Wyborne, gawędziarskie pióro Bohdana Urbankowskiego tak się chyba rozpędziło, że aż zwiodło nieco na manowce faktograficzne. W drugiej części gawędy „święty Judasz?” (numer z 9-22 sierpnia br. dwutygodnika wrocławskiego „Gazeta Obywatelska”), autor napisał bowiem nie bez pewnej dezynwoltury, acz na szczęcie w nawiasie: „W ogóle wśród dziennikarzy było najwięcej kapusiów - najmniej zaś wśród duchownych”.

Otóż nie! Nie - w odniesieniu do dziennikarzy. Zresztą zaraz w następnym zdaniu, po nawiasie, autor konkluduje: „Tak więc przez lata literaci partyjni spełniali funkcje donosicieli-ochotników, byli pisarską ORMO”. Czyli, mówiąc trywialnie, wrzucił dziennikarzy i literatów do jednego worka. Tymczasem we współczesnym języku utrwaliła się odmienność znaczeniowa słów „dziennikarze” i „literaci”. Przed wojną był, owszem, wspólny związek zawodowy literatów i dziennikarzy. Ale dzisiaj są oddzielne ugrupowania przedstawicieli obu zawodów. Połączenie tedy dziennikarzy i z literatami. to anachronizm.

Temat współpracy dziennikarzy z SB jest przedmiotem badawczym wielkim i groźnym jak ocean z tajfunami. Chociażby dlatego, że – paradoksalnie – Urbankowski nie ma racji, gdyż po prostu, w stosunku do liczby przede wszystkim utytułowanych pracowników wyższych uczelni (tak, tak – oni spośród wszystkich zawodów byli chyba najliczniejsi) i artystów o wiele mniej było dziennikarzy zarejestrowanych jako donosiciele. Natrafić można oczywiście na kilka nazwisk, wśród nich nawet na wybitne. Na przykład, jeden dobrowolnie w młodości zadeklarowany kolaborant to wielokrotnie później nagradzany i ceniony w całym kraju publicysta, autor kilkunastu, nader wartościowych książek. W dojrzałym wieku nic nie uczyniwszy dla SB, stał się dla niej wręcz niewygodny, irytujący. Nawet jakiś ubek żalił się w raporcie, że ten dziennikarz po podjęciu pracy w redakcji zaczął publicznie kpić z partii i rządu. Później ów nasz kolega zradykalizował swe poglądy antyreżymowe tak dalece, że dzisiaj, choć już pisarsko nieaktywny, uchodzi za symbol niezależnego dziennikarstwa. Oficjalni, zarejestrowani, donosiciele z naszego zawodu, nie zaś dziennikarze-literaci, bo tacy też byli, to płotki intelektualne, o których w ogóle nie warto pisać.

Są też dziennikarze, którzy zanim nimi zostali, byli kapusiami. zapisanymi w aktach bezpieki Na przykład Michał Boni – w pierwszych latach ostatniej dekady XX w. kierował działem politycznym „Rzeczpospolitej” a był już tajnym współpracownikiem bezpieki. Z wielką estymą, a zupełnie jak my wszyscy w redakcji nieświadomy prawdy, wyrażał się o nim śp. pamięci Maciej Łukasiewicz.

Dziennikarze w Polsce pojałtańskiej wcale nie musieli być wpisywani na listę konfidentów, ponieważ i tak zaspokajali płodami swej pracy zapotrzebowanie partii i Służby Bezpieczeństwa. Antoni Dudek na str. 192 opracowania „Instytut. Osobista historia IPN” z roku 2011 r. do kategorii współpracowników tajnej policji politycznej zalicza również tych wszystkich, którzy pracując w niektórych zawodach byli reżymowi szczególnie przydatni i mieli tego świadomość. Byli to ludzie „którzy stanowili znacznie ważniejsze niż OZI (osobowe źródła informacji - J. W.) filary dyktatury. Mam tu na myśli przede wszystkim funkcjonariuszy bezpieki i aparatu partyjnego PZPR, a także dyspozycyjnych sędziów i prokuratorów oraz kłamiących przez lata pracowników frontu ideologicznego, rozciągającego się od dziennikarzy przez nauczycieli aż po wspierających władze ludzi kultury. Czyli najważniejszych współpracowników reżymu”.(podk. – J. W.).

Ze smutkiem trzeba to dziś powiedzieć, że w PRL lwia część naszego środowiska świadczyła reżymowi usługi nieraz wielokrotnie ważniejsze od niejednego donosiciela zarejestrowanego. A więc oczywiste jest, że w naszej profesji zakres owej politycznej użyteczności i teoretycznie, i w rzeczywistości był bez wątpienia większy od przydatności literatów. Dziennikarze, ażeby uprawiać zawód, musieli publikować to, czego partia i SB potrzebowały, a wcale nie stawali się donosicielami w potocznym tego słowa znaczeniu. Wykorzystuję tu wiedzę zdobytą przy pisaniu książki „Bez świadków obrony” (2008) i podaję przykład, jak w PRL dziennikarze bezwzględnie musieli służyć bezpiece. Na przykład pisać pod jej dyktando – dosłownie! Chociażby Maria Chodyniecka z „Trybuny Opolskiej”. Relacjonowała proces dwóch braci Kowalczyków, z których młodszy Jerzy wysadził w październiku 1971 r., przed tzw. świętem milicji i SB, aulę ówczesnej Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Esbekowi, Tadeuszowi Kwiatkowskiemu, nie podobały się pewne słowa i frazy w wypowiedziach dziennikarki, toteż przekazał jej „Uwagi szczegółowe do projektów artykułów prasowych”. Korygował wiele sformułowań autorki. Oto wybrane przykłady jego dyrektyw: „Nie <spowodowanie wybuchu> , lecz <oskarżonych o zbrodnicze (lub rozmyślne) zniszczenie przy użyciu materiałów wybuchowych…>(…). Retoryczne pytanie <Czy popełnili go ludzie…> może sugerować, że prasa poddaje (sic!) w wątpliwość główną tezę oskarżenia (…). Nie może być <spowodowanie eksplozji>, gdyż za takim sformułowaniem może się kryć zarówno wina umyślna, jak i nieumyślna, a w tym względzie akt oskarżenia wypowiada się jednoznacznie” etc. etc.

Miejsca by tu nie starczyło, gdyby chciało się wymienić wszystkich dziennikarzy podobnie serwilistycznych. Poprzestaję przeto na wskazaniu jedynie kilku autorów - i to nawet jeszcze z lat osiemdziesiątych, kiedy Polska pojałtańska wyraźnie erodowała - najobrzydliwszych publikacji dotyczących owego wspomnianego zniszczenia auli, np.: Stanisław Hoc z „Prawa i życia”, Maciej Płoński z „Kulis”, Nina Kracherowa z „Trybuny Odrzańskiej”.

Dziennikarze, jak stwierdziłem powyżej, wcale nie musieli podpisywać oficjalnej zgody na kolaborację oraz podporządkowywać się regułom donosicielstwa. Nie wszyscy też musieli pisać pod dyktando esbeków; ich rolę i funkcję wszechpotężnej cenzury spełniali redaktorzy naczelni czy ich zastępcy, czasami także sekretarze redakcji, którzy z małymi wyjątkami - do czasu! - kilku periodyków katolickich byli całkowicie dyspozycyjni wobec partii i SB. Toteż oni zmuszali swych podwładnych do tworzenia teksów i audycji, jakich sobie w danej chwili życzyli włodarze PRL. W ten sposób władza tamtego państwa mogła oszczędzać pieniądze, ponieważ nie musiała dziennikarzom płacić za dodatkowe usługi ściśle delatorskie.

Na nieco krnąbrnych żurnalistów donosili z reguły szpicle spoza zawodu. Natomiast wszyscy kierownicy kadr w instytucjach medialnych byli albo tajnym współpracownikami (w nomenklaturze SB: TW) albo tzw. KO (kontakty osobowe lub operacyjne) czy OZI (osobowe źródła informacji). Nazwiska konfidentów z kategorii KO i OZI figurują wprawdzie w raportach SB, lecz bez podpisywanych deklaracji współpracy agenturalnej.

Odpowiednikiem kadr była w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich komisja zatrudnienia. Bezpieka swymi tajnymi wpływami doprowadzała do tego, że jej przewodniczącym był przez lata jeden z nielicznych w naszym środowisku oddany duszą i ciałem Służbie Bezpieczeństwa oraz PZPR tajny agent. Donosił niezwykle sprawnie. Pewnego dnia prosiłem go o wyszukanie mi jakiejś dodatkowej pracy, bo za pensję półetatową i nędzną wierszówkę trudno było wyżyć. I już następnego dnia dzwoniła do mnie kierowniczka kadr wydawnictwa, gdzie miałem ten półetat, z wyrzutami, że chodzę po jakichś komisjach zatrudniania, zamiast przyjść do niej... Nie ma w IPN teczki osobowej ani operacyjnej owego przewodniczącego tej instytucji esdepowskiej, chyba została zniszczona albo ściśle utajniona, gdyż miał on również kontakty z Wojskową Służbą Informacyjną. Agent co się zowie! Po 1989 był długoletnim dydaktykiem dziennikarstwa UW… Szczodre w wynagradzaniu zasług były tajne służby peerelowskie.

Werbowanie szpiclów, jak napisałem, w naszym środowisku nie było wcale, chyba wbrew mniemaniom Urbankowskiego, powszechne i dla bezpieki łatwe, odbywało się zawsze bardzo ostrożnie, bez rozgłosu, chodziło bowiem, żeby przy okazji nie zdemaskować działających już TW (kolokwialnie: „tewusów”). Proszę wybaczyć, że dla uzasadnienia tej opinii przytoczę fakt z własnego życiorysu zawodowego. Otóż w moim dossier esbeckim są również dowody prób uczynienia ze mnie donosiciela. Przez kilka miesięcy w latach siedemdziesiątych esbecy uporczywie szukali kogoś w moim otoczeniu zawodowym i prywatnym, który mógłby spróbować mnie skaptować. Jakiś esbek sugerował, żeby wykorzystać w tym celu wiceprezesa SDP, lecz on akurat na rok wyjechał do USA. Po jego zaś powrocie esbecy zrezygnowali z prób wciągnięcia mnie do grona swych tajnych współpracowników. Do dziś nie wiem, kto to był; dowiedzieć się byłoby łatwo. Tylko po co?

W ogóle próby pozyskiwania żurnalistów na TW, KO czy OZI bywały dla SB często nieudane. Wszelako pozostawiały przykre ślady w raportach esbeckich. Otóż funkcjonariusze tajnej policji politycznej proponowali wielu dziennikarzom-kandydatom na agentów różne „towarzyskie” spotkania w kawiarniach Znakomita większość nagabywanych przyjmowała zaproszenia „na kawę”, jako że rozmowy z esbekami weszły już w latach siedemdziesiątych do obyczajowości dziennikarskiej (i literackiej, jak pisze Urbankowski), jednak nie przyjmowali ofert współpracy motywując stanowcze ich odrzucanie różnymi mniej czy bardziej bzdurnymi argumentami. A esbecy zapisywali to skrupulatnie w raportach.

Pewien inteligentny i sprawny dziennikarz miał po roku 1989 objąć bardzo ważne stanowisko za granicą, ale ktoś wygrzebał wiadomości o jego częstych spotkaniach kawiarnianych z esbekami. Nie donosił na nikogo, nie zgadzał się na kolaborację, często, jak wynika z raportów, kpił z rozmówców, czego oni nie byli w stanie sobie uświadomić. Ale, jak powiedziałem, pozostał zapis spotkań - i na placówkę nie pojechał. Może Urbankowski dotarł do informacji o licznych niestety, acz z punktu widzenia pretorianów peerelowskich daremnych, spotkaniach z dziennikarzami i na tej podstawie doszedł do wniosku, że wśród nas było wielu zarejestrowanych szpiclów.

Natknąłem się na jeszcze jeden ciekawy fonemem. Otóż pewien młody pracownik Instytutu Dziennikarstwa UW został pod koniec lat siedemdziesiątych zwerbowany bez podpisywania zgody na świadczenie tajnych usług, czyli był wprowadzony do kategorii KO; być też może zaważyła tu rzadko zresztą przestrzegana w SB zasada, że członkowie PZPR nie mogli być „tewusami”. Choć on nigdy nie był i nie jest dziennikarzem, lecz może dlatego, że bardzo chciał nim być, acz z powodu predyspozycji umysłowych nie mógł i nie może - obrał sobie dla esbeków pseudonim „Dziennikarz”. Władza partyjna pomogła usłużnemu młodemu „naukowcowi” uzyskać stypendium w Stanach Zjednoczonych, a bezpieka zaopatrzyła go, jak w roku 1971 Marię Chodyniecką, w szczegółową instrukcję, jak się powinien w USA zachować, co robić, z kim kontaktować, a z kim nie. Po powrocie szybko zrobił karierę osiągając najwyższe stanowiska i tytuły naukowe.

Współpracując z SB był wielokrotnie chwalony i nagradzany, aczkolwiek nie ma w teczkach ipeenowskich dokumentów ilustrujących jego konkretne zasługi. Natomiast ocalały zaświadczenia o przyjmowaniu honorariów, które podpisywał zawsze swym pseudonimem, z którego na pewno był dumny, bo kompensował jego nigdy nieosiągalne marzenia.

Toteż miał czelność w roku 2007 dołączyć do swej teczki osobowej oświadczenie, w którym zdecydowanie zaprzecza współpracy z SB. Wykorzystał tu brak w swym dossier rejestracji jako TW, ponieważ tylko tajnym współpracownikom na mocy ustawy odmawiano w IPN dostępu do ich teczek. Wszelako zapomniał o kwitach odbioru wynagrodzeń, które podpisał „Dziennikarz”…

Słusznie więc Urbankowski puentuje gawędę, od której przywołania rozpocząłem te refleksje: ”Nasi Judasze nie uznają swojej (…) winy, nie zwracają srebrników (…). Przeciwnie – żyją w luksusach, piastują ważne urzędy”. I może trzeba by dodać, że niektóre miernoty, jak ów jedynie z pseudonimu esbeckiego „Dziennikarz”, a w rzeczywistości pracownik „naukowy” Uniwersytetu Warszawskiego, pozornie zwiększają liczbę dziennikarzy-szpiclów.

Jacek Wegner

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl