Można uznać, że pokazem odkrytych czy wypiętych ciał celebrytów zajmują się para media, czyli magiel, a ja niepotrzebnie temu się przyglądam, ale to nieprawda.
Nieprawda, bo nawet gdy tam nie zaglądam, ten świat sam wychodzi na wierzch jak bita piana, przykleja się - rośnie niemalże na każdym wejściu do serwisu wybranych wiadomości, kont na portalach, poczty, obudowuje informacje, sieciuje, ma zabawiać... Choćby nie wiem jak elegancko magiel był prowadzony i nazywany dumnie programem czy innym nośnym hasłem, to ciągle pozostaje on maglem.
Magiel jest wieczny i jak pewne stare zawody niereformowalny, a dziś sformatowany do obowiązkowego trendu zaczyna wnikać do mediów przyzwoitych z nazwy, zadania i kompetencji osób tam zatrudnionych. Mota i przesłania prawdziwy świat. Przez to nawet za bardzo nie wiemy, nad czym za nasze pieniądze pracują naukowcy i czemu to służy. Maglować zaczyna się bowiem sprawy płytkie i nie przebija tego wrażenia fakt, że ważny w historii Majdan był do oglądania w telewizji na bieżąco.
To wszystko nie ma sensu, tupiemy w miejscu, aż wstyd! Mogę sobie pokrzyczeć do woli, a magiel i tak jest - coraz bardziej silny, nachalny. Przenika. Znowu więc wieczorem otrzymam ten sam zestaw głów w komentarzach dnia, a w Internecie obejrzę foty i słitfoty zwiększające moje poczucie bycia poza maglem, czyli bycie w niebycie. Rozmawiam o tym tu o ówdzie – zadania podobne, a potem tylko wzruszenie ramionami, jakby nikomu na niczym nie zależało. Sorry, taki klimat.
Powinnam się cieszyć, że nie ma mnie w maglu. A jednak daleko mi do radości i jest to dziwnie oraz głęboko irytujące. Czekam na trend medialny, który to zgniecie. Na razie namiastkę zmian dostrzegam w niektórych tekstach zespołów takich jak „Strachy na Lachy”. Niestety…, lansowane w mediach piosenki Margaret, mimo że po angielsku, mają do tego daleko.
Elżbieta Mierzyńska
