Dawniej dziennikarz nie tylko że musiał umieć pisać, wypowiadać się, filmować, ale nade wszystko znajdować tematy, których oczekiwali odbiorcy. A przecież mądry, uczciwy dziennikarz wie, że gdy zajmuje się problemami politycznymi, społecznymi czy gospodarczymi, to czytelnicy, słuchacze lub widzowie nigdy nie oczekują chwalby – zazwyczaj szukają na łamach publicystycznych czy w audycjach krytyki poczynań polityków i władzy, od których zależy tu i teraz ich egzystencja. Wokulski, literacki prekursor naszych, pożal się Boże, biznesmenów mawiał niedołężnej już arystokracji, że pieniądze leżą na ulicy. My zaś powiemy – tematy leżą na ulicy, w każdym razie wśród ludzi zmaltretowanych nieudolnością współczesnych rządów. A wybieramy z naszej samoświadomości zawodowej formę przekazu najbardziej odpowiadającą i tematowi, i własnym predyspozycjom twórczym.
Sądziłem, że problemy współczesnego systemu ochrony zdrowia z powodu swej wagi społecznej nadają się wyłącznie do polemiki, i to bezkompromisowej, dziennikarza z osobistościami zarządzającymi lecznictwem. Tymczasem lektura „Rzeczpospolitej” z 1 kwietnia br. przekonuje, że to nieprawda.
Otóż Karolina Kowalska i Andrzej Stankiewicz rozmawiają z najbardziej kompetentnym politykiem-urzędnikiem-posłem – z ministrem zdrowia Bartoszem Arłukowiczem. I słowo „rozmawiają” jest, niestety, stosowne, ponieważ konwersacja zwykle nie jest dyskusją ani polemiką, gdyż najczęściej, i tu właśnie tak, stanowi zwykłą wymianę wiadomości. Zresztą tytuł owego wywiadu od razu sugeruje, że nie będzie żadnego dyskursu: ”Zapłacimy lekarzom za skuteczność”. A gdzie chorzy? Kto będzie oceniał tę skuteczność: minister, premier, rząd? Czytelnika schorowanego ten tytuł może nawet obrażać - bo ignoruje jego kondycję.
Czyje więc interesy reprezentuje minister? Oboje dziennikarze w pytaniu inicjującym publikację, używając slangu politycznego („pakiet zmian”) jakby podpowiadają głównemu stróżowi naszego (nie)zdrowia, że ma lekceważyć dobro chorych. Piszą: „Zapowiadał pan jednocześnie. że zmiany będą bolesne. Kogo będą boleć?” Zamiast na przykład zapytać: Panie ministrze, kiedy znikną kolejki do lekarzy?
Toteż minister bez żenady mówi o dwóch „pakietach onkologicznym i kolejkowym”. To znaczy, po ich przyjęciu przez Sejm, będziemy nadal czekać na leczenie w majestacie prawa. W PRL kolejki były po wszystko, lecz nie do lekarzy; stało się, by zdobywać pożywienie konieczne do życia, zatem były to kolejki niedostatku. Teraz stan zdrowia wielu Polaków uniemożliwia doczekania wizyty wyznaczonej za kilka miesięcy, ostatnio nawet lat i przez to ludzie umierają - są to tedy kolejki śmierci.
Jeszcze kilka lat temu złościło, kiedy niektórzy moi rodacy powiadali, że „za komuny było lepiej”. Takie poglądy wydawały mi się bluźnierstwem. A jednak wtedy nie czekało się na wejście do gabinetu lekarskiego miesiącami, a oczekiwania trwały najwyżej dwie lub trzy godziny. Dorzucę tu tytułem odległej dygresji, że w kolejnictwie też „za komuny było” lepiej. Polskie Koleje Państwowe stworzyli w Dwudziestoleciu nasi dziadowie i pradziadowie. Nie dość, że pociągi kursowały z najwyższą w Europie punktualnością, to jeszcze, choć nie było Internetu, informacje o odjazdach i przyjazdach były wszędzie łatwo dostępne, przede wszystkim na ogromnych tablicach nad kasami. Pod rządami obecnego premiera owa organizacja i ów porządek zostały zniszczone, choć kolej jest instytucją strategiczną, to została rozbita na wiele spółek nieumiejących, niechcących z sobą współdziałać i dostęp do harmonogramu kursów jest nader utrudniony, bo nie ma dawnych tablic, a informacje internetowe, często bałamutne, zawodzą.
Więc nasz niby-kapitalizm, a w istocie oligarchizm mafijno-kurupcyjny, zlikwidował kolejki po żywność, ubrania, sprzęt domowy, talony na maszyny do pisania i samochody itd., lecz wprowadził do lecznictwa kolejki, o jakich nam się nie śniło, a w kolejnictwie chaos nie do opisania. Gdyby, co nie daj Panie Boże, wybuchła wojna, to jakby się te spółki kolejowe porozumiewały w sprawie przewozu ludzi i sprzętu na front?
Ale dość tych ponurych czczych rozmyślań. A więc według ministra zdrowia warunkiem wyższych pensji lekarzy jest, że „będą musieli współpracować ze specjalistami i tworzyć sieć terapeutyczną (sic!?)), w ramach której pacjent onkologiczny będzie miał zapewnioną kompleksową opiekę medyczną.” I dalej ogólniki, że „musimy wprowadzić finansowe zmiany motywacyjne”(…) zmiany będą zachęcać lekarzy rodzinnych do współpracy(…) będziemy premiować lekarzy za skuteczność i zwiększoną czujność onkologiczną”.
Co gorsza – minister zapowiada stworzenie w swym resorcie nowych instytucji i… stanowisk: „jednym z założeń pakietu kolejkowego jest wprowadzenie wyceny procedur medycznych z NFZ”(co to znaczy?). I dalej: „Powstanie rejestr prowadzony przez NFZ”, będzie kontrolowany przez radę onkologiczną przy ministrze zdrowa. A jeszcze dalej minister informuje: że ministerstwo przygotowało nową agendę koordynatorów czuwających nad prawidłowościami zapisów do lekarzy, „przygotowaliśmy również zmiany w ustawie o konsultantach (…) jej głównym założeniem jest zacieśnienie współpracy między ministrem a konsultantami krajowymi i wojewódzkimi”. Summa summarum – nowe posady… A podobno nasze składki zdrowotne są za niskie.
Premier Donald Tusk, zadziwiający w ostatnich dwóch latach swym charyzmatycznym cynizmem i krętactwem, na pewno przyjmie te projekty swego ministra. Mimo że postawił mu ultimatum: albo likwidacja kolejek, albo dymisja. Bo przecież jego podwładny stworzył „pakiet kolejkowy”…
Arłukowiczowi się nie dziwię – należy do SLD, jest więc uformowany przez reżym pezetpeerowski. Dlatego wygłasza frazesy, wypowiada ogólniki, niczym w przemówieniach pierwszych sekretarzy i sprawozdaniach ze zjazdów partyjnych. Nie mówi, jak skrócić kolejki czy tym bardziej je unicestwić, tylko jak je „ucywilizować”, żeby na przykład pacjent mógł się zapisywać na wielomiesięczne oczekiwania nie przychodząc do rejestracji (a umrzeć w domu). I zapowiada, jak już pisałem, tworzenie nowych kosztownych układów biurokratycznych.
Gdy władzę sprawowała AWS, powołała kasy chorych na wzór przedwojennych, działających wówczas bez zarzutu. Idea awuesowska była słuszna, lecz jej materializacja niewydolna, sparaliżowana biurokracją. Wszelako, podejmując doświadczenia przeszłości, dała dobry początek modernizacji systemu ochrony zdrowia, wystarczyło poprawić, co było w nim złe. Lecz następny postpeerelowski rząd ideologicznie nie znosząc jakiejkolwiek decentralizacji, utworzył centralistycznego molocha – ze wszystkimi ułomnościami centralnego zarządzania. I zaczęły się kłopoty, przy których blakną niedogodności awueesowkch kas chorych. Późniejszy rząd Jarosława Kaczyńskiego nie spełnił obietnicy zlikwidowania Narodowego Funduszu Zdrowia, albowiem całą energię zużywał na walkę – naiwną, dlatego przegraną - z opozycją.
Ale najgorsze jest w tym, co tu piszę, że dwoje młodych dziennikarzy nie polemizowało z nieludzkimi, aspołecznymi, antyzdrowotnymi, niemądrymi wypowiedziami ministra zdrowa. Nie powiedzieli: Panie ministrze, dlaczego pan zamiast przedstawić pomysły takiego przeorganizowania lecznictwa, żeby pacjenci nie czekali miesiącami i latami na wizytę u lekarza specjalisty, tworzy „pakiet kolejkowy”, utrwalający de facto obecny stan rzeczy? Śmierć niemogących doczekać się badania i leczenia nie obciąża pańskiego sumienia?
Nie znam Karoliny Kowalskiej. Znam natomiast Andrzeja Stankiewicza. Przed laty uczestniczył w warsztatach dziennikarskich w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Wyróżniał się inwencją w znajdowaniu tematów, umiejętnościami rozmawiania z ludźmi, pisaniem dobrych informacji dziennikarskich, w ogóle kulturą dziennikarską. Po studiach zaczął pisywać do „Rzeczpospolitej”, zdaje się, że później dostał tam etat. I dobrze, zasłużył nań.
Po objęciu władzy przez Tuska napisał o nim apologetyczną książkę. Pomyślałem sobie wtedy ze smutkiem, że traci bystrość dziennikarską, którą imponował na studiach.
Przecież w omawianym wywiadzie z ministrem zdrowia powinien polemizować z owymi koncepcjami „kolejkowymi” Zapytać ministra na przykład, czy bywając na Zachodzie zainteresował się poważnie systemami ochrony zdrowia we Francji, Anglii, Włoch lub Niemiec? Czy zna organizację przedwojennych kas chorych, czy nie pomyślał, żeby zsyntetyzować tę wiedzę i stworzyć w Polsce organizację lecznictwa godną i naszych potrzeb, i naszych aspiracji, i naszego stulecia?
Nie! Był bierny, razem ze swą partnerką; poprzestał jedynie na zapisywaniu wiadomości przekazywanych im przez rozmówcę; wiadomości wołających o pomstę do nieba. Zatracił dziennikarską bystrość, wyczucie problemów społecznych? A może z rozmysłem unikał polemik? Lub może wywiad niepolemiczny zamówił kierownik Działu Opinii lub redaktor naczelny gazety znanej ostatnio ze swej ostrożności w demaskowaniu zła establishmentu?
Tak to równocześnie z degradacją ustroju i rządu degeneruje się współczesne dziennikarstwo…
Jacek Wegner
