Jaka jest różnica między historiografią naukowo-popularną a publicystką historyczną? Chyba żadna, najwyżej w zapisie technicznym. Chociaż czasami dokonania z pierwszego rodzaju pisarstwa są dla nawet oczytanego czytelnika mało zajmujące, uczuciowo bezbarwne, mniej od drugiego frapujące.
Wiem, że upraszczam, gdyż są dzieła historiograficzne, które czyta się z zapartym tchem. Przykłady, że tak powiem, spod ręki: Władysława Konopczyńskiego „Dzieje Polski nowożytnej” (chociaż może razić jej lekki, prawie niezauważalny „przechył” endecki, ale to kwestia zupełnie innej natury), Władysława Poboga Malinowskiego: „Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945” (tu znów wyznawców idei narodowej demokracji mogłaby razić chwalba sanacji). Można nadto poprzestając na minionym i bieżącym stuleciu, dorzucać bez przerwy nazwiska wybitnych naukowców, m. in. Szymona Askenazego, Mariana Kukiela, Władysława Czaplińskiego, Jerzego Łojka, Pawła Wieczorkiewicza, Antoniego Dudka, Piotra Gontarczyka, Sławomira Cenckiewicza, Andrzeja Nowaka etc. etc., których książki naukowe, par excellence historiograficzne, czyta się z napięciem, jak najprzedniejszą, publicystykę.
O poczytności książek publicystycznych z dziedziny historii decyduje bodaj piękny język i uwolnienie ich ze sztywnego gorsetu naukowej konstrukcji. I tu przykładów jest tak dużo, że na ich wymienienie nie starczyłoby miejsca nawet na naszym portalu – z najwybitniejszych: dawniej czytany Stanisław Cat Mackiewicz i mniej dawno: niezastąpiony Paweł Jasienica, po którego „Rzeczpospolitą Obojga Narodów” ustawiały się w PRL kolejki; czy najwspółcześniejsi: Jarosław Marek Rymkiewicz, Waldemar Łysiak. Lecz i tu bywają wyjątki – dzieła publicystyczne, nader atrakcyjne w lekturze, mają balast naukowy, choćby odnośniki, np. monumentalne dzieło, właściwie publicystyczna „monografia” Polski pojałtańskiej Bohdana Urbankowskiego o może nie najfortunniejszym tytule obu wydań, albowiem ani jeden, ani drugi nie są metaforyczną kwintesencją treści tej niezastąpionej książki.
A jednak wydaje się, że między historiografią naukową a publicystyką jest jakaś odmienność. Może technika pisarska? Publicystka bliższa jest esejowi, jakim w zachodniej kulturze wzorem niedościgłym są szesnastowieczne „Próby” Montaigne’a. Ale powiadam – m o ż e; nie jestem pewien tych uogólnień. Dobrze by było, gdyby medioznawcy zainteresowali się tym tematem i naukowo opisali różnice obu rodzajów pisarstwa albo udowodnili, że ich nie ma.
Snuję takie rozważania teoretyczne (zapewne czcze) sprowokowany książką Jerzego Eislera, historyka IPN drążącego współczesne dzieje, która w ostatnich tygodniach ukazała się na rynku. Tytuł „Siedmiu wspaniałych” jest swobodnym, właśnie publicystycznie i zarazem przekornym nawiązaniem do dwóch głośnych filmów. A jednak narracja nie ma publicystycznej ekspresji i swobody kompozycyjnej. Co więcej – brak w niej odważnych, subiektywnych ocen, bez których nie może się obejść żadne pisarstwo publicystyczne. Wyrysowane piórem sylwetki siedmiu pierwszych sekretarzy KC PZPR pobawione są wyrazistych znamion i dobra, i zła; oni są nijacy, aż tak bardzo, że chyba nie zainteresują czytelnika, zwłaszcza tego, który nie przeżył w dorosłości czasów ich panowania i nawet ów atrakcyjny tytuł tu nie pomoże.
Wprawdzie Marcin Wolski nazywa tę pracę „almanachem hańby” („Gazeta Polska” 7 maja br.), lecz zapewne tylko dlatego że doświadczył tej hańby pod rządami szefów PZPR i ich państwa. Natomiast w książce Eislera nie widać tego klimatu. Zresztą z refleksji Wolskiego w ogóle nie dowiadujemy się, jaka jest praca Eislera. Felietonista poprzestaje, i przy innych książkach zazwyczaj czyni podobnie, na ogólnym opisie treści, nie zastanawiając się nad budową utworu ani nad niuansami treściowymi, ani nad językiem, który w dobie internetu ma w opracowaniach zarówno historiograficznych, jak i w publicystyce, w ogóle w artykulacji pisarskiej, ogromne znaczenie, bo utrudnia lub ułatwia percepcję, rozwija bądź degeneruje kulturę językową czytającego. A język to umysł, umysł to inteligencja... Na szczęście Wolski zawsze akcentuje ideowość recenzowanych dzieł. To bardzo dużo, ale to nie wszystko. Wolski pisząc o tej rozprawie powinien powiedzieć, jaka jest i dlaczego taka. A nadto czy zgadza się ze wszystkimi opiniami Eislera? Ostatecznie jest również historykiem i tak samo interesuje go Polska powojenna.
Przede wszystkim zauważmy, że Eisler nakreślił sylwetki polityczne siedmiu przywódców partii marksistowsko-leninowskiej, która dopiero od grudnia 1948 r., od połączenia się ze zdradziecką frakcją zasłużonej w dziejach PPS, nazywała się Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą. Przedtem była Polską Partią Robotniczą, utworzoną przez Stalina, który przysłał z Moskwy swych etnicznie polskich emisariuszy. Było ich pięcioro. Wyskoczyli z samolotu nad Wiązowną 28 grudnia 1941 r. A 5 stycznia roku następnego konspiracyjnie proklamowali swą organizację określając wobec Podziemia jej oficjalne cele: walkę z Niemcami i krzewienie idei demokracji, pojętej oczywiście po rosyjsku – nie ma demokracji dla tych, którzy nas nie uznają. Utworzyli zaraz tzw. komórkę dezinformacji, która bezpardonowo zwalczała Podziemie Niepodległościowe donosząc na nie Niemcom. Raz pomylili swoją „melinę” z akowską i wskazali ją gestapo. Ponieśli wielkie straty w ludziach i sprzęcie.
Zaczęli swą działalność od wzajemnego mordowania się. Zginęli trzej pierwsi sekretarze generalni. Dwaj – Marceli Nowotko i samozwańczy Bolesław Mołojec – zostali zastrzeleni przez towarzyszy (do dziś nie są na pewno znane nazwiska zabójców). Paweł Finder, jedyny wśród pepeerowców i późniejszych pezetpeerowców inteligent (nawet naukowiec) w listopadzie 1943 r. został aresztowany przez gestapo i wkrótce rozstrzelany. Wciąż nie wiemy, kto go zadenuncjował, czy nie donieśli nań koledzy-towarzysze? Chociaż jako Żyd był bardziej od innych narażony na dekonspirację.
W latach dziewięćdziesiątych była dwukrotnie wydana (druga edycja nakładem Wydawnictwa Arcana z roku 1997) książka „Sternicy” o dziesięciu przywódcach polskiej partii marksistowsko-bolszewickiej, tej partii, którą od 1948 r. kierowało „siedmiu wspaniałych” z pracy Eislera. „Sternicy” ukazują jej genezę z lat 1941-1948. Swego czasu Antoni Dudek, historyk IPN, publicznie zwrócił na nią uwagę. Również Piotr Gontarczyk, chociaż ten wytknął jej pewne nieścisłości faktograficzne. Czy więc Jerzy Eisler nie powinien choćby w kilku zdaniach przypomnieć owo opracowanie? Nie wskazał go, ponieważ „Sternicy” to praca par excellence publicystyczna, mimo że edycja druga, prawie pozbawiona dla bardziej potoczystego odbioru odnośników, podaje jednak nader obszerną bibliografię z pozycjami, których na próżno szukać u Eislera. Tu, w tym pominięciu „Sterników” wyłania się przeto odmienność historiografii naukowo-popularnej i publicystki historycznej. Aczkolwiek trudno orzec, czy jest to rozróżnienie „obiektywne”, podyktowane niepisaną teorią obu rodzajów pisarstwa, czy też skutkiem wyboru autora.
Każdy piszący ma bowiem prawo do subiektywnej selekcji źródeł, ale też odbiorca może upomnieć się o konkretne opracowania. A nadto, pomyślmy, w „Sternikach” z roku 1997 jest używana poprawna nazwa Związku Sowieckiego; a w „Siedmiu wspaniałych” z 2014 r. autor posługuje się niefortunnym określeniem „Związek Radziecki”. Rakowski we wspomnieniach posługuje się tą frazeologią konsekwentnie – aż do śmieszności. Stając bowiem przed koniecznością nazwania mieszkańców Kraju Rad jednym słowem, nie chce używać Rosjanie, gdyż dlań to już nie Rosjanie, tylko właśnie ci ze Związku Radzieckiego, więc dokonuje ekwilibrystyki językowej i pisze „Radzieccy” nadając przymiotnikowi znaczenie rzeczownikowe. Można i tak, lecz śmiesznie. Natomiast wielu innych jego towarzyszy partyjnych pisało zgoła pieszczotliwe „Radziane” albo „Radianie”...
Współcześni historycy i publicyści, oprócz naturalnie lewicowych i lewicujących, używają wyłącznie nazwy Związek Sowiecki – bo tylko ona jest historycznie i językowo właściwa. A przecież autor „Siedmiu wspaniałych” nie lewicuje. Więc jak? Czy u niego to anachronizm? A może niewiedza lub też nonszalancja językowa? Wolski w recenzji nie zwraca uwagi na ten niuans. A jest on jednak istotny pod względem i historycznym, i politycznym, i językowym, i ideologicznym. Nie miejsce tu na uzasadnienie tej opinii, gdyż zniweczyłoby ono spoistość niniejszych wywodów. Może uda mi się w najbliższym czasie podjąć ten wątek w oddzielnej refleksji historyczno-leksykalnej.
Eisler a priori wychwala Mieczysława Franciszka Rakowskiego. Uznaje, że ten ostatni sternik patriokracji, był szlachetny i inteligentny. Tak kategorycznie stwierdzał nawet w niedawnej wypowiedzi radiowej.
Podczas okupacji Rakowski pracował jako tokarz w poznańskich Zakładach Taboru Kolejowego. W roku 1946 zapisał się do PPR. Od 1945 do 1949 był w armii oficerem politycznym, czyli, mówiąc z rosyjska, politrukiem. Politrucy indoktrynowali żołnierzy ideologią marksistowsko-leninowską i „przyjaźnią” ze Związkiem Sowieckim, który dawał nam „socjalizm”: bezpieczeństwo, wzory i instrumenty gospodarcze, dzięki którym budowaliśmy „dobrobyt” i „sprawiedliwość”.
Młody, energiczny oficer polityczny musiał zwrócić na siebie uwagę bierutowców, skoro szybko powołano go do pracy w najwyższym aparacie PZPR. Pełnił funkcję instruktora Wydziału Prasy w Komitecie Centralnym. Stanowisko to tylko z nazwy było skromne, bo przecież przed instruktorami wydziałów KC drżeli ministrowie, pisarze, dziennikarze, polska elita umysłowa.
Jeszcze za życia Bieruta Rakowski rozpoczął i ukończył studia w Instytucie Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym PZPR, którą to uczelnię można było – jak wiadomo – ukończyć bez matury. Po studiach, w roku 1955, Rakowski powrócił do pracy w aparacie – tym razem jako instruktor Wydziału Propagandy KC. W 1957 r. doktoryzował się w tej samej uczelni w naukach historycznych. Tak zatem po Październiku '56 był już w pełni uformowanym aparatczykiem. Nic więc osobliwego, że Gomułka zaraz zaczął wykorzystywać jego wiedzę i doświadczenie.
Leopold Tyrmand przed laty napisał był szkic „Fryzury Rakowskiego”, które autor „Siedmiu wspaniałych” nazywa pamfletem i po tym określeniu przechodzi nad tą wypowiedzią do porządku. Tymczasem zawiera ona sporo niebagatelnych informacji i ciekawych ocen.
Tyrmand pisze na przykład o owych pierwszych związkach Rakowskiego z przywódcą partii: „kiedy Gomułka doszedł faktycznie do władzy, natychmiast zatrąbił na odwrót. Ale zatrąbił tak, że tylko najcwańsi usłyszeli (...). Rakowski usłyszał message niezwykle chwytliwym uchem, zaś niewykluczone jest, że sam Gomułka mu z bliska przygwizdywał, albowiem mówiono podówczas, że stosunki między nimi są więcej niż rodzinne (...). Gdy stanął w ogólnonarodowych reflektorach po Październiku, wszyscy wskazywali na zażyłość nowego szefa z bierutowskim instruktorem prasowym (...). Potrzebne mu było pismo”.
Jakoż mu je dano. Rakowski uczył się dziennikarstwa nie tylko w gabinetach partyjnego białego domu. Mechanizmy działania propagandy prasowej poznawał pod batutą ówczesnego redaktora naczelnego „Polityki”, Stefana Żółkiewskiego, sztandarowego obok Jana Kotta teoretyka marksizmu. Po czym przejął od Żółkiewskiego kierownictwo pisma. Redagował je jako redaktor naczelny od czerwca 1958 r. W roku objęcia władzy nad tygodnikiem został też wybrany na przewodniczącego Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, funkcję tę pełnił przez jedną kadencję – do 1961 r.
Po ogłoszeniu stanu wojennego uchronił redaktorów „Polityki” od przejścia tzw. weryfikacji. Jego tygodnik był więc jedynym pismem, w którym nie przeprowadzono wśród dziennikarzy niesłychanej czystki rozpoczętej zaraz po zamachu. Pracownicy pióra z tego periodyku mieli luksus samodzielnego wyboru – zostać albo odejść bez żadnych rozmów, przesłuchań i szantaży. Odeszło, zdaje się, czternastu. Warto by może dzisiaj ich odnaleźć i porozmawiać na łamach, przepraszam, na portalu.
Rakowski, reprezentujący tak zwane liberalne skrzydło PZPR, sam pozujący na intelektualistę często niezgadzającego się z niektórymi posunięciami partii – dokonał również innej jeszcze rzeczy niezwykłej: uwolnił pismo od kontroli cenzury; odbitek szczotkowych kolumn „Polityki” cenzorzy nie czytali i nie musieli podpisywać do druku. Było to jedyne w kraju pismo niby nieobjęte kontrolą cenzorską. Ilu czytelników dawało się nabierać na ten blef. Przecież „Polityka” miała niezwykłe powodzenie wśród inteligencji (zwłaszcza technicznej), gdzie jej czytanie snobistycznie uchodziło (i uchodzi nadal) za przejaw szerokich horyzontów i umysłowej ogłady.
Naturalnie, na łamach tego pisma nie ukazał się żaden tekst, który by godził w socjalizm i dyktaturę PZPR. Rakowski, sekretarz redakcji, kierownicy działów odpowiedzialni za materiały byli nie tylko dziennikarzami-redaktorami, ale też wybornymi cenzorami, skreślali wszystko, co demaskowało źródła zła, natomiast kwalifikowali do druku teksty ujawniające s k u t k i zła. Cała perfidia „Polityki” polegała właśnie na tym, że ten tygodnik był ktryptoproreżymowy, a publikując artykuły demaskujące p r z e j a w y niedomogów społeczno-gospodarczych, uchodził w oczach snobistycznej i nieumiejącej samodzielnie myśleć inteligencji za antyreżymowy. Leopold Tyrmand napisał, że „Polityka” była przede wszystkim nieudaną próbą kradzieży: „(pismo) miało ukraść »Po prostu« jego znaczenie i to się udało. Niemniej nie stało się imitacją. Wypracowało własne, dość wyraźne oblicze, wraz z wszelkimi śladami szpetoty. Jego początkowa koncepcja sprowadzała się do odwoływania Października i był to program przerażający w swej prostocie. Polacy, w myśl tego programu, osiągnęli politycznie wszystko, co było do osiągnięcia – dalszy rozwój przemian prowadziłby do anulacji socjalizmu, lecz anulować go nie wolno nie tylko ze względu na Ruskich, którzy mogliby poczuć się dotknięci, lecz ze względu na niewzruszalny fakt, że socjalizm jest dobry (...). »Polityka« wróciła do obskuranckiego, poznawczego misz-masz, w którym – jak wykazało doświadczenie – nie sposób żyć, a tym bardziej budować (...). Numer »Polityki« jest dość prosty i polega na zręcznym przedstawieniu ersatz'u w miejsce autentycznego problemu czy autentycznej odkrywczości (...) »Polityka« troszczy się o Polskę i socjalizm, o los człowieka, i dystrybucję, i chuligaństwo, i prawa ruchu ulicznego, i felczerów, i teorii kwantów na uczelniach, i jakość smarów, i służbę zdrowia, i nieznany aspekt piłsudczyzny obiektywnie, to znaczy: nie chodzi jej o »Ding an sich« (co byłoby zgubnym subiektywizmem), lecz o jego funkcję w gomułkowskim komunizmie” (podkr. L. T.).
Image liberalno-intelektualny budowany przez Rakowskiego i na łamach tygodnika, i wobec towarzyszy partyjnych ma jednak – pisze dalej Tyrmand – łatwo zauważalne pęknięcie. Powab inteligenckości jest dla Rakowskiego tym atrakcyjniejszy, im większy w jego podświadomości był kompleks niskiego pochodzenia. Dziewięciu spośród dziesięciu przywódców partii pochodziło z niskich i najniższych środowisk społecznych, oczywiste więc, że nie lubili inteligentów, a tym bardziej tych dawnych, reprezentujących autentycznie wielką kulturę osobistą, społeczną, umysłową i duchową. Gomułka inteligencji nie znosił, uznawał ją za reakcję i nie miał skrupułów w niszczeniu jej dążeń do niezależności umysłowej i moralnej. Rakowski, młodszy odeń o półtora pokolenia, wychował się w innych warunkach, zdobył powierzchowne wykształcenie (chociaż Eisler sądzi, że gruntowne – w WSNS przy KC PZPR!) i często ostentacyjnie podkreślał swą przynależność do inteligencji. I na tę pozę nabrał się dzisiejszy profesor IPN. Rakowski uznawał, że każdy prawdziwy inteligent musi akceptować status quo ante i mieć do partii stosunek taki sam jak on. Identyczna była postawa redaktorów jego pisma. Natomiast inteligenci o innych poglądach niż on, jego współpracownicy i współtowarzysze byli przezeń krytykowani za wrogie postawy. Zwalczał z całą bezwzględnością te kręgi inteligencji, które zaliczał do opozycji. Michał Głowiński, wybitny swego czasu teoretyk literatury, nazwał Rakowskiego specjalistą od ataków na opozycję. Wychodziło więc na jaw, że redaktor naczelny tygodnika quasi-inteligenckiego, główny przedstawiciel inteligenckiego lobby w Komitecie Centralnym PZPR, w istocie rzeczy zwalczał inteligencję...
Łabędzim śpiewem Rakowskiego, I sekretarza KC PRPR, było, już po wyborze Jaruzelskiego na prezydenta PRL, a tuż przed samolikwidacją tej partii 29 stycznia 1990 r. straszenie posłów wojną domową, jeśli nie wybiorą Czesława Kiszczaka na premiera. I to miałby być przejaw inteligencji?
Zaraz potem Rakowski, już jako człowiek prywatny, zapragnął własnego pisma.
Niespodziewanie Andrzej Bonarski, którego ongiś poznałem w „Kulturze” (ten osobliwy tygodnik też wymagałby dzisiaj od medioznawców fachowych analiz i odważnych ocen), powiedział mi, że Rakowski chciałby mnie zatrudnić w dziale społecznym tworzonego przez siebie miesięcznika „Dziś”. Domyślałem, że finansuje je Jerzy Urban, jako że obaj od dawna pozostawali w zażyłych stosunkach koleżeńskich. Zrazu nie odrzuciłem oferty, lecz postanowiłem zaproponować Rakowskiemu wywiad. Maciej Łukaszewicz, ówczesny szef „Rzeczpospolitej”, przystał na to.
Spotkałem się więc z Rakowskim pod pretekstem rozmowy o jego propozycji. Zapytał, ile zarabiam w „Rzeczpospolitej”, odpowiedziałem, że dużo. On, że oferuje mi tyle samo… Zdolności biznesowych to on jednak nie ma – pomyślałem. A rzekłem, że rozważę, a tymczasem proszę o wywiad. Od razu się zgodził, lubił splendory i rozgłos, trudno mu było żyć bez nich. Wywiad zatytułowałem świadomie brzydko i prowokacyjnie: „Nie stawiajcie zarzutów politykom”. Rakowski w autoryzacji nie zmienił go i taki ukazał się na łamach. To trzeba tu zapytać, czy inteligentny rozmówca zgodziłby się nań, przecież każdy średnio rozumny człowiek wie, że w normalnym kraju właśnie politykom trzeba stawiać konkretne zarzuty. Tej prawdy doktor WSNS nie umiał sobie uświadomić. Tymczasem w książce Eislera jest on niemal mężem opatrznościowym Polski Ludowej.
Okazuje się więc, że dzieło historiograficzne popularno-naukowe może swymi opiniami zwodzić czytelnika na manowce. To już wolę publicystykę historyczną, gdzie pewna dowolność ocen wpisana jest w sam rdzeń tego pisarstwa…
A gdy czytelnik na owych manowcach uświadomi sobie nadto formułę Wolskiego o „almanachu hańby”; hańby, która w dziele naukowca z IPN jest mało wyrazista, ledwo widoczna, może doznać poczucia poważnego rozczarowania.
Jacek Wegner
