Przyznam, że nie bardzo chciałem obejrzeć „Jacka Stronga”. Zrażał mnie do niego reżyser, bałem się i jego kłamstw, i dawnej sympatii do umundurowanych pretorianów Polski ludowej. Oba upodobania kładą się cieniem na jego warsztatowo dobrze zrobionych „Psach”. Jeszcze gorzej z „Pokłosiem”, którego nie zobaczę i nie chcę oglądać.

A jednak pod wpływem namowy przyjaciół spróbowałem, jak to określam, iść na film. Omawiać go nie będę, są stokroć lepsi ode mnie. Spodziewam się, że niedługo przeczytam znakomitą jak zawsze recenzję kol. Krzysztofa Kłopotowskiego. Tymczasem wtrącam moje nieprofesjonalne trzy grosze.

Mnie ten film naprawdę się podoba, jest zrobiony à la Hollywood, lecz z pewnym, rzekłbym, polskim taktem. Słowem - film szpiegowski w najlepszym stylu.

Wszelako jest jeszcze jeden „styl” – „Gazety Wyborczej”. I to pierwsza opinia negatywna, acz oczywiście o niewielkim ciężarze inkryminacji. Otóż jest scena, kiedy Kukliński przegląda listę osób przeznaczonych do internowania – przerzuca kartki pobieżnie, a kamerzysta zgrabnie ukazuje widzowi jedynie nazwiska Kuronia. Michnika, Bujaka, Wałęsy. To się nazywa subtelna, selektywna manipulacja faktami, i z tej operacji powstaje na nieżywym już ciele tamtej rzeczywistości publicystyka narzucająca odbiorcy system wartości autora (tu: autorów). Albowiem te cztery postaci są dzisiaj, podkreślam: dzisiaj, bożyszczami tych byłych opozycjonistów, którym marzył się (i, niestety, prawie wymarzył) socjalizm z ludzką twarzą. Tak jakby na tym wykazie nie było nazwisk ludzi bardziej zasłużonych dla niepodległości niż owi wymienieni. Gdyby Pasikowski kręcił ten film na początku lat dziewięćdziesiątych, z całą pewnością na liście proskrypcyjnej WRON widz nie zobaczyłby nazwiska pierwszego przewodniczącego NSZZ „Solidarności”. Dzisiaj natomiast reżyser z premedytacją każe podsuwać pod oczy widza jego nazwisko, bo Wałęsę lewicowi liberałowi i nawet ci z lobby postesbeckiego już - nie bez jego starań – zaanektowali. Osoba Wałęsy jest im potrzebna do ustawicznej, toczonej od 1989 r. i zwycięskiej (na razie?) batalii o lewicowo-nihilistyczny rząd dusz rodaków. Pasikowski w tej sekwencji okazał się sprytnym publicystą-manipulatorem na miarę Michnika - mistrza od wszelkiej krętackiej propagandy. Krętacką propagandą nazywam taką, która wyrasta nie z argumentów, z racjonalnych przesłanek, lecz z odpowiedniego dobru faktów i specyficznych tytułów informacji, których w „Gazecie Wyborczej” zatrzęsienie. Nb. nie rozumiem, dlaczego spod pióra i szkiełka medioznawców nie wyszła jeszcze rozprawa temu zjawisku poświęcona - jak da się w informacjach dziennikarskich dzięki tytułom uprawiać publicystykę…

Drugie zastrzeżenie dotyczy aksjologii, jest zatem o wiele poważniejsze. Tolerancyjny recenzent uznałby je za ot, zwykłe niedomówienie. Tymczasem wiadomo nie tylko z naszego dziennikarsko-publicystycznego podwórka, ale i nauk zwanych logiką, socjologią czy politologią, że każda półprawda wypowiedziana publicznie jest kłamstwem. W filmie Pasikowskiego dwóch prominentów stanu wojennego, Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski, to istne marionetki. Podczas gdy odegrali najdonioślej rolę w tym upokorzeniu swego narodu – Jaruzelski był autorem i dowódcą przewrotu wojskowego. Kania, poprzednik na stolcu pierwszosekretarskim, przekazując 18 października 1981 r. ster partiokracji w ręce generała Jaruzelskiego, zażądał „wyposażenia rządu w prawo i zaufanie naszej partii do działania wszelkimi środkami, jakie okażą się niezbędne do odnowy socjalizmu”. Postulat ten był zresztą bardziej odzwierciedleniem faktycznego stanu rzeczy niźli zwykłą dyrektywą. Rząd Jaruzelskiego administrację terenową poddał już pod kontrolę tzw. wojskowych grup operacyjnych.

Zastanawiając się dzisiaj nad okolicznościami poprzedzającymi stan wojenny, odnieść można wrażenie, że obaj ówcześni główni politycy przekazywali sobie wzajemnie strach przed sowiecką interwencją, obaj na siebie wpływali, utwierdzając się w przeświadczeniu, że konieczność zduszenia polskiej irredenty siłą wojska, które dla kamuflażu nazywało się polskim, jest absolutną koniecznością polityczną. Włodzimierz Bukowski, znany i żyjący kontestator sowiecko-rosyjski w książce przetłumaczonej na nasz język „Dysydent w archiwum Kremla” twierdzi, że nie Breżniew z politbiurem sowieckiej partii komunistycznej, a właśnie jego polscy jurgieltnicy parli do zamachu. Szef sowietów już w 1971 r., trzy lata po stłumieniu ”praskiej wiosny”, zwierzył się Gierkowi, że „Amerykanie zaciskają kleszcze”. A na przełomie lat 1980/1981, wiedząc, jak Związek Sowiecki uwikłał się w idiotyczną dla siebie wojnę w Afganistanie i że przez nią „amerykańskie kleszcze” zaciskają się coraz bardziej, stanowczo odrzucał namowy Kani i Jaruzelskiego do interwencji w Polsce wojsk Układu Warszawskiego. Wszelako kazał im straszyć polskie społeczeństwo. Na przykład treść groźnego listu KC KPZS do KC PZPR, uroczyście odczytanego 10 czerwca 1981 roku na plenum partii i podanego do publicznej wiadomości wzywał pezetpeerowców do przeciwstawienia się kontrrewolucji wszystkimi możliwymi siłami – była wcześniej w Moskwie uzgodniona z Jaruzelskim...

To wszystko można wyczytać z tajnych dokumentów posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR, które w latach 1991-1994 ukazywały się po polsku w Londynie.

Natomiast u Pasikowskiego do stanu wojennego prze jedynie Kulikow, dodam trywialnie z rosyjska po polsku, obsobaczając polskich generałów. Potem Kulikow wysłuchuje ostrej reprymendy od samego Breżniewa, ponieważ najwyższy gensek sowiecki uważa, że, jak powiedziałem, sami Polacy muszą się uporać z „Solidarnością”. Ktoś więc z nich musiał objąć dowództwo nad całą operacją. Ale kto, tego z filmu się nie dowiadujemy. W ten sposób Pasikowski ukrywa Jaruzelskiego przed odpowiedzialnością. I widz zaczyna zdawać sobie sprawę, że warsztatowe mistrzostwo reżysera deformuje świadomość historyczną ostatnich lat trzydziestu kilku, że fabuła znakomicie zrobionego filmu jest oszustwem utwierdzającym wielu widzów w fałszywych przekonaniach albo po prostu w niewiedzy.

A więc summa summarum Pasikowski pozostał Pasikowskim. Miałem więc rację, że nie chciałem iść na film. Lecz dobrze uczyniłem, że go obejrzałem. Istna ambiwalencja. Cieszę się, że widziałem, gdyż, nie ukrywam, doznałem przyjemności czysto estetycznych. I zarazem czegoś się nauczyłem - jak można subtelnie kłamać, żeby poznanie kłamstwa dawało przyjemność temu, do kogo się ową świadomą nieprawdę kieruje. Kłamstwo spowite pięknem.

Tym gorzej dla kłamstwa.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl