Wiem, uchybiam zasadom aktualności, ale przez prawie trzy tygodnie nie miałem dostępu do mediów i Internetu. Mogłem jedynie oglądać i słuchać „Wiadomości” TV Polonia, z których 28 minionego miesiąca dowiedziałem się nie bez przykrości o śmierci Tadeusza Mazowieckiego. Udało mi się też dotrzeć do „Pożegnań”, dodatku specjalnego dziennika „Rzeczpospolita” (31 października – 1 listopada), gdzie przeczytałem arcyzwięzły życiorys Zmarłego.

I nie chodzi mi teraz przede wszystkim o działalność tego w jakimś stopniu zasłużonego polityka, chociaż oczywiste, że pisząc o medialnych manipulacjach, dawnych i najnowszych, wokół jego osoby nie sposób uniknąć pewnych wartościowań.

Obie informacje biograficzne – telewizyjna i z „Pożegnań” – zredagowane są jak gdyby od końca: najpierw ewokują, że ten „pierwszy niekomunistyczny premier” (notabene konstatacja ta jest i była tak powszechnie powtarzana, iż staje się banałem, a banały, jak wiadomo, nie zachęcają odbiorców naszych dokonań do czytania ani do słuchania), „w czasach PRL działał w opozycji”.

Jest to połączenie prawdy z nieprawdą. Polską Rzeczpospolitą Ludową dopiero 22 lipca 1952 r.  – od ośmiu lat trwał stalinizm, zakończony październikowym przewrotem w 1956 r. - proklamowała konstytucja; która znosiła też urząd prezydencki, oddając niepodzielne rządy nad krajem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej; jej tzw. pierwszy sekretarz stawał się faktyczną głową tego nowego podmiotu politycznego.

Konstytucja ta, jak i jej zręby pekawuenowskie, były legitymizacją państwową do cna zakłamaną: niby dającą wolność prasie, słowa, druku, zgromadzeń, wyznań etc., a w istocie rzeczy dekretem z 1946 r., praktycznie obowiązującym do czerwca 1989 r. - a teoretycznie do uchwalania 2 kwietnia 1997 r. obecnej Ustawy Zasadniczej (Tadeusz Mazowiecki był autorem preambuły do niej) - powołującym cenzurę, która odbierała te iluzoryczne swobody obywatelskie. Każdy, kto choć na poziomie podstawowym zna historię ostatnich lat siedemdziesięciu, wie, że władza stalinistów polskich zwalczała słowo, myśl i instytucje katolickie, że sądziła i skazała w roku 1953 pod fikcyjnymi zarzutami hierarchów Kościoła, że uwięziła prymasa Stefana Wyszyńskiego, że zmusiła część duchownych do złożenia deklaracji wierności tej Polsce bez swobód religijnych, wypowiedzi, zgromadzeń itd.

Tymczasem władza powołała „Wrocławski Tygodnik Katolicki”; do zespołu redakcyjnego wszedł w 1948 r. młody, prężny, inteligentny Tadeusz Mazowiecki, który po czterech latach zaczął kierować pismem – od 1953 do 1956 r. był jego redaktorem naczelnym. Periodyk w roku 1953 chwalił władzę za „ukaranie” biskupów polskich, szczególnie, w odrębnym procesie, biskupa Czesława Kaczmarka; uznawał za słuszne aresztowanie Prymasa Tysiąclecia, apoteozował władzę ludową, która jakoby nadała godność milionom prostych ludzi. Już za trzy lata w Poznaniu owi „prości ludzie” powiedzieli, że nie chcą takiej godności.

Redaktor naczelny „WTK”, jak powszechnie nazywano ów wrocławski tygodnik „katolików”, od 1955 r. należał do Stowarzyszenia PAX; po roku współtworzył Warszawski Klub Inteligencji Katolickiej, był przecież głęboko wierzącym katolikiem. Gdy został „pierwszym niekomunistycznym premierem”, wielu ludzi widziało go uczestniczącego we mszach i przystępującego do komunii świętej.

Zarówno PAX, jak i Kluby Inteligencji Katolickiej oraz „Znak” (z którego to koła poselskiego Mazowiecki był posłem w latach 1961-1972) i kilka jeszcze podobnych instytucji, np. Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne, były przez władze ateistyczne nie tylko tolerowane, lecz i wspierane. Skupiały bowiem i animowały, jeśli można tak rzec, koncesjonowaną, czyli kontrolowaną opozycję, która nieświadoma rzeczy miała przyczyniać się do wewnętrznej destabilizacji Kościoła i jednocześnie stawała się, mówiąc trywialnie, wentylem nastrojów wciąż niewdzięcznych, niezadowolonych z ustroju „milionów prostych ludzi”. Lojalnego - i powtórzyć trzeba: inteligentnego, a już zasłużonego – Mazowieckiego władza powołała w 1958 r. na redaktora naczelnego drugiego czasopisma, miesięcznika „Więź”, funkcję tę sprawował do 1981 r. Czasy już były inne i ten periodyk umacniał w szerokich kręgach opinii publicznej mniemanie o tolerancji ateistycznej władzy.

Było to pismo kulturalne bardzo dobre i pod względem merytorycznym (oczywiście abstrahujące od tematyki stricte politycznej), i warsztatowym. Miało na szczęście dla naszej kultury umysłowej, podobnie jak „Tygodnik Powszechny” czy miesięcznik „Znak” o wiele więcej swobody niż inne pisma kulturalne quasi katolickie w wypowiadaniu pewnych prawd, raczej niemiłych rządowi.

Dzięki „Więzi” Mazowiecki zyskał opinię intelektualisty niepokornego wobec dyktatury PZPR. I po strajkach czerwcowych 1976 r., po utworzeniu Komitetu Obrony Robotników zanurzył się w działalność opozycyjną, z czasem coraz wyrazistszą. W 1980 r. był przewodniczącym ekspertów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Gdańsku i zaraz potem doradcą NSZ „Solidarność”; w roku następnym redaktorem naczelnym „Tygodnika „Solidarność”. To było już trzecie pismo, którym kierował, każde miało odmienną aksjologię, pierwsza nie do pogodzenia z dwiema pozostałymi, zwłaszcza ostatnią.

Wreszcie najpiękniejszy epizod biografii śp. Mazowieckiego - internowanie od grudnia 1981 do grudnia 1982 r. Opisał później potem swe przeżycia z tego uwięzienia. Czytałem je, wydane oczywiście w tzw. drugim obiegu. Nie pamiętam już ni tytułu, ni treści, pozostało jedynie wrażenia, że wyraz opresji, jakich doznał, jest „miękki”, że stosunek do władzy, która na rok pozbawiła go wolności osobistej, jest mało wyrazisty.

W każdym razie, gdy Polska Ludowa się waliła Wojciech Jaruzelski został w lipcu 1989 r. pierwszym i jedynym prezydentem PRL. Urząd ten sprawował do grudnia roku następnego. W sierpniu zaś 1989 r. desygnował Tadeusza Mazowieckiego na premiera. Obaj przepadli w jesiennych wyborach 1990 r. Mazowiecki podczas swego premierostwa narzucił społeczeństwu i rządowi „grubą kreskę”, czyli odcięcie się od niechlubnej przeszłości peerelowskiej, o której trzeba było zapomnieć. Chyba w jego ślady poszedł ówczesny prezes telewizji Andrzej Drawicz, który jak się potem okazało był tajnym kolaborantem SB, orzekł bowiem publicznie i metaforycznie, że pracownicy tej instytucji swe legitymacje partyjne mają zostawiać w szatniach. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych przyjechał do nas pastor Joachim Gauck, spiritus movens likwidacji STASI, publicznie powiedział, że „gruba kreska” uniemożliwi nam dekomunizację. Jakoż przekonujemy się, że miał rację.

W pierwszych latach ostatniego dziesięciolecia ubiegłego wieku ogólnospołeczną euforię z odzyskiwanej zewnętrznej wolności pomniejszały wieści dochodzące z najwyższej pięter władzy o tzw. wojnie na górze. Lech Wałęsa skonfliktował się z niektórymi swymi dotychczasowymi przyjaciółmi politycznymi, m.in. a może nade wszystko, z Tadeuszem Mazowieckim. Było to zjawisko rzeczywiście niekorzystne dla kiełkującej suwerenności zewnętrznej. Toteż media niezależne od nurtu zdecydowanie lewicowego usiłowały jakoś zażegnywać te spory. Dariusz Fikus, ówczesny red. naczelny dziennika „Rzeczpospolita” i jego zastępca Maciej Łukasiewicz zaproponowali, żebym napisał coś, co mogłoby w jakiś sposób sublimować owe informacje o „wojnie na górze”.

Od połowy lat sześćdziesiątych do początków następnej dekady pisałem do „Więzi” i byłem tym uszczęśliwiony, jako że mogłem na łamach miesięcznika Mazowieckiego posługiwać się o wiele mniej dolegliwym stylem ezopowym niż nawet we ”Współczesności”, nie mówiąc już o „Kulturze”. Wyrażałem więc w „Więzi” prawdy raczej niemiłe twórcom tzw. polityki kulturalnej o, na przykład, twórczości Jerzego Andrzejewskiego czy Andrzeja Wajdy; pisałem zaś dytyramby o wybitnych pisarzach spychanych przez reżym na marginesy, np. Teodorze Parnickim czy Michale Choromańskim, którego ostatnią bodaj powieść „Kotły beethowenowskie” uznaję – do dziś - za arcydzieło. I nagle po roku 1976, po tzw. wypadkach w Ursusie i Radomiu, po powstaniu Komitetu Obrony Robotników i wskutek tego zaostrzonym kursie polityki partyjnej, jeden czy drugi mój materiał zostawał odrzucany. Zapytałem więc o przyczyną tego stanu rzeczy Jerzego Krzysztonia, człowieka prawego aż do szpiku kości, który w miesięczniku Mazowieckiego kierował działem literackim. Usłyszałem, że moje teksty stały się dla Mazowieckiego zbyt radykalne…

Kiedy zatem otrzymałem od obu naczelnych „Rzeczpospolitej” owo zadanie, miałem za sobą przykre doświadczenie z niespodziewanym i niezawinionym zakończeniem współpracy z „Więzią”, którą tak sobie ceniłem. Wiedziałem też o redagowaniu przez Mazowieckiego „WTK” w czasach stalinowskich. Prezydent Wałęsa zdołał zaś mnie zrazić swym, delikatnie mówiąc, zadęciem, a nadto docierały jakieś, na razie niezweryfikowane opowieści o „Bolku”. Jak przeto miałem napisać tekst o możliwościach pogodzenia się dwóch już zwaśnionych wybitnych polityków – żeby nie sprzeniewierzyć się sobie, a wyrazić prawdę i sformułować postulat zgody? Osnułem tekst na słynnej formule Pascala, że wielość bez jedności jest anarchią, jedność bez wielości - tyranią. Naczelni zilustrowali tę wypowiedź zdjęciem pochodu solidarnościowego na czele z Mazowieckim i Wałęsą niosącymi wielki krzyż. Było to budujące.

Na początku zaś bieżącego roku, gdy „wojna na górze” od dwudziestu niemal lat jest już historią, przeczytałem w dzienniku „Rzeczpospolita” list dominikanina ojca Macieja Zięby skierowany do prof. Andrzeja Nowaka, który gdzieś publicznie wyraził się niezbyt pochlebnie o Tadeuszu Mazowieckim. Treść wypowiedzi duchownego jest brzydka, ponieważ zadufany w swojej niewiedzy zarzuca kłamstwa wybitnemu uczonemu i kpi z jego tytułów naukowych. Zareagowałem krótkim listem otwartym piętnującym niesprawiedliwość sądów o. Zięby. List był opublikowany na naszym portalu i wzbudził rezonans kolegi Krzysztofa Kłopotowskiego, który bronił, jak się był wyraził, „trochę”, Mazowieckiego.

Wysłałem to moje pisanie (otwarte) przede wszystkim do „Rzeczpospolitej”. Odpowiedziała mi cisza. Po kilku dniach pewna znajoma zadzwoniła do kierownika działu opinii tegoż pisma i zapytała o losy mojej wypowiedzi (otwartej). Kierownik działu opinii powiedział jej, że gazeta nie chce już podejmować tego tematu. Wszelako nie było ani jednego podjęcia. Dopiero po kilku dniach gazeta wydrukowała w rubryce listów do redakcji, jako jedyną reakcję na tekst o. Zięby, niewielką objętościowo wypowiedź samego zainteresowanego – Andrzeja Nowaka; jak przystało na tego szlachetnego naukowca utrzymaną w łagodnym, aż nazbyt wobec inwektyw o. Zięby eleganckim tonie. Mój list okazał się widocznie, jak dawniej Mazowieckiemu moje teksty, za bardzo radykalny…

Po śmierci Mazowieckiego o. Zięba nieprzekonany przez prof. Nowaka ani tym bardziej przeze mnie wygłaszał w radiu nieprawdziwe opinie o Zmarłym. A prowadząca „Wiadomości” telewizyjne 28 października o godz. 20 w TV Polonia powiedziała expressis verbis, że Tadeusz Mazowiecki był „jednym z największych polskich polityków”. No tak, albowiem przez całe twórcze życie usiłować godzić to, co jest nie do pogodzenia, czego godzić się nie godzi…

Jeżeli więc wartość polityki mierzy się miarą mimikry, to śp. pamięci redaktor naczelny trzech periodyków, poseł na Sejm PRL od III od V kadencji, działacz opozycyjny, doradca „Solidarności”, więzień stanu wojennego, „pierwszy niekomunistyczny premier” itd. itd. - był wręcz mistrzem mimikry.

Taka jest siła manipulacji medialnej.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl