Skonfliktowali się publicyści z dwu generacji. W numerze 22 „Do rzeczy” Waldemar Łysiak w „Myślach nowoczesnego antyendeka” krytykuje endecję i jej współczesną schedę; w następnym zaś Rafał A. Ziemkiewicz, by tak rzec, upaja się grzechami tej formacji.

Od razu uwydatnia się odmienność pokoleń. Łysiak jak przystało na pisarza z wieloletnim doświadczeniem twórczym przywołuje fakty i uzasadnia swe komentarze z rzetelnością i precyzją godną naukowca, oczywiście posługując się swym niezmiennym stylem - trochę, powiedziałbym, literacko swobodnym, nieco manierycznym. Natomiast Rafał Ziemkiewicz w dyskursie o wartościach i antywartościach endecji jest wobec swego adwersarza, delikatnie mówiąc, nonszalancki. Nie przyjmuje do wiadomości faktów ewokowanych, więc też nie może polemizować z ich ocenami ani, co gorsza, nie wykazuje dostatecznej znajomości historii Dwudziestolecia. Widać, że nie czytał chociażby trzeciego tomu Władysława Poboga Malinowskiego „Najnowszej historii politycznej Polski 1864-1945” albo czytał nieuważnie.

Osią opiniowania Łysiaka jest stosunek Dmowskiego i jego adherentów do Rosji. O roli, jaką odegrała „wielka endecja” w wojnie bolszewickiej, Ziemkiewicz w przeciwieństwie do Łysiaka, z którym niby polemizuje, mówi jedynie to, że „"historyczne" granice zaoferowane w Rydze przez Cziczerina były zatrutym jabłkiem, podstępem obliczonym na uwikłanie odradzającego się państwa na ziemiach, gdzie Polacy stanowili znikomą, ale uprzywilejowaną mniejszość…”. Tak, to prawda, prawdą jest również, że wcześniej bolszewicy dufni po pierwszych powodzeniach militarnych w swe zwycięstwo zaproponowali jeszcze bardziej kuriozalne warunki, na szczęcie wówczas odrzucone.

Natomiast w Rydze kto przyjął owo „zatrute jabłko”? Wojna była militarnie wygrana dzięki mobilizacji całego, zgoda, narodu, endecja też ma tu wiekopomną zasługę. Ale po odparciu wroga znad linii Wisły skrzywdziła naród własny i dwa pobratymcze. Stanisław Grabski, brat geniusza monetarnego, Władysława, z pełnomocnictwa Sejmu - niezmiennie do przewrotu majowego zdominowanego przez endecję - podpisał w Rydze pokój, o którym Paweł Jasienica powiedział, że był rozbiorem Ukrainy i Białorusi. Ten akt to największa, obok Manifestu PKWN i stanu wojennego, hańba naszej historii dwudziestowiecznej. A mogło być według koncepcji Piłsudskiego, który nad Niemnem rozgromił armię Tuchaczewskiego, pozbawiając Rosję sowiecką podstawowej siły wojskowej, otworzył, jak niegdyś

ółkiewski i Napoleon, drogę do Moskwy. Chciał, żeby Rzeczpospolita podyktowała warunki pokoju odbierające sowietom oba narody i stworzyła z nimi sfederowaną republikę. Nie była to fantazja, wszak Naczelnik Państwa miał wzory nie tylko z historycznie odległej Pierwszej Rzeczypospolitej, ale też konkretne – z niedawnych układów z Petlurą, który jednak nie umiał skonsolidować swego narodu. Wszelako gdyby Piłsudski nie musiał przerwać nadniemeńskiej kontrofensywy, to pozbawiłby Rosję wpływów na Ukrainę i Białoruś, a wtedy te narody mogłyby bez żadnych zewnętrznych uzależnień i nacisków negocjować z władzami Polski formułę wspólnego państwa. Jaka byłaby Europa, jakie byłyby Rzeczpospolita i Rosja, gdyby plany Piłsudskiego się ziściły? Czy doszłoby do hekatomby drugiej wojny światowej? Aż się prosi, żeby któryś fantasta dziejowy podjął temat w konwencji tzw. historii alternatywnej.

Endecy natomiast obawiali się, że po wyzwoleniu obu narodów trzeba je będzie inkorporować, a są one od nas o wiele liczebniejsze i żywioł polski mógłby się wedle endeków (czy i w mniemaniu Ziemkiewicza?) zatracać w jednym organizmie państwowym. Wyszło więc na jaw, że endecy nisko cenili siły witalne, duchowe i kulturowe swojego narodu. Toteż woleli trzy czwarte terytorium Ukrainy i Białorusi pozostawić we władaniu Rosji. Imperatywem był tu egoistyczny system wartości narodowych, zgodny z teoriami wyłożonymi w „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowskiego – idola dzisiejszego, młodego utalentowanego i skądinąd niezależnego publicysty-pisarza.

Ziemkiewicz uważa Dmowskiego za ucieleśnienie najżywotniejszych dążeń naszego narodu. To podpowiem tu Ziemkiewiczowi, że mógłby nadto zwrócić uwagę na Stanisława Strońskiego, było nie było, współtwórcę i redaktora pisma o tytule dobrze znanym Ziemkiewiczowi z gościnnych do niedawna dlań łamów. Stroński wymyślił mit „cudu nad Wisłą”, żeby nie tłumaczyć zwycięstwa nad bolszewikami majstersztykiem strategiczno-taktycznym Piłsudskiego.

Nikt myślący i uczciwy nie zaprzeczy, że wkład Dmowskiego w suwerenność 1918 r. jest bezprecedensowy i że tu winniśmy pochylać z szacunkiem czoła nad działalnością tego patrioty. Jednakże gdyby nie było drugiego, nie powstałaby Niepodległa. Natomiast Ziemkiewicz nie dostrzega (nie chce, nie umie?) tego dopełniania: „… nie byłoby tej Polski bez setek tysięcy karabinów, nabojów, mundurów, racji żywnościowych, bez gigantycznego wysiłku mobilizacyjnego i organizacyjnego, transportowego, administracyjnego, do którego bojówki PPS i szkolenie "Strzelca" nie przygotowało Polaków w najmniejszym stopniu: podołali mu dzięki wieloletniej pracy endeków, ludowców i innych (?- chyba nie myśli o komunistach - J. W.), którzy pojmowali patriotyzm jako codzienną pracę, a nie samo tylko robienie szabelką”. Jakież to boleśnie bałamutne. A owo „robienie szabelką” wręcz urąga czci poległych w walkach o wolność. Gdyby wcześniej, w XIX w., i wtedy nie było owej „szabelki”, dzisiaj mówilibyśmy do siebie, jeżeli byśmy w ogóle żyli, „tak, toczno” albo „jawohl”.

Ziemkiewicz zgoła nie pojmuje korelacji między ideologiami romantyczną a pozytywistyczną, między imponderabiliami a pragmatyzmem. O pierwszej, pierwszych, wyraża się pogardliwie. Nie rozumie, że obie aksjologie stanowiły w naszych dziejach i będą stanowić, dopóki jesteśmy twórcami i konsumentami kultury polskiej, dychotomiczną spójność. Nie wiem, dlaczego ją wewnętrznie antagonizuje. Może przejawiają się tu skutki czterdziestopięcioletniej indoktrynacji PPR/PZPR, której bezwiednie i nieświadomie, a więc niezawinienie, ulegali cisi opozycjoniści z jego generacji?

Karabiny dla wojska Piłsudski uzyskał od Austriaków w roku 1907 i dostawał później. Z kadr „Strzelca” przyszły Naczelnik Państwa wykreował korpus oficerski legionów, później wojska. Wysiłki mobilizacyjny, administracyjny, transportowy były rzeczywiście niesłychanie skuteczne podczas wojny 1920 r. dzięki rządowi Witosa, który powstał z inspiracji Marszałka. Wieloletnia codzienna praca! Tu prawie wcale nie było endeków. Dmowski po wojnie bolszewickiej i przewrocie majowym dość anemicznie poświęcał się polityce, a jego formacja w miarę upływu lat, rozrastała się dynamicznie coraz radykalniejszymi nurtami, aż władza sanacyjna musiała niektóre delegalizować. I dopiero dzielny, acz niezbyt mądry politycznie, sanat Adam Koc (twórca i redaktor „Gazety Polskiej” – tak, tak!) obdarował je ponownie prawem do występowania w życiu publicznym. Gospodarką endecy się nie zajmowali, oprócz Władysława Grabskiego, któremu II Rzeczpospolita zawdzięczała jeden z najlepszych w świecie systemów monetarnych.

Rozbudowę przeprowadzali prawie wyłącznie sanaci: Tadeusz Wenda z Eugeniuszem Kwiatkowskim wybudowali Gdynię. O dorobku drugiego pisać nie trzeba, bo jest powszechnie znany. Natomiast wypadałoby wspomnieć jeszcze Stefana Starzyńskiego, któremu jawiła się – nie tylko w snach - Warszawa podobna do Paryża czy Londynu. Przy jego staraniach sanaci opracowali plan metra, którego budowa miała się rozpocząć w 1940 r., i to od razu obejmując całe miasto, a nie w jednej czy dwu liniach. Wymieniać dalej można na wielu stronach.

Olbrzymia większość mądrych i prawych Polaków była zwolennikiem Marszałka (po jego śmierci - i tylko tu Ziemkiewicz ma rację - niekoniecznie wszystkich sanatów). Naukowców i twórców należących do tego grona wskazywać można całe naręcza, niczym w książce telefonicznej.

Takie zaś wybitne osobistości, o wielkich umysłach, jak prof. Władysław Konopczyński, Stroński właśnie, Nowaczyński, wyznające poglądy endeckie potwierdzają jedynie słuszność powyższych opinii, gdyż znacznie ustępują liczbie tamtych.

Endecja nienawidziła Piłsudskiego bodaj tak samo jak teraz adherenci Platformy Obywatelskiej nienawidzą konserwatystów oraz partii Prawo i Sprawiedliwość i jej zwolenników. Owe animozje materializowały się i dzisiaj materializują nie tylko czynami szkodzącymi racji stanu państwa polskiego. Ziemkiewicz przecież nie zaprzeczy, że nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego, jaka sączyła się z prominenckich kręgów PO, pobudziła sfanatyzowanego szaleńca do zabicia Marka Rosiaka w biurze europosła Janusza Wojciechowskiego. Dlaczego więc Ziemkiewicz uważa, że zabójstwo Narutowicza nie było, oczywiście zachowując konieczne proporcje, wynikiem atmosfery tworzonej przez fanatyczne kręgi endecji? A tych dewiacyjnych odłamów narodowej demokracji było i wcześniej, i zwłaszcza później niezwykle dużo, bo główne jej zaplecze społeczne stanowili liczni w owym czasie drobnomieszczanie i lumpy wiejskie. Czyżby tedy Platforma Obywatelska dziedziczyła tę mentalność?

Przypomnijmy sobie, do czego nawoływał min. Radosław Sikorski, kiedy PiS prezydencko i rządowo dzierżył (na krótko) władzę - żeby „dorżnąć tę watahę”. I dokonało się to – pod Smoleńskiem. Przypomnijmy sobie, co mówił ówczesny marszałek Sejmu o zamachu w Gruzji na Lecha Kaczyńskiego – „jaki prezydent, taki zamach”. A teraz doznał – i z nim nasza godność - poniżenia ze strony partnera ukraińskiego, który na spotkanie z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej wysłał… wicepremiera. A nadto, jakby tego było mało, młody nacjonalisty ukraiński zgniótł jajko na ramieniu na Komorowskiego. I nikt publicznie (w mediach) nie powiedział: „jaki prezydent, takie przyjęcie na Ukrainie”.

Stosunek endeków do mniejszości, szczególnie żydów, których było najwięcej, psuł opinię Polski w społeczności międzynarodowej. W niektórych miastach, na przykład Łodzi, co widzieli moi śp Rodzice, hallerowcy obcinali chasydom brody na ulicach. We Lwowie napadali na żydów, którzy tworzyli grupy samoobrony i dochodziło do bitew ulicznych. W Warszawie wybijali szyby w bogatych sklepach żydowskich etc. etc. I teraz świat zachodni oraz wiele środowisk żydowskich wrzeszczą, że jesteśmy od urodzenia antysemitami. Endecy prowokowali też podpalania cerkwi greckokatolickich i prawosławnych… No tośmy wywołali terror ukraiński, który doprowadził m. in. do zabójstwa ministra Bronisława Pierackiego, żołnierza, współorganizatora przewrotu majowego, polityka akurat mądrego i szlachetnego przeciwstawiającego się wszelkim dyskryminacjom, a więc przede wszystkim wybrykom endecji.

I Ziemkiewicz ma czelność nazywać sanatów zbirami. W Berezie Kartuskiej działało, owszem, kilku zwyrodnialców; wielu sanatów było, owszem, głupich aż do przerażenia, chociażby wspomniany Adam Koc, Ale również obarczanie, bo i tak czyni Ziemkiewicz, sanację odpowiedzialnością za tragedię drugiej wojny światowej to przejaw czystej aberracji albo cynizmu.

Na domiar złego Ziemkiewicz kończąc „polemikę” zestawia swego adwersarza z… Michnikiem: „…Michnik i Łysiak (…) zapewniają, że endecja jest i będzie przeklęta na wieki, bo zamordowała Narutowicza”. To znaczy więc, summa summarum, że Ziemkiewicz z eseju Łysiaka niewiele zrozumiał. Ponieważ nie chciał zrozumieć. Oto do czego prowadzi zacietrzewienie.

Zdaje się tedy, że konserwatyści niepodległościowi tracą uzdolnionego pisarsko współtowarzysza walki o niebezczeszczenie naszej tradycji państwowo-narodowej.

Jacek Wegner

 

 

PS. A jest nadto w rozważaniach o grzechach endecji temat odrębny, dramatyczny. Na razie o nim tylko hasłowo – jej zachowanie podczas dyktatury PPR/PZPR. W latach siedemdziesiątych byłem pod stałą obserwacją SB. Któregoś dnia dostałem z Londynu list, pisał stamtąd nieznany mi zupełnie Jędrzej Giertych prosząc, żebym zaprzestał kreciej kontestacji, bo Polska jest podmiotem międzynarodowym, wprawdzie pod hegemonią Związku Sowieckiego, ale mamy rodzime instytucje i dzięki nim zachowujemy narodową tożsamość...

Endeków z pezetpeerowcami połączyły dwie wspólnoty: po pierwsze - cynizm. Jedni i drudzy sprzeniewierzali się ideom, które ostentacyjnie głosili w programach. Endecy – katolicyzmowi, próbując zjednywać katolików dla komunizmu. Drudzy - prześladowali nieakceptujących ich dyktatury oraz kreowali siebie, (mówiąc po orwellowsku) na „równiejszych” od tzw. mas.

Po wtóre - obie formacje zachwycały się państwem jednonarodowym; mniejszości w PRL były tak znikome, że endecy i komuniści bez „obcych” mogli nareszcie czuć się komfortowo. „Polska Ludowa - ojczyzną wszystkich Polaków”, głosiły hasła wypisywane za Gierka na wiaduktach, mostach, budynkach. Dla obywatela polskiego, etnicznie nie-Polaka, nie było dogodnego miejsca ani w PRL, ani wcześniej w dążeniach przedwojennej „wielkiej endecji” ziemkiewiczowskiej.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl