Dwa tygodnie temu rząd Tuska zezwolił na przeprowadzenie publicznej zbiorki na rzecz byłych działaczy antykomunistycznych. Bo 24 lata od odzyskania niepodległości, w Polsce nie ma jeszcze ustawy, która umożliwiałaby udzielanie systematycznej pomocy tym z nich, którzy znajdują się w fatalnej sytuacji materialnej. Była to inicjatywa Stowarzyszenia Wolnego Słowa, które wystąpiło do ministra administracji o zgodą na taką zbiórkę. Oczywiście, rozumiem dobre intencje, ale najwyższy czas, żeby tę ważną sprawę załatwić kompleksowo, przy pomocy jakiejś rozsądnej ustawy.
I kilka dni temu w siedzibie SWS zaprezentowano dwa projekty takich ustaw, które – nareszcie – próbują uregulować tak status prawny opozycjonisty, jak i warunki pomocy najbardziej potrzebującym. Pierwszy projekt został przygotowany przez grupę senatorów, zaprezentowany przez Jana Rulewskiego, i koncentruje się głównie na pomocy finansowej. Drugi, sformułowany przez Grupę Roboczą środowisk opozycyjnych PRL i zreferowany przez Andrzeja Rozpłochowskiego, osadza problem w całym kontekście zobowiązań państwa, nie tylko ekonomicznych, ale obywatelskich i moralnych, i proponuje rozwiązania systemowe. Pierwszy, znacznie skromniejszy i ostrożniej sięgający do państwowej kiesy, jakby liczył się bardziej z budżetem państwa niż ofiarami represji. Kryteria przyznawania zasiłków wydają się bardzo surowe. Ma to być kwota równa najniższej polskiej emeryturze - ale jeśli ta suma wynos ok. 850 zł, to co to są za pieniądze, i na co mogą wystarczyć? W dodatku wyznaczono bardzo niskie progi przychodów rodziny, która chce uzyskać taką pomoc, no i widać tu całą długą listę „jeżeli”. Obiekcja druga, senatorski projekt ustawy zawiera wiele luk. Np. – jak wyliczył jeden z dyskutantów – ci działacze, którzy już korzystają z opieki społecznej, zyskają na tej ustawie tylko ok. 30 złotych. Nie mówi ona także, jak pomóc w przypadkach bezdomności, spowodowanej brakiem pieniędzy na opłacenie czynszu. To samo dzieje się w przypadku jednorazowego świadczenia, związanego z wypadkiem losowym, „w szczególnie uzasadnionych przypadkach”. Wysokość świadczenia ma wynosić 300% najniższej polskiej emerytury czyli ok. 2700 zł. Pytam, na co to może człowiekowi, który potrzebuje wózek inwalidzki, sprzęt rehalibilatacyjny i regularną pomoc pielęgniarską, wystarczyć? Na kwiaty dla pielęgniarki?
Szczególnie bulwersujący wydaje się sposób dystrybuowania tych świadczeń - poprzez oddziały opieki społecznej! Zgadzam się z kilkoma dyskutantami, którzy twierdzili, że jest to odzieranie z godności dawnych bohaterów, którzy częstokroć ryzykowali pracę, spokój rodziny, zdrowie, a bywało i życie, aby stać się na koniec beneficjentami opieki społecznej. Nie tylko ja odniosłam wrażenie, że ten pierwszy, senatorski projekt jest chyba bezduszny, biurokratyczny, sytuuje dawnych ludzi podziemia w niekomfortowej sytuacji, co to dużo mówić – zalatuje PRL-em! Za swój patriotyzm, ofiarność, myślenie kategoriami wspólnotowymi, narodowymi, opozycjonista staje się petentem na łaskawym chlebie państwa. „Miłosierdzie gminy”. Toteż nie bez powodu podczas dyskusji padały porównania tej propozycji do bardzo korzystnych rozwiązań systemowych, emerytur, rent, rozmaitych innych świadczeń, jakie wciąż otrzymują – po obniżkach w sektorze cywilnym, ale ciągle w pełnym wymiarze w wojskowym - przedstawiciele PRL-owskiego aparatu ucisku, którzy działaczy opozycji na ich mizerię skazali. Oni, kaci, mogli sobie to wszystko w sposób wysoce zadowalający zorganizować, a kolejne rządy dla ich ofiar – nie.
Projekt obywatelski jest znacznie obszerniejszy, mniej biurokratyczny i chyba lepiej dopracowany. Przedstawia szerokie uzasadnienie dla swoich propozycji i nie narusza godności dawnych opozycjonistów. Znajduję kilka uzasadnień ogólnych - cytatów, które mnie przekonują: ”Wolność warta jest każdej ceny, w tym i świadczeń dla weteranów walki o wolność, państwa i osobistą Polaków”. Ten projekt ustawy rozumie subtelność sytuacji, i proponuje, aby dystrybucją świadczeń zajął się Urząd s/s Kombatantów i Weteranów Opozycji Antykomunistycznej, co wydaje się sensowniejsze, i nie stawia takiego człowieka przed dylematem: godność albo pieniądze. Wiele się tu mówi o statusie weterana, o drodze administracyjnej, jaką będzie musiał pokonać w drodze do świadczenia, o znacznie korzystniejszych warunkach otrzymania praw do emerytury, renty, świadczeń stałych i pomocy losowej. Prawie do emerytury w wieku 60 lat dla kobiet i 62 dla mężczyzn, oraz korzystniejszym, podwójnym za lata pracy w podziemiu naliczaniu okresów składkowych. O korzystniejszych warunkach rozwiązywania umowy o pracę, dostępności do opieki zdrowotnej, uprawnieniach obywatelskich jak jednorazowe zadośćuczynienie finansowe w wysokości 20 tys. za każdy miesiąc pobytu w więzieniu, lub nadanie mu na własność ziemi, nieruchomości lub innego dobra w naturze. O 50% ulgach na przejazdy we wszystkich środkach komunikacji, 30% zniżce opłat za elektryczność, wodę i gaz, zwolnieniu z opłaty abonamentu za radio i telewizję, etc. Według szacunków IPN liczba byłych działaczy opozycji demokratycznej wynosi obecnie ok. 250 tys, a tych którzy byli represjonowani – ok. 60 tys.
Zastanawiać może to, że część opozycji demokratycznej KOR, RUCHU, etc. pracowała i nadal pracuje w aparacie władzy – dlaczego więc trzeba było aż 24 lat, aby taki projekt ustawy powstał? I ile jeszcze lat będzie trzeba, żeby któryś z nich - mam nadzieje, że ten rozsądniejszy, bardziej cywilizowany, rozumiejący całą złożoność sytuacji opozycjonisty - został „przeciągnięty” przez Sejm i Senat? Tak czy inaczej, w przypadku gdy władza ustawodawcza i wykonawcza zawiedzie, zawsze można udać się do sadowniczej. I niekoniecznie do naszej, polskiej, mówię tu o Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. Niedawno uznano SB, podobnie jak Stasi, SIRP czy Seguritate, za organizacje przestępcza. To niezły punkt wyjścia do różnych przesunięć budżetowych. Państwo, które chce nazywać się demokratycznym, musi wziąć na siebie uregulowanie tej ustawy. Pomoc dla byłych działaczy opozycji demokratycznej w PRL, to nie żadna łaska czy przywilej, lecz zwyczajny akt sprawiedliwości społecznej. Elżbieta Królikowska-Avis, 25 czerwca 2013.
