Pokrętny jest język, jakim mówi Grzegorz Cydejko, prezes Oddziału Warszawskiego SDP, w wywiadzie udzielonym Agnieszce Kalinowskiej i wydrukowanym 24 czerwca br. w dzienniku „Rzeczpospolita”. Toteż Piotr Legutko, polemizując w następnym numerze tegoż dziennika z jego wypowiedziami stwierdza nie bez racji, że Cydejko zarzucając prezesowi Krzysztofowi Skowrońskiemu brak niezależności politycznej sam myśli, mówi, postępuje, jak polityk, nie zaś jak dziennikarz wolny od jakichkolwiek wpływów bieżącej polityki kształtowanej przez partię rządzącą. A na takiego pozuje.
Zresztą postulat neutralności politycznej w odniesieniu do dziennikarzy-publicystów publicznie wypowiadających się de publicis jest absurdem lub nawoływaniem do nihilizmu, który w naszym zawodzie jest tak samo groźny jak oportunizm, bo najczęściej prowadzi do służalstwa siłom politycznym. Więc albo Cydejko w swej dezynwolturze nie dostrzega tych złożoności i górnolotnie fantazjuje albo też z premedytacją posługuje się stereotypem niezależności niczym maczugą, którą chce powalać swych konkurentów zawadzających mu w robieniu kariery w SDP.
W jego wypowiedzi aż się roi od: „układów partyjnych”, „dziennikarza partyjnego”, „dziennikarza zatrudnionego przez partię”, „Skowroński i jego koledzy”, „kontrakt (z partią – J. W.) Radia Wnet” etc. etc. Dobrze chociaż, że na pytanie przeprowadzającej wywiad, do jakiej frakcji on sam się zalicza, odpowiada: „ja nie jestem w żadnej frakcji”. I słusznie, bo w SDP nie ma i nie może być żadnych tzw. frakcji, jest to bowiem słowo z nomenklatury partyjnej, a my jesteśmy organizacją zrzeszającą przedstawicieli jednego zawodu o różnorodnych poglądach politycznych. A więc wspólnotą na wskroś egalitarną, demokratyczną.
A ten demokratyzm, zdaje się, uwiera Cydejkę. On chciałby jednolitości, jak było przed rokiem 1989, o którym powiada, że wtedy postanowił zostać dziennikarzem, gdyż… nienawidził komunizmu. A dziś myśli i mówi jak propagandyści tamtego ustroju. Podobną aberrację przejawia niemało polityków, zwłaszcza z partii rządzącej, i to z najwyższych jej pięter.
Cydejko twierdzi aż nazbyt oczywiście, że „dziennikarze partyjni, zatrudnieni przez partię, są już tylko przekaźnikami, tych, którzy ich opłacają”. Owo „zatrudnienie” i „opłacanie” może być różne - dzisiaj partia nazywająca się Platformą Obywatelską „zatrudnia” i „opłaca” synekurami. Ilu bezmyślnych, indolentnych lub przeciwnie – cynicznych, wyrachowanych, skorumpowanych takimi czy innymi beneficjami, kłamliwych dziennikarzy wypełnia fale eteru czy zadrukowuje papier niewybrednymi epitetami obrażającymi osoby o innych przekonaniach niż zwolennicy owej Platformy Obywatelskiej. Czyni tak również w przywoływanej wypowiedzi Cydejko. „Układ partyjny – twierdzi – wypromował Krzysztofa Skowrońskiego na prezesa SDP i płacił mu za pewne usługi”. Płacił, czy nie płacił - tego nie wiem. Niech sam pomówiony zmierzy się z tą opinią. Natomiast wobec mnie jest to kalumnia. Nie należę i nigdy nie należałem do żadnej partii, a głosowałem na prezesurę Skowrońskiego, więc uczestniczyłem w jego „wypromowaniu”. Podobnie jak wiele moich koleżanek i kolegów, także spoza jakiegokolwiek „układu partyjnego”. Cydejko nie pomyślał, że „wypromowała” Skowrońskiego na lidera SDP zbieżność jego postawy politycznej z poglądami większości nań głosujących. Cydejko w swym wywiadzie wspomina coś o sądzie – więc należy z nadzieją oczekiwać konkretnych tutaj działań…
Mniema zapewne, że koledzy z Oddziału Warszawskiego mają krótką pamięć. Nie mają! Otóż przed trzema czy czterema laty, w każdym razie przed ostatnim zjazdem Oddziału Warszawskiego, pewien młody dziennikarz o osobliwych manierach listami elektronicznymi obrażał ówczesną prezes Krystynę Mokrosińską i innych członków Zarządu Głównego oraz pracowników administracyjnych. Lżył ich określeniami, między innymi, „republika kolesiów” - ma się rozumieć pisowskich.
Zebrał się Naczelny Sąd Dziennikarski. Przybył na jego otwarte posiedzenie, a jakże, prezes Oddziału Warszawskiego, gdyż ów dziennikarz obwiniony o obrażenie koleżanek i kolegów, należał do tego oddziału. Cydejko jako arbiter próbował słownie usprawiedliwiać wyczyny obwinionego, aż przewodniczący sądu musiał go przywoływać do porządku. Tak się zachowuje niezależny, bezstronny, uczciwy prezes naszej stołecznej wspólnoty?
Ostatecznie ten nieokrzesany dziennikarz został wyrokiem NSD wykluczony z naszych szeregów. Wkrótce odbył się zjazd Oddziału Warszawskiego. I nie dość że w sprawozdaniu komisji członkowskiej z mijającej kadencji nie podano informacji o skreśleniu owego kolegi, to nadto został on obdarzony mandatem i wziął udział w wyborach delegatów na walny zjazd SDP. Wydarzenie bez precedensu – nienależący do naszej organizacji uczestniczył w głosowaniu i głos jego był ważny, policzony.
Grzegorz Cydejko wiedział o tym nadużyciu, a ktoś zdemaskował je wobec całego gremium. Lecz prezes OW nic nie uczynił. Powinno się więc tamte wybory unieważnić, a kolegę Cydejkę obwinić za manipulację wyborczą. Lecz ponieważ w naszej narodowej naturze tkwi nadmierna łagodność, to i wtedy nikt nie chciał doprowadzić do sytuacji ekstremalnej, która narażałaby zebranych na mordęgę ponownych wyborów, a Oddział Warszawski na nowe wydatki. I to oszustwo za wiedzą kierownictwa Oddziału Warszawskiego uszło płazem. No tak, jak powiedział ironicznie poeta sprzed dwóch wieków: „Słowianie, my lubim sielanki”. I tak żyjemy – od sielanki do sielanki, od szachrajstwa do szachrajstwa, od nikczemności do nikczemności…
Po tym incydencie stało się jasne dla wszystkich koleżanek i kolegów, że Grzegorz Cydejko nie lubi PiS i jest nadzwyczaj wyrozumiały wobec niegodziwości popełnianych w imię tych samych abominacji. I odwrotnie – tak ceni zwolenników PO, że wybacza im obrażanie zwolenników największej partii opozycyjnej. Tymczasem dzisiaj ma czelność domagać się dymisji prezesa Skowrońskiego i nawoływać nasze środowisko do wyrażenia wobec niego formalnego wotum nieufności. Czy nie wstydzi się tej obłudy?
Kończąc swą przywoływaną tu wypowiedź powiedział: „Uważam, że kopanie rowów między nami w środowisku dziennikarskim i klasyfikowanie swej pracy dziennikarskiej poprzez nazywanie się nawzajem pisowcem, peowcem, lewakiem czy prawakiem uwłacza naszej inteligencji i naszym życiorysom”.
Trudno zrozumieć to przesłanie. Kto „kopie rowy między nami w środowisku dziennikarskim”? Dlaczego utożsamianie się z jakąś opcją polityczną miałoby być uwłaczaniem naszym biografiom i inteligencji (to chyba lapsus, powinno być mądrości)?
Przed wojną dziennikarze nazywali siebie, i ich nazywano, chadekami, sanatami, endekami, socjalistami, piłsudczykami – w zależności od preferencji politycznych. I nikt z przytomnych nie uważał, że „kopią między sobą rowy w środowisku dziennikarskim” – po prostu dyskutowali, polemizowali, najczęściej bardzo ostro. I właśnie w ścieraniu się odmiennych poglądów, wyrażanych wyraziście, powstają wartości, rozwija się kultura i mądrość narodów oraz społeczeństw. A Grzegorz Cydejko chce, żeby w naszym dziennikarstwie było wszystko pod jeden strychulec, jak w PRL, której ustroju podobno, jak wyznaje w wywiadzie, nienawidził.
