Dzień dobry grudzień! Z jego końcem będziemy mogli śmiało porzucić jesienną depresję, na rzecz biadolenia wieńczącego stracony czas w roku, który wartkim krokiem zbliża się do końca. Poza świątecznym obżarstwem i sylwestrową zabawa, ostatni miesiąc roku zapętla również wiele akcji i projektów. Nie, stop - żadnej polityki, nie mówię tu ani o Pani Unii, ani o sukcesach rządu... Tytułowa Szlachetna Paczka (do której serdecznie zapraszam z racji tego, że jest to rodzaj pomocy bezpośredniej) również ma swój finał w grudniu. Krótko o akcji - sprawa banalnie prosta, bierzemy kartonik, najlepiej pstrokaty, wkładamy tam wszystko, czym możemy się podzielić - to, co nam zbędne, a jeszcze przydatne i użyteczne, coś, co nic nas nie kosztuje, albo kosztuje niewiele. Zamykamy, przyklejamy wielka kokardę i o! Pierwszy krok do otrzymania statusu Świętego Mikołaja, wielu przypadkach nawet tytułu Herosa, czy chociażby Spełniacza Marzeń wykonany! Teraz wystarczy przy pomocy potężnego internetu, bądź żywiołowych wolontariuszy znaleźć rodzinę, która z radością rozpakuje nasz zgrabny pakuneczek. Uwierzcie, że nic nie daje takiej satysfakcji, jak szczery uśmiech, czy proste, wyciągnięte z głębi serca 'dziękuję'... Szczególnie z delikatnych ust dziecka, któremu drobnym gestem włożyliśmy w głąb oczu, dwie mieniące się szczęściem iskierki... Więcej i dokładniej - www.szlachetnapaczka.pl, zachęcam do rozdawania ciepła.
Poza tym nie ma co ograniczać się do szlachetnej paczki i grudnia, warto 'grzać' codziennie. Pozwolę sobie podać rozgrzewający przepis na udany dzień, tydzień, życie...
Porcja - minimum dwie osoby.
Mimo, że moje codzienne życie płynie wśród fiordów, dość często zaopatruję się w artykuły z kraju kwitnącego rzepaku i bocianów, tym samym po raz kolejny doceniając potęgę internetu. Trzy kliknięcia myszką i moja paczka rozpoczęła podróż do rodzinnej bazy. Zdarza się, że dom pusty, kurier całuje klamkę i zabiera moje zaopatrzenie do magazynu oddalonego o lata świetlne, co początkuje żmudny proces odzyskiwania skarbu. Sytuacja nie byłaby tak bardzo upierdliwa, gdyby moi rodzice mieli do dyspozycji prom kosmiczny i chociaż trochę wolnego czasu. Albo gdyby gołębie pocztowe nie wyszły z użycia i mogły być obciążone balastem do 15kg.
Wtorek, godzina dziesiąta rano, na obijające się o drzwi palce kuriera, odpowiadają tylko dwa wielkie psy. W równoległym wszechświecie dociera do mnie, że to dziś jest TEN DZIEŃ i nikt z domowników nie został poinformowany o możliwej wizycie Pana z kartonowym pudłem. Telefon, kontakty, zielona słuchawka, dwa sygnały i....
- Tato słuchaj!
- Tak wiem, wziąłem to z płotu i już jadę.
Kumulują się myśli, trwają próby tworzenia sensownej odpowiedzi, aż w końcu napięcie staje się nie do zniesienia. Co wie? Dokąd jedzie? Jaka kartka z płotu? W sumie mało istotne, chciałam tylko przekazać informację o towarze, który będzie do przechwycenia przed 14:00.
Okazało się, że kurier w drodze od drzwi do samochodu, z własnej woli , na odwrocie starej ulotki, koślawo naskrobał swój numer telefonu z informacją o możliwym odbiorze przesyłki jeszcze w naszej galaktyce. Warunek - złapać go w ciągu najbliższej godziny. Tata wracając do domu zerwał świstek, wykonał telefon i dwie minuty później gnał już po przesyłkę.
Chcąc okazać swoją wdzięczność poprosiłam ojca o numer telefonu, by osobiście podziękować za ludzki odruch, który niekoniecznie należał do kurierskich obowiązków. Dzwonię, entuzjastycznie dziękuję i uświadamiam, że dzięki pozostawionemu strzępkowi udało się uniknąć problemu z organizacją eskapady do magazynu oddalonego o 100km, a naprawdę nie łatwo byłoby mi nią dowodzić z Norwegii...
Na mój naprawdę spory i przede wszystkim szczery wylew słów usłyszałam... 'Moja droga, to moja praca i jesteś pierwszą osobą, która w przeciągu jej 3 letniego stażu ją doceniła.' Jeszcze raz podziękowałam, potwierdziłam pozycję GPS taty i odkładając słuchawkę, życzyłam miłego dnia.
Nie minęło 10 minut i odbieram telefon od ojca z zapytaniem, czy przypadkiem odbierając paczkę nie rozmawiał ze swoim przyszłym zięciem, bo cytując 'był tak szczęśliwy, jakbyś mu dwójkę dzieci obiecała'.
Tak... Jeden prosty gest, jeden telefon, mnóstwo serca, zwykłe 'dziękuję'... Efekt? Popękane kąciki ust od szczerego uśmiechu. Zapamiętać, powtarzać codziennie.
Każdy człowiek potrzebuje codziennej dawki ciepła I życzliwości, a ta otrzymana spontanicznie I bezinteresownie od nieznajomego liczy się podwójnie. Pamiętajcie, że to nic nie kosztuje.
~modiglovinne
