Kilka dni temu nastąpił prawdziwy wysyp artykułów na temat „manifestacji wiary” Davida Camerona. Guardian pisał o „afiszowaniu się ze swym anglikanizmem przez premiera, który winien być liderem wszystkich Brytyjczyków”, a The Times – zamieścił notkę pod tytułem „Przyznaniem się do wiary w Boga premier «ryzykuje społeczną alienację»”. Bez znaku zapytania. Poszło o to, że z okazji Świąt Wielkiej Nocy Cameron napisał artykuł do Church Timesa, w którym przypomniał, że „Wielka Brytania jest krajem chrześcijańskim”, mówił o swojej wierze i „pragnieniu, by uprawiać politykę w oparciu o chrześcijańskie wartości i pryncypia”. Ot, świąteczne wyznanie wiary premiera Wielkiej Brytanii. Ale ten akt strzelisty wywołał głośny protest tutejszych lewaków i ich mediów, a ponad 50 pisarzy, naukowców i dziennikarzy opublikowało na łamach Daily Telegrapha list, w którym „wyrazili swoje obawy o negatywne konsekwencje takiego stwierdzenia w kraju, gdzie większość ludzi wcale nie definiuje się jako chrześcijanie”.
Fakt dość szokujący, zważywszy, że chrześcijaństwo dotarło na Wyspy w II, a powszechnie się przyjęło w VII wieku, i że anglikanizm jest do dziś religią państwową. Po drugie – The Daily Telegraph jest dziennikiem konserwatywnym, a lewacy już kolejny raz publikują na jego łamach swoje hucpiarskie manifesty – być może dlatego, że ich adresatem są konserwatyści, a Elżbieta II codziennie czytuje tę właśnie gazetę? Wreszcie po trzecie – mniejszości etnicznych, a więc i religijnych jest raptem 8% społeczeństwa, reszta tak czy inaczej wychowana w kraju o tradycjach chrześcijańskich. I publiczne oświadczenie 50. ludzi w imieniu 60 mln, może tylko wskazywać na ich dobre samopoczucie oraz zawłaszczanie sobie prawa do przemawiania w imieniu narodu. Jednak lewacy regularnie to robią! Nie tylko brytyjscy. A teraz – kto sygnuje apel? Philip Pullman (pisarz, autor trylogii dla młodzieży „Mroczne materie”), Terry Pratchett (pisarz fantasy i sci-fi, cykl „Świat Dysku”), Don Snow (muzyk rockowy i producent) i Nick Ross (były prezenter programu kryminalnego Crimewatch). Doprawdy, „konie kują, a żaba nogę podstawia”.
W swoim manifeście autorzy piszą: ”Wiele badan opinii i studiów społecznych pokazuje, że większość z nas nie jest wyznawcami religii chrześcijańskiej lub że nasza tożsamość religijna oraz społeczna była kształtowana przez przed-chrześcijańskie, nie-chrześcijańskie oraz post-chrześcijańskie siły”. Co to ma znaczyć – że jakieś elementy wierzeń pogańskich odgrywają dziś jakąkolwiek rolę w kształtowaniu duchowości Brytyjczyków? Jeśli autorzy mają na myśli „druidów”, wszyscy od zawsze na państwowym zasiłku, w większości alkoholicy lub narkomani, którzy raz w roku zakłócają spokój w okolicy Stonehange, to rzeczywiście takie „siły” istnieją. Z kolei „siły nie-chrześcijańskie”, to zaledwie 8% obywateli, żyjących zwykle w enklawach muzułmańskich, lub nie integrujących się z resztą w sensie obyczajowym i religijnym jak wspólnota hinduistyczna. Ale co znaczy – „moce post-chrześcijańskie”? Nic o tym nie wiadomo, żeby chrześcijaństwo zniknęło już z powierzchni globu. Pewnie chodzi o pranie mózgów przez Labour Party, Liberalnych Demokratów i ich media, które trwa od 40 lat bez mała, i które – trzeba przyznać – bywa dość skuteczne.
Brytyjscy lewacy sterroryzowali już nie tylko Policję Metropolitalną – która jak ognia boi się starć z kolorowymi bandytami z Południowego Londynu czy Midlandów, ale i kościół anglikański, któremu – właśnie z powodu różnych postępowych „nowinek” – grozi rychły rozpad. Już wyświęca się kobiety na diakonów, gejów na biskupów, a ostatnio jego hierarchowie dzielnie sekundowali rządowi Camerona w kampanii na rzecz ustawy o dostępności ślubów kościelnych dla homoseksualistów. Wprawdzie ten akt prawny nie dotyczy kościoła anglikańskiego, a inne, jak katolicki, „mogą lecz nie muszą” godzić się na taka ceremonię, jednak parcie liberalnych mediów i środowisk LGBT jest tak silne, a opór hierarchów Church of England tak mizerny, że wynik potyczki jest z góry przesądzony. Po ostatniej Wielkanocy prasa konserwatywna znowu narzekała, że w swoim świątecznym przesłaniu arcybiskup Canterbury Justin Welby upominał się o wspieranie „banków żywności” dla biednych Brytyjczyków, głównie lumpenproletariatu na socjalu, i ani słowem nie wspomniał o hekatombie chrześcijan, jaka właśnie odbywa się na świecie. A w tym samym czasie indoktrynacja przez liberalno-lewicowe media – konserwatyści mają silny tylko sektor prasowy – dokonuje w mózgach Brytyjczyków, zwłaszcza młodych, prawdziwej masakry! W takiej rzeczywistości społecznej i medialnej działa Cameron. Jednak nie można powiedzieć, że nie ma w ręku narzędzi, aby ten niebezpieczny dla kraju trend odwrócić.
Ale David Cameron, to polityk niezwykle ostrożny – pamięta dintojrę, jaką urządzili torysom labourzyści po ich zwycięstwie wyborczym w 1997 roku! Przez lat 13, z ksywką „ta wstrętna partia”, konserwatyści pozostawali w opozycji, bez szans na powrót do władzy. A gdy 4 lata temu ich los się odmienił, ostrożności nie ma końca. Pamiętam przemówienie premiera, wygłoszone w Oksfordzie w 2011 roku z okazji 400-lecia Biblii króla Jakuba. Był to majstersztyk ostrożności i konformizmu! Tak więc akty strzeliste wiary mnożą się wraz ze zbliżaniem się terminu eurowyborów. W tygodniu przedświątecznym premier dwa razy wspomniał o swojej wierze, dając do zrozumienia, że wartości chrześcijańskie pełnią ważną rolę w jego pracy, i że „czuje ozdrowieńczą moc, płynącą z opieki pasterskiej kościoła”, jedna z tych zawikłanych fraz, które stosuje się by „nadmiarem słów zaćmić sensy”. Powód tych religijnych manifestów premiera Camerona wydaje się tkwić w ostatnich opinion polls. Jak podały ośrodki badań opinii publicznej, „podobne deklaracje są dobrze przyjmowane przez tradycjonalistów w jego partii oraz wyborców UKIP-u, zwykle ludzi wierzących”. Według sondaży YouGov, 59% członków Niepodległej Partii Zjednoczonego Królestwa twierdzi, że należy do takiej czy innej wspólnoty religijnej, wśród konserwatystów jest to 56%, a labourzystów i liberalnych demokratów – 50%. To nie pomyłka w cyfrach – historycznie korzenie tych dwóch ugrupowań tkwią w socjalizmie, a spora cześć ich członków zawsze deklarowała się jako osoby wierzące. Radykalizacja obu partii nastąpiła dopiero w ostatnim kilku dekadach.
Jednak premier Cameron wcale nie jest w tych umizgach do wyborców odosobniony. Szef liberalnych demokratów to ateista, ale lider labourzystów, Ed Miliband, ostatnio coraz częściej wspomina o swoich żydowskich korzeniach. Jakimś dziwnym trafem – jego dziadek to polski Żyd – ni słowem nie napomknął o swoich polskich korzeniach. No, ale to nie jest towar chodliwy i niewiele pomaga w karierze. Tak więc David Cameron nadrabia stracone punkty po niefortunnej decyzji przepchnięcia ustawy o ślubach kościelnych dla same sex marriages, w sytuacji gdy 43% torysów, 26% labourzystów i aż 57% wyborców UKIP potępiło tę decyzję. Ciekawe, na ile ten religijny kontredans premiera – ale także Eda Milibanda, który właśnie udzielił rzewnego wywiadu The Jewish News – przybliży ich do wyborczego zwycięstwa?
Elżbieta Królikowska-Avis
Londyn, 28 kwietnia 2014
