W pierwszych latach obecności w życiu publicznym „Gazeta Wyborcza” była warsztatowo wprost wzorcowa. A jednak redaktor naczelny zaczął później schlebiać i oddawać honory swym dawnym prześladowcom. Antoni Dudek dopatrzył się w osobowości Adama Michnika zarażenia „wirusem polskiej mutacji tzw. syndromu sztokholmskiego. Encyklopedia definiuje go jako »stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażając się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swym prześladowcom w osiągnięciu ich celów lub w ucieczkach przed policją«. Warto w tym miejscu przypomnieć, że w maju 1981 r. Michnik (…) uratował milicjantów w oblężonym przez rozwścieczony tłum komisariacie w Otwocku. Po ponad dwóch latach z więzienia napisał list do gen. Kiszczaka, zakończony słowami: »Sobie zaś życzę, abym – tak jak zdołałem w Otwocku dopomóc w uratowaniu życia kilku pańskim podwładnym – umiał być na miejscu w samą porę, gdy będzie pan zagrożony i zdołał także panu dopomóc. Abym umiał raz jeszcze być po stronie ofiar, a nie oprawców«. Po roku 1999 tymi oprawcami dla Michnika stali się pracownicy IPN. Stąd jego histeryczne napaści na tę instytucję”. (Antoni Dudek, Osobista historia IPN, Warszawa 2011 r.)
Michnika apologia komunizmu byłaby przejawem systemu wartości wyniesionego z domu. Michnik na początku lat 90., nie pamiętam już daty tego numeru „Gazety Wyborczej”, pisał, że (cytuję z pamięci) „antykomunizm ma twarz bolszewicką”. To w domyśle była inwektywa obrażająca tych, którzy komunizm uważali za destrukcję kultury Nie wiem, czy dzisiaj, po ponad dwudziestu latach, Michnik myśli identycznie. Świadczyłoby to o niezrozumieniu tego, co zaszło przez ten czas i co się dzieje. Nieprawdopodobne zatem! Przecież w licznych książkach, które – nawiasem mówiąc – nie zwabiają wielu odbiorców, niekiedy dostrzega i ujawnia oddziaływanie na nasze życie publiczne rudymentów tamtego totalizmu. Gorzej z postulatami terapii…
„Gazeta Wyborcza” jest oczywiście ideowo i metodologicznie nadal, powiedzmy eufemistycznie, kontrowersyjna. Na przykład w numerze z 28 marca br. na drugiej stronie w rubryce „Gościnne występy” Monika Olejnik ima się krytyki… Donalda Tuska! „Od premiera powiało wojną” – powiada w tytule i pisze dalej, że „pan premier chyba wszedł w buty Jarosława Kaczyńskiego, który straszył nas Angelą Merkel”. I przytacza słowa prezesa PiS: „reprezentuje ona pokolenia tych polityków, którzy chcą odbudować mocarstwowość Niemiec”.
A nie jest tak? Olejnik nie chce spostrzec słuszności tej opinii, bo skoro odważa się skrytykować Tuska, to może to uczynić pod warunkiem, że ostro spostponuje jego rywala. Jakby to bowiem wyglądało na łamach gazety Michnika, że premier Tusk, bożyszcze „salonu”, jest zwyczajnie krytykowany. Jeżeli „salonowi” coś się u premiera wreszcie nie spodobało, to musi być jeszcze o wiele gorzej u Kaczyńskiego. Są to typowe chwyty manipulacyjne tej znanej publicystki i typowe metody indoktrynacji uprawianej przez „Gazetę Wyborczą”. To oczywiście tu nieważne, że ta opinia Kaczyńskiego jest arcysłuszna w odniesieniu oczywiście do ekonomii. Olejnik liczy, że u przeciętnego czytelnika słowa „mocarstwowość Niemiec” kojarzyć się będą z wyczynami III Rzeszy. I odbiorca nie zauważy, że Niemcy w Europie już stały się supermocarstwem gospodarczym dominującym w Unii Europejskiej, a więc że opinia Kaczyńskiego trafnie oddaje istotę rzeczywistości. Czy Olejnik jest świadoma, że uprawia dziennikarstwo podobne do tego, które ongiś, w PRL, reprezentowała Irena Dziedzic? Podobny rodzaj manipulacji…
Ale najgorsze, że dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” to już warsztatowo nie jest ten sam dziennik, którym był w końcu lat osiemdziesiątych i w początkach dziewięćdziesiątych. O kryptopublicystycznych tytułach informacji, a więc kardynalnych nadużyciach dziennikarskich, pisał niedawno na naszym portalu Marek Palczewski. Więc w telegraficznym skrócie, bo rzecz wymaga rzetelnych badań medioznawczych, nieprofesjonalnie zajmę się kilkoma wybranymi na chybił trafił przykładami języka dwóch artykułów.
Na stronie dziesiątej tego numeru wypowiada się sam Bartłomiej Sienkiewicz, minister spraw wewnętrznych, w artykule „Nie osłabiajmy naszego bezpieczeństwa”. Powiada się o ministrze, że jest prawnukiem Henryka. Na początku lat sześćdziesiątych zwiedzałem muzeum autora „Potopu” w Oblęgorku; oprowadzał wnuk pisarza. Był ode mnie sporo starszy, więc jego syn musiałby mieć więcej lat niż dzisiejszy poseł minister. To chyba jego praprawnuk. Nasz noblista, twórca „Trylogii”, jest ostentacyjnie pogardzany przez „salon”. Toteż jego potomek Bartłomiej musiał jakoś zasłużyć na stanowisko ministra, nawiasem mówiąc, nic oprócz częstych wypowiedzi publicznych o błahych tematach i oprócz pisywania do „Gazety Wyborczej” nierobiącym.
Zasłużył! Pod koniec minionej kadencji Sejmu wydrukował w „Rzeczpospolitej” (numeru już nie pamiętam) notatkę naigrawającą się ze swego wielkiego przodka; wyraz pogardy dla jego pisarstwa był niby uzasadniony sarkastycznym przywołaniem słów Nel z „W pustyni i w puszczy”, że jej się „oczy pocą”. Tę książkę autor wydał u schyłku życia, sześć lat przed śmiercią, nie mogła tedy być arcydziełem, chociaż i tak rozczytywało się i uczyło na niej języka ojczystego kilka generacji młodzieży polskiej. „Salon” zauważył ośmieszającą ewokację Bartłomieja Sienkiewicza, toteż wkrótce został on wysokim rangą urzędnikiem państwowym. I dzisiejszymi wypowiedziami publicystycznymi niszczy tradycyjne piękno języka, jakie powszechnie kojarzy się z nazwiskiem jego antenata (domniemanego?).
Oto odstręczające od lektury rzeczonego tekstu Bartłomieja Sienkiewicza nieporadności frazeologiczne. Minister pisze w lidzie m.in.:„Cienka czerwona linia (…) zostanie określona (…) wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego. Obawiam się przesunięcia tej granicy na tyle daleko, iż policja nie będzie zdolna do wypełniania swoich zadań w dotychczasowym zakresie”. Zamiast: linia zostanie wytyczona, zakreślona, ustalona…; o tyle daleko…, wykonania zadań. .Darujmy już „dotychczasowy zakres”. Poniżej zaś minister-publicysta pisze: „…bezpieczeństwo pozostaje w dużej mierze domeną państw narodowych. Słusznie przyjmuje się zasadę, iż nie może być argumentem na rzecz ustanowienia nowych standardów prawa w tej dziedzinie argument wyprowadzony z przypadków innych państw” etc. etc. Jeśli Bartłomiej Sienkiewicz jest naprawdę potomkiem autora „Quo vadis?”, to ze względu na szacunek dla jego twórczości nie powinien pisać tak nonszalancko na łamach wielonakładowego dziennika, bo uwłacza wielkości literackiej przodka. A swoją drogą nie ma w „Gazecie Wyborczej” dobrych adiustatorów-redaktorów – indolencja kierownictwa, cięcie kosztów?
W innych tekstach tego numeru związki słów i one same też nie uprzyjemniają lektury na jakikolwiek bądź temat. Wiele stron publicystycznych jest tak zredagowanych, że niemożliwe jest poznanie, kto odpowiada za liczne błędy stylistyczne. Na stornie 23 wydrukowano wypowiedź prof. Karola Modzelewskiego, senatora, a wcześniej działacza opozycji korowskiej, lecz nie jest ona samodzielna, spisała ją Iza Michalewicz. Tytuł „żeby zacząć myśleć, trzeba się wkurzyć”, sugeruje, że wymyśliła go notująca, gdyż trudno podejrzewać statecznego naukowca, polityka o wieloletnim doświadczeniu o posługiwanie się żargonem młodzieżowym. Albo posądzać go o tak niezgrabne sformułowania: „Obserwuję przejście od pobudzenia do jakiegokolwiek samodzielnego myślenia do całkowitej intelektualnej bierności i posłuszeństwa. Bo do tego przecież sprawdza się na przykład system testowy”. Ile razy trzeba przeczytać te dwa zdania, żeby dokładanie zrozumieć ich sens? A przy okazji można policzyć częstotliwość występowania przyimka „do”; wreszcie zadumać się nad rymem „pobudzenia – myślenia”, czy jest świadomym środkiem wyrazu, czy wynika z nieumiejętności przekazu?
I tak można demaskując niepoprawności językowe i stylistyczne „Gazety Wyborczej” udowadniać ze smutkiem, że ten ogólnopolski dziennik to już nie to zachwycające warsztatowo pismo z początków niepodległej Polski. Jakiż to osobliwy paradoks: jest na jego łamach dosłownie lub w domyśle, bez różnicy, chwalona tzw. poprawność polityczna językiem niepoprawnym. To bodaj skutek cywilizacji internetowej, kiedy wszyscy możemy rozpowszechniać nasze teksty pisane byle jak. Ale zdumiewa, że redaktor naczelny zgadza się na takie nieporadności, stać go przecież na dobrych redaktorów.
Bo że akceptuje manipulację cytowanej na początku Moniki Olejnik, to tu jest konsekwentny, wszak ta demagogia jest w jego stylu, w jego metodach i w zgodzie z zamierzeniami twórczymi.
Jacek Wegner
