Dzisiaj można wybierać w tasiemcowych serialach. Dzisiaj grzęźniemy w promocji prostactwa. Dzisiaj im większe chamstwo, tym większa medialność. Są co prawda wyjątki, ale krótko, niszowo – takie jak rozmowy z Kołakowskim, czy spotkania z Szymborską. Nie było potem podobnego programu - chociażby z Mazowieckim, ale jest za to program u Lisa.
Znaleźliśmy się w czasach, w których nacisk na nas wywierają programy z tematami „znowu mi się nie chce”, „dlaczego nie ja”, „nie mam co na siebie włożyć”. Błykotliwość Najsztuba rozmienia się na drobne na kanapie zwierzeń modelek i celebrytek, intelekt Chołowni ginie w programie skopiowanego show, towarzyska znajomość rzeczy Piotrowskiej i Szulim spłaszcza się w maglu (zatem Młynarska Agata zaczyna być odbierana jako ta nieliczna, która kręci się w ciekawszą stronę świata). Wyrafinowana w dialogu Olejnik ginie za zasłoną odwracającej uwagę biżuterii i szpilek nie do chodzenia, a złote runo mają wszystkie programy kulinarne oraz relacje z klinik, wycinających ludziom zbędne fałdy tłuszczu. Wojewódzki nadal skupia w programie ciekawych rozmówców, ale topi rozmowy w morzu nic nie znaczących słów. Seriale gonią serial. Licencja licencję.
Nie mówię, by tego nie było w ogóle. Mówię natomiast, że zmusza się mnie do spożywania tego wszystkiego non stop, całodobowo i codziennie. Bez większego wyboru.
Dziś śledzę sukces teledysku „My Słowianie”, produktu muzycznego niejakiego Donatana. Jego projekt zyskał na You Tube kilkanaście milionów odsłon w ciągu tygodnia. Zatem według tego miernika – pełny sukces. Słucham tekstu, słucham muzyki, patrzę na wymalowane dziewczyny o soczystych kształtach. Wysyłam link sławnego teledysku do znajomych w USA. Piszę im: patrzcie, to o słowiańskiej krwi, to o genach, przekazanych przez mamę. W odpowiedzi mam larum: to przecież jest straszne, prostackie, tanie! Trochę ta reakcja mnie zdumiewa, więc stając w obronie „naszych”, wysyłam do USA uwagę o tym, że u nich Miley Cyrus z przebojem „Wreking Ball” ma jeszcze więcej milionów oglądalności, ale artystka na teledysku liże młotek.
Dyskutujemy o młotku i walucie, którą jest teraz licznik wejść na stronę. I dochodzimy do wniosku, że jedni chodzą do filharmonii, inni nigdy tam nie będą, bo lubią disco polo. I to jest w porządku, każdy robi to, co lubi. Potem jednak myśl ta nie daje nam spokoju i dochodzimy do wniosku, że to nie jest w porządku, gdy media promują i prezentują tylko jeden typ twórczości, nie zostawiając miejsca na inność, na alternatywę, na inny rejon wrażliwości. Media bazując na mainstreamie, a może nawet go współtworząc, utwierdzają odbiorców disco polo i podobnych, że oni są mocni, oni rządzą, oni tworzą kulturę, a reszta do pięt im nie dorasta.
Czasami myślę, że dochodzi do utraty u ludzi pewnych zdolności i że nowe pokolenia nie usłyszą pewnych dźwięków, a prowokatorzy w sztuce zostaną jedynie wariatami, których nikt nigdy nie potraktuje poważnie.
Kultura pop była zawsze i będzie, rozumiem. Jak mnie zapewniają znajomi, Ameryka i amerykańska kultura to nie tylko jakaś Miley, która liże młotek. Jest tam pełno komercyjnych wrzasków, ale są też rzeczy ważne, są wielcy artyści. Wszyscy tam wiedzą, że przemysł rozrywkowy to nie jest wysoka kultura. U nas, w Polsce, tego się chyba nie wie. Mówi się zaś nam, że liczy się tylko mainstream, a receptę na sukces znają geniusze, tacy jak Donatan lub modowe blogerki, takie jak miss Mercedes, równie silna w liczniku odsłon. Dzień podobny do dnia. Pan Maciborek ze znanego radia znowu wskaże nową gwiazdę. Znowu będzie to gwiazda sezonu. Sezonu – nie sztuki! I to jest dziwne.
Elżbieta Mierzyńska
