Kilka dni temu, na polskie ekrany wszedł brytyjski film „Tajemnica Filomeny” samego Stephena Frearsa. Choć zręcznie zrobiony, interesujący nie tylko z powodów artystycznych – jest zarazem sygnałem pojawienia się w brytyjskim kinie nowego trendu, a może nawet zmiany kursu politycznego do tematu „chrześcijaństwo”, „katolicyzm”? Jeszcze do niedawna obserwowało się zmasowany krytycyzm – gorzej, jedynie tematy jawnie anty-chrześcijańskie, a zwłaszcza anty-katolickie mogły liczyć na pieniądze z UK Film Council, tutejszego ministerstwa kinematografii, a potem festiwalowe nagrody. Dziś, paradoksalnie, za sprawą jednego z tuzów angielskiego kina Stephena Frearsa, jakby „puściły lody”. Co nie znaczy, że tuż, tuż za tym przyjdzie pełna wiosna. Oczywiście, nic nie dzieje się bez przyczyny.

Scenariusz „Tajemnicy Filomeny” napisali w tandemie Steve Coogan, zarazem odtwórca jednej z dwóch głównych ról, oraz Jeff Pope, na podstawie książki znanego dziennikarza BBC Martina Sixsmitha pt.”The Lost Child of Philomena Lee”. Historia oparta na zdarzeniach prawdziwych, które rozegrano w dwóch płaszczyznach czasowych – przed 50 laty i kilka lat temu. Oto Filomena, Irlandka – katoliczka, prosta kobieta bez wykształcenia, która z upodobaniem czytuje tandetne romanse, dojrzewa do decyzji, aby odnaleźć swoje panieńskie dziecko, które 50 lat temu zostało zaadoptowane przez jakąś zamożną amerykańską rodzinę i zaginął po nim wszelki ślad. Jej historią zainteresował się były dziennikarz śledczy BBC, tropiący polityczne skandale, który właśnie stracił lukratywną pracę dyrektora departamentu komunikacji z mediami w gabinecie Tony Blaira. Przeżywający jeszcze publiczne upokorzenie z powodu wyrzucenia go z hukiem z pracy, Sixsmith, trochę z ciekawości, trochę z nadmiaru wolnego czasu, udaje się z Filomeną najpierw do Irlandii, do zakonu Roscerea, a potem do Stanów Zjednoczonych.

W sensie gatunkowym jest to więc rodzaj „filmu drogi”, jednak znacznie ważniejsze od tego, co rozgrywa się dookoła dwojga podróżników, jest to, co – jako wartość dodatkowa – rodzi się między tą dziwaczną i niekompatybilną parą, krzepiąc i wzbogacając oboje. „Tajemnica…” jest w istocie zderzeniem dwóch indywidualności – mimo braku wykształcenia Filomena jest z pewnością silną osobowością, która w rozmowach potrafi sprostać argumentom znakomicie wykształconego Sixsmitha – dwóch światopoglądów, religijnych, politycznych, zupełnie innego stosunku do życia, śmierci, rodziny, potrzeby wiary, zgody na nieszczęście jako integralną część ludzkiej egzystencji. Filomena jest żarliwą katoliczką, której złe doświadczenia nie potrafiły odebrać wiary, a Sixsmith – lewicowo-liberalną „zagubioną duszą”, agnostyk? ateista? który odszedł od anglikanizmu, bo nie potrafił dać sobie rady z nadmiarem pytań, i znaleźć odpowiedź choćby w postaci zawierzenia. Ona – konserwatystka, on – lewicowy liberał, choć jakoś nie do końca pewny swoich racji. Ona – pomimo gorzkich doświadczeń, dzielna, pogodna, przyjazna ludziom, zawsze umiejąca znaleźć dla nich jakieś usprawiedliwienie. On, mimo uprzywilejowanego backgroundu i wielu zawodowych sukcesów – zgorzkniały, agresywny, dość cyniczny. Łączy ich właściwie tylko jedno: poszukiwanie odpowiedzi, co się stało z panieńskim synem kobiety, czy żyje, i – jak dodaje Filomena - czy jest szczęśliwy? Rozpoczyna się odyseja dwojga obcych sobie ludzi, którzy na koniec zdołają – i nie będzie to zasługa dziennikarza BBC – porozumieć się jakimś cudem ponad polityką, dylematami wiary, na płaszczyźnie ludzkiego losu i ostatecznego przeznaczenia człowieka, gdzie nieważna jest ani społeczna pozycja ani bogactwo, tylko próba zrozumienia i wsparcia. I okazuje się, że o tym etapie „podróży” Filomena ma znacznie więcej do powiedzenia, i do zaoferowania.

Trafiają do klasztoru Roscerea, dokąd posłała ją irlandzka rodzina, i gdzie nastoletnia Filomena urodziła synka. W scenach retrospekcji reżyser pokazuje dziewczęta pracujące ponad siły, „brutalny reżim” panujący w klasztorze oraz „sadystyczne siostry”, które na koniec „sprzedają” dzieci zamożnym rodzinom zastępczym. W filmie pełno jest referencji do „papizmu”, do którego niechęć pojawiła się na Wyspach wraz z zerwaniem przez Henryka VIII więzi z Watykanem i ustanowieniem Church of England, kościoła anglikańskiego. Powtarzają się motywy „grzechu śmiertelnego” i „piekielnego ognia” – katolicyzm do dziś uważa się tu za religię zbyt wymagającą i okrutną - znana sztanca z upodobaniem powtarzana przez brytyjskie media oraz kinematografię. Ani jednego zdania na temat wysiłku sióstr zakonnych, które uratowały tysiące dzieci przed aborcją u „babki”, a tysiące dziewcząt przed śmiercią? wylądowaniem na ulicy? udzieliły im i ich dzieciom schronienia, uczyły zawodu, załatwiły przysposobienie dzieci, których nastolatka bez wykształcenia i zawodu nie byłaby w stanie wychować. O tym lewicowo-liberalny reżyser nie zająknął się ani słowem.

Ale cóż się dziwić: temat przysposobił Stephen Frears – ten sam, które zrealizował anty-thatcherowską „Moją piękną pralnię”, manifest gejowskiego kina lat 80., propagandową agitkę na temat praw nielegalnych imigrantów spoza Europy „Niewidzialni”, oraz prawdziwego paszkwilu na katolickie duchowieństwo, szkoły, wiernych, „Mały Liam”. I dopiero zestawiając „Liama” z 2001 roku z „Tajemnicą Filomeny” z 2013, widać zmianę klimatu, i w sposobie myślenia samego reżysera, i establishmentu filmowego. W „Tajemnicy…” po raz pierwszy – a obserwuję brytyjską produkcję filmowa od lat - dopuszczono do głosu katoliczkę i wyposażono ją w rozsądną argumentację. Wystarczy przypomnieć sobie, jak wyglądała ta debata w innych produkcjach brytyjskich na podobny temat - „Ksiądz” Antonii Bird, opowiadający o cierpieniach duchownego geja z powodu nietolerancji przełożonych i wiernych; „Siostry magdalenki” Petera Mullana, pokazujący instytucję dla dziewcząt prowadzoną przez zakonnice w stylu stalinowskiego obozu pracy, czy „Siostro, moja siostro!” Mancy Mekler o dwóch zakonnicach – lesbijkach – aby się zorientować o co chodzi. Bo na tradycyjną niechęć Anglików do katolicyzmu, trwającą od 400 lat, nałożyła się licząca 40 lat poprawność polityczna, która konsekwentnie zwalcza chrześcijaństwo, a zwłaszcza katolicyzm, i brytyjska kinematografia stała się jeszcze jednym „terenem polowań na papistów”. Te obie fobie nałożyły się na siebie, i niszczą wszelkie przejawy katolicyzmu w przestrzeni publicznej, także artystycznej. Stąd moje zaskoczenie stosunkowo łagodnym kursem debaty w „Tajemnicy Filomeny”.

Oczywiście, nic nie dzieje się bez przyczyny, i nie jest to bynajmniej nagłe nawrócenie na tolerancję znanego brytyjskiego reżysera. Być może to sprawa wieku – Frears ma dziś 73 lata, a nie 43 kiedy kręcił „Moją piękną pralnię”? Nie bez wpływu na złagodzenie kursu mógł być międzynarodowy sukces jego filmu „Królowa”, który go zorientował, że społeczne sympatie znowu przesuwają się w stronę monarchii. Albo obudzenie się z gorzką świadomością, że pieniądze na produkcję znowu znalazły się w rękach konserwatystów? Frears jest jednym z przykładów wolty, jaką wykonuje całe tutejsze środowisko filmowe. Brytyjski establishment filmowy był do niedawna labourzystowski, w dodatku „na lewo od Tony Blaira”. I przez 13 lat władzy Partii Pracy reżyserzy i aktorzy prześcigali się w politycznych deklaracjach, atakując konserwatystów, a ich ulubionym celem ataków była premier Thatcher. Ale tuż po dojściu do władzy, David Cameron zlikwidował bastion lewicy UK Film Council, tutejsze ministerstwo kinematografii, które dysponowało wielkimi funduszami, państwowymi i loteryjnymi. Argumentem było „marnowanie publicznych pieniędzy na projekty polityczne, których publiczność nie chciała oglądać”, co było świętą prawdą. I atmosfera w środowisku zaczęła się powoli zmieniać. Skończyło się lansowanie dramatów społecznych z pijanymi i naćpanymi bezrobotnymi –„nieuprzywilejowanymi” w rolach głównych, których nie chcieli kupować kiniarze ani oglądać publiczność. A zaczęto sięgać po gatunki filmowe, na które czekała masowa widownia, a nie lewicowe elity. „Tajemnica Filomeny” otrzymała tydzień temu tylko jedną BAFTE (nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej i TV), za najlepszy scenariusz – adaptację, ale jednak otrzymała.

Trudno się spodziewać jakiegoś zasadniczego zwrotu akcji, ale oto został zrobiony krok we właściwą stronę. Byt określa świadomość, a pieniądze – ideologię. Być może, po przejęciu władzy w Polsce przez konserwatywny PiS, przyszły premier powinien zabrać się za PISF (Polski Instytut Sztuki Filmowej), który głównie promuje takie dzieła jak „Pokłosie” Pasikowskiego czy „Pod mocnym aniołem” Smarzowskiego?

Elżbieta Królikowska-Avis

Londyn, 24 lutego 2014


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl