikwoska-Avis (tak, tak, nasza koleżanka z SDP, której teksty często czytamy na naszym portalu), śp. Edward Staniewski.
A trzeba tu nadto przypomnieć postać niezwykłą, też naszego kolegę po piórze, który wprawdzie nie uczestniczył w przygotowaniach do podpalenie muzeum twórcy i wodza bolszewizmu, ale redagował pismo ruchu, o skromnym tytule „Biuletyn”, lecz o treściach, które powinny się stać przedmiotem wnikliwych studiów politologicznych – Emilu Morgiewczu, człowieku tak prawym, że aż radość ściska, iż są jeszcze tacy w elicie, moralnie, mówiąc eufemistycznie, niefrasobliwej.
Wszystkich jednak swą autokreacją przyćmił, zepchnął z głównego nurtu działalności Ruchu poseł, były senator i wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski. O jego dzisiejszym zachowaniu pisać nie potrzeba, jest ono raczej powszechnie znane i raczej powszechnie, przynajmniej wśród ludzi o kulturze mu przeciwstawnej, budzących odrazę.
Natomiast mało kto wie, jak i co w czerwcu, lipcu 197O r., także później, po aresztowaniu, mówił przesłuchującym go esbekom. Właśnie niedawno złożyłem w wydawnictwie książkę o, jak to określiłem, bohaterach niespełnionego czynu. Pracując nad nią dwa lata zdołałem dotrzeć do materiałów ukazujących prawdziwe oblicza (tak – tu musi być liczba mnoga) Niesiołowskiego pozującego na wielkiego herosa walki moralnej ze złem PRL. Pozwolę sobie przytoczyć tu pewne maleńkie jej cząsteczki.
Przede wszystkim w swej wspominanej rozprawie Ewy Ostromęckiej, czyli Niesiołowskiego, autor nie umiał myślowo zapanować nad treścią i czasami zapisuje stwierdzenia wewnętrznie sprzeczne. Na przykład pisze, że w 1969 r. Jan Kapuściński „przestał zajmować się płynem” brzydko pachnącym, „zasmradzającym”, miejsca publiczne odwiedzane przez ulubieńców reżymu, np. Pewex-u lub wlewanym przez dziurki od klucza szczególnie antypatycznym pisarzom kolaborantom, Janowi Koprowskiemu czy Zbigniewowi Nienackiemu, a „zaczął przygotowywać zapalniki do działań w Poroninie. Wobec celu tak poważnego, jak muzeum Lenina, zrezygnowano z drugorzędnych”. Z powyższego wynika przeto, że autor pisząc o celu „tak poważnym”, wykluczającym drugorzędne, aprobuje pomysł zniszczenia przybytku leninowskiego. Tymczasem z lektury innych sekwencji książki wynika, że wedle autora (i Piotra Byszewskiego) zamiar poroniński był „wielkim” (również „poważnym”) błędem. Więc jak: albo cel poważny, albo błąd poważny? Ujawnia się tu chyba osobowość autora – człowieka moralnie niedojrzałego, niemającego skrystalizowanych poglądów, uzależniającego je od okoliczności, koniunktur, kariery etc.
Niesiołowski w śledztwie jest wobec prześladowców zupełnie inny od siebie sprzed aresztowania, lojalnie im opowiada o swej i kolegów działalności organizacyjnej. Przekazuje funkcjonariuszom aparatu ścigania wiadomości, którymi mógłby się poszczycić najsprawniejszy
i najwierniejszy delator.
Już podczas pierwszego przesłuchania, 21 czerwca 1970 r. Niesiołowski informował esbeków, że istniał Ruch, że był organizacją konspiracyjną. ”Przyznaję się do winy – mówił - w przedmiocie postawionego mi zarzutu i wyjaśniam, co następuje…” I tu padają nazwiska, imiona brata Marka oraz najbliższych przyjaciół Andrzeja i Benedykta Czumów, Andrzeja Woźnickiego.
Dalej, 29 czerwca, opisywał rolę, jaką miała spełnić Elżbieta Nagrodzka w planowanym spaleniu muzeum Lenina, za co groziło wtedy do 13 lat więzienia.
Jeden z esbeków przesłuchujących Elżbietą Nagrodzą, dzisiaj Królikowską-Avis, napisał, że łatwo nawiązuje kontakt, wszelako „zwraca szczególną uwagę na dobór słów i poszczególne wypowiedzi kontroluje w sposób ciągły”. A to dla śledczych było nie do przyjęcia. Musieli więc zrobić coś, co w obniżyłoby intensywność owej kontroli. I dopięli swego.
Indagujący oficer SB pokazał jej pisemny zapis zeznań Stefana Niesiołowskiego z 29 czerwca 1970 r. i zanotował: „podejrzana oświadczyła, że rozpoznaje charakter pisma (…) po czym zapoznała się z treścią protokołu rozpoczynającego się od słów: <pragnę jeszcze wyjaśnić, że pozyskałem wiosną 1969 r. jako członka naszej nielegalnej organizacji również Elżbietę Nagrodzką<, a kończącego się: <Nagrodzka miała wziąć udział w akcji podpalenia muzeum Lenina w Poroninie>. Po przeczytaniu tego fragmentu wyjaśnień z protokołu przesłuchań Stefana Niesiołowskiego (…) podejrzana oświadczyła, że w tej chwili wiele zrozumiała”.
Łatwo uświadomić sobie jej doznania psychiczne, kiedy dowiedziała się, że Niesiołowski, drugi po Czumie prominent Ruchu, po prostu ją, mówiąc kolokwialnie, sypnął…
Bez żenady demaskował Andrzeja Czumę. Oto kpt Mieczysław Faliszewski 24 lipca 1970 odczytuje Czumie fragment zeznania Niesiołowskiego z dn. 12 lipca 1970 r., czyli po około 20 dniach od aresztowania całej grupy: „Do organizacji Ruch – powiadamia przesłuchiwany Niesiołowski – zostałem zwerbowany w miesiącu wrześniu 1967 r. przez Andrzeja Czumę. Werbunek miał miejsce w Łodzi podczas odprowadzania Andrzeja Czumy z mojego mieszkania w drodze na stację. Czuma poinformował mnie, że reprezentuje tajną organizację, której celem jest doprowadzenie do zmiany istniejących w Polsce stosunków”. Czuma, gdy mu esbek pokazał owo zeznanie, zachował się jak zawsze - w t e d y! - godnie: odmówił jakiejkolwiek wypowiedzi na ten temat.
Niesiołowski detalicznie wymienia nazwiska i opisuje czyny osób bezpośrednio działających
w organizacji, jak również niemających z nią bezpośredniego związku, znanych lub jeszcze wtedy nieznanych SB. Za podobne zeznania aresztowanych przez gestapo Armia Krajowa w najlepszym razie wykluczała ze swych szeregów, w najgorszym karała.
Emil Morgiewicz powiedział mi w zeszłym w roku: „po wyroku wyrzucono mnie ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Przysłano mi stamtąd akt oskarżenia i potem odbyła się rozprawa, a obrońca z urzędu nawet do mnie się nie zwrócił. Natomiast było ogłoszenie w prasie dziennikarskiej, że działałem na szkodę państwa ludowego, naruszyłem kodeks dziennikarski. Nastał rok ’80. Pomyślałem, że wystąpię o anulowanie tego orzeczenia. Mec. Szczuka był moim obrońcą. Rozmawiamy. Opowiada mi anegdotę z czasów tuż powojennych. W szkole średniej młodzież założyła konspirację. Ale konspiracja była gimnazjalna, chłopięca. Szybko ich aresztowano. Szczuka wspominał o jednym chłopcu, ciamajda, popychadło, ale w śledztwie do niczego się nie przyznał, a inni zdradzali. W naszym zaś związku Niesiołowski i jeszcze kilku innych zachowali się akurat odwrotnie. Przed aresztowaniem byli <twardzielami>, a później się mazgaili aż do przeniewierstwa”.
Przykładów takich „miękkich” wyjaśnień Niesiołowskiego można podać tyle, że zapełniłyby kilkadziesiąt stron, poprzestaję przeto na wyborze co smutniejszych wypowiedzi.
Tak więc Niesiołowski przyznaje, że „część materiałów potrzebnych do podpalenia muzeum Lenina w Poroninie wykonał dr Jan Kapuściński Uniwersytetu Łódzkiego”. 15 października 1970 r. donosił też, że Andrzej Czuma powiedział mu o możliwościach otrzymania wsparcia pieniężnego od tzw. czynników kościelnych, prymasa Stefana Wyszyńskiego, prowincjała zakonu jezuitów w Polsce, biskupa lubelskiego, KUL i nawet z PAX-u. A przecież jako najbliższy powiernik Czumy, wiedział, musiał wiedzieć, że Czuma zawsze baczył, aby pomoc materialna i duchowa Kościoła nie wyszła na jaw i nie wywołała represji władzy wobec hierarchów. Tymczasem jego przyjaciel odkrywał przed esbekami te tajemne starania.
W protokole przesłuchań pod datą 11 listopada 1970 r. jest zaś zapisany fragment takiego donosu: „złożę wyjaśnienia na temat planowanej akcji zapalenia willi kilku literatów zamieszkałych w Łodzi. Pomysł ten zrodził się na spotkaniu członków naszej organizacji Ruch, które odbyło się w końcu kwietnia 1970 w mieszkaniu Jana Kapuścińskiego (…). Spotkanie to dotyczyło m. in. sposobów wykorzystania płynu zapalającego wyprodukowanego przez Jana Kapuścińskiego. Udział w tym spotkaniu brałem ja, Jan Kapuściński, Witold Sułkowski. Było to samo spotkanie, na którym omawialiśmy sprawę podpalenia budynku komitetu łódzkiego PZPR, o czym już wyjaśniałem w jednym z poprzednich protokołów”.
Donosi na Mirosławę Grabowską, którą „do Ruchu pozyskała Elżbieta Nagrodzka (…) już
w miesiącu czerwcu 1969 r. Grabowska brała udział w akcji kradzieży maszyny do pisania z biblioteki uniwersyteckiej w Łodzi”. Albo o Lucynie Paszkowskiej informuje, iż „w domu użytkowała” maszynę do pisania ukradzioną z Wojewódzkiej Rady Narodowej Łodzi. I na niej przepisywała jego artykuły do „Biuletynu.” Lojalnie powiadamia też esbecję: „wiosną 1969 r. podczas mojej rozmowy z Andrzejem Czumą dowiedziałem się od niego, że Grzegorz Dzięgielewski wspólnie z Andrzejem Czumą wynieśli z jakiejś dużej instytucji mieszczącej się na terenie Warszawy powielacz, który w tej instytucji stał na korytarzu, a ta instytucja mieści się w śródmieściu (…) Nie wiem, gdzie powielacz ten został przewieziony po skradzeniu go z tej instytucji”.
Jeśli Andrzej Czuma zna te tu – w w y b o r z e – przytoczone zeznania, a najpewniej zna, to czy nie uchybia jego godności, że należy do tej samej partii co ówczesny denuncjator?
Bliski im obu, zresztą nie tylko organizacyjnie, dawny kolega, aż zbyt ostrożnie ważący słowa, którymi nie chce potępiać nikczemności bliźnich – Emil Morgiewcz - przysłał mi we wrześniu 2012 r. list; napisał m. in.: „Niesiołowski nie ma sobie do wyrzucenia tego, jak i co zeznawał, ale że nie odmówił zeznań. Wysoko sobie postawiona poprzeczka (…) pozwala na uniknięcie konkretu”. Dalej nawiązuje implicite do zbioru szkiców Niesiołowskiego „Wysoki brzeg”, gdzie autor tłumaczy właśnie swą postawę w śledztwie dylematem, że musiał wybierać „między zaprzeczaniem wszystkiemu albo zeznawaniu wykrętnie”. Owo „wykrętnie” to obłuda. Niesiołowski po prostu, jak wynika przecież z przytoczonych wyżej jego zeznań, c h ę t n i e opowiada esbekom o swych wyczynach, ponieważ liczy – powiedział to expressis verbis esbekowi Edwardowi Karkucińskiemu na art. 57 kk, który pozwala złagodzić karę oskarżonemu po złożeniu wyczerpujących zeznań. „Celowo zatajałem pewne fakty, ażeby uchronić niektóre osoby od odpowiedzialności. Dziś całkowicie zrozumiałem swoje (moje – J. W) niewłaściwe stanowisko w tej kwestii i dlatego pragnę, tak jak i w innych sprawach mówić tylko szczerą prawdę”. I mówił…
Sądzę, że skoro dzisiejsi publicyście przypominają aresztowania działaczy Ruchu, to muszą podawać fakty demaskujące nikczemności Stefana Niesiołowskiego, a nie uwydatniać wyłącznie jego rolę prominencką w tym związku. Napisałem więc ten tekst, ażeby uzupełnić to, o czym koledzy imający się tematu Ruchu, alias „Ruchu”, zapomnieli albo co zlekceważyli.
Jacek Wegner
