tekst z portalu: pogotowiedziennikarskie.pl

W Białej Podlaskiej żyją jeszcze byli esbecy?

O, tak. Mają się bardzo dobrze. Są właścicielami wielu nieruchomości. Poustawiali się dobrze w nowej rzeczywistości.

Tworzą układ zamknięty?

W pewnym sensie tak. Jeden z nich do niedawna był właścicielem budynku dzierżawionego przez sąd.

Oj, ciekawe.

Rzecz kuriozalna, bo sąd sądzi go, w jego budynku, za grube przekręty. Proces trwa. Życie dopisze puentę.

I nie wystraszyli się Pana, pogromcy esbeków, nie uciekli, jak w sierpniu 2010 roku został Pan zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Podlaskiego”?

Nie. Głowy nadal nosili wysoko. Na przykład jako pierwszy napisałem, że wójt Terespola współpracował z SB. Potwierdził to IPN i sąd pierwszej instancji. Sąd drugiej instancji odrzucił wszystkie materiały, także IPN. Uznał, że nie ma jednoznacznych dowodów, więc nadal może pełnić misję publiczną. Byli esbecy czują się tutaj dość mocno, są w silnych układach i mój powrót na Podlasie w roli dziennikarza nie wywołał u nich żadnej traumy.

Ale przecież, jako dziennikarz śledczy, radził Pan sobie z najbardziej znanymi politykami, opisywał ich powiązania z gangsterami i służbami specjalnymi.

Wróciłem z dziennikarstwa ogólnopolskiego do lokalnego. Zaczynałem w latach 90. jako dziennikarz śledczy i redaktor naczelny „Słowa Podlasia”, skąd trafiłem do „Życie” i innych mediów. Wtedy powstawały imperia, ale przez te kilkanaście lat rzeczywistość w Białej Podlaskiej zmieniła się. Z czasem byli esbecy stali się biznesmenami, zalegalizowali swoje lewe interesy i drwią ze struktur państwa. Ich fortuny powstawały na nielegalnym przemycie np. alkoholu z Białorusi. Kiedy tiry przekroczyły granicę po polskiej stronie nie było ani celników, ani funkcjonariuszy straży granicznej. Po moim artykule przeprowadzono kontrolę. Z dokumentów białoruskich wynikało, że tiry wyjechały, ale w polskich nie było śladu. Chyba nie wpadły do Bugu? Takie przypadki były każdego dnia. Innym razem na przemycie Wietnamczyków przyłapano grupę, którą dowodził Piotr B., były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa. Na każdym Wietnamczyku - których przez granicę, jak przez sito, przejeżdżało tysiące - zarabiali po kilka tysięcy dolarów. Sprawa trafiła do prokurator Urszuli Ś., która szybko ją umorzyła. Dostałem informację, że prywatnie jest przyjaciółką szefa gangu Piotra B. W prokuraturze przesłuchiwała go jako podejrzanego o popełnienie przestępstwa, a po pracy oddzielnie dojeżdżali do wspólnego mieszkania. Jak to opisałem, sprawą zajęła się Komenda Główna Policji. Prokurator sąd skazał na dwa lata bezwzględnego więzienia. Takich i podobnych przestępstw można było dokonywać w dużej mierze dzięki powiązaniom z peerelu.

Jak Pan ich odnalazł po kilkunastu latach, po powrocie na Podlasie?

Doskonale prosperują. Moje publikacje ukróciły im działalność na różnych poziomach, ale odbudowali się, niczym hydra.

Wykorzystał Pan szansę na remake, odnalazł tych ludzi, pokazał, co teraz robią?

Cztery lata temu trafiłem do „Tygodnika Podlaskiego” o odchyleniu konserwatywno-prawicowym który, jako jedyny, nie chciał służyć władzy.

Jako jedyny? Inne media na Podlasiu służą władzy?

Bardzo mocno. Nie wszystko jestem w stanie udowodnić, a mam zwyczaj mówienia tylko to, co mógłbym dowieść przed sądem. Znam przypadek biznesmenów silnie powiązanych z lokalnymi mediami, którzy wykupili tanio grunty obciążone pieczęcią konserwatora zabytków. Zaraz po transakcji Rada Miejska w Białej Podlaskiej przekształciła je na tereny inwestycyjne. Wartość gruntów wzrosła kilkadziesiąt razy.

Lokalne media tego nie opisały?

„Tygodnik Podlaski” jako jedyny podjął ten temat. Gazeta szła pod prąd układom i dlatego była całkowicie odcięta od reklam.

Ale największą siłą gazety jest czytelnik. Dlaczego nie udało się Panu zbudować silnej, niezależnej gazety powiatowej?

W 2010 roku „Tygodnik Podlaski” był zadłużony, w agonii. Przejąłem go, kiedy miał niespełna 2 tys. czytelników. Przez rok udało nam się podnieść sprzedaż do bez mała 5 tys. Wydobyliśmy się z dna i szli do góry. Reklamy jednak nie przychodziły, a każdy, kto prowadzi ten biznes wie, że jedna reklama, którą można sprzedać za kilka tysięcy złotych, to tysiąc czytelników. Wtedy w Białej Podlaskiej pojawił się prezes SKOK, który kandydował na senatora.

Grzegorz Bierecki. Odkupił „Tygodnik Podlaski”.

Miał inną filozofię gazety. Chciał, aby masowo trafiła pod strzechy.

Dlatego przekształciliście w 2011 roku gazetę z „czytelnikowskiej” na bezpłatną.

Na to trzeba mieć pieniądze. Grzegorz Bierecki je miał. „Tygodnik Podlaski” zaczął wychodzić w nakładzie 30 tys. egzemplarzy.

Czy to była trafna decyzja, skoro mieliście świetny wynik sprzedaży?

Sprzedaż rosła, ale poprzedni właściciele jechali na oparach paliwa. Rozważali zamknięcie gazety, bo nie przynosiła zysków, reklam było za mało. Grzegorz Bierecki uratował tytuł. Teraz „Tygodnik Podlaski” jest gazetą informacyjną, rodzinną, przyjazną. Konserwatywną i prawicową. Dziennikarstwo śledcze nie odgrywa w niej już takiej roli.

Zdążył Pan rozmontować jakiś lokalny układ?

Udało mi się odkryć skrywane oblicza niektórych ludzi władzy. Ukrócić pewne działania przestępczych układów, głównie polityków PSL, bo Lubelszczyzna jest ich matecznikiem. Wójtowie ludowcy zasiadają na swych fotelach od ponad dwudziestu lat. Podobnie, jak Franciszek Jerzy Stefaniuk, który jest posłem od Sejmu kontraktowego. W moim odczuciu nie robi wiele, za to dużo jeździ po świecie.

Media lokalne są zblatowane z władzą?

Totalnie.

Jakie konkretnie przekręty opisywaliście w „Tygodniku Podlaskim”?

Dwa lata przed kontrolą CBA opisaliśmy m.in. Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Lublinie. Działacze PSL traktowali ją jak folwark. Zatrudniali całe rodziny. Ujawnialiśmy, kto, na jakim stanowisku, za jakie pieniądze, że nic nie robią. Wiele było artykułów o ustawionych przetargach. Czytelnicy zauważyli, że nigdzie indziej nie poruszane są takie tematy. Byli zaskoczeni, że osoby publiczne, które przez lata budowały swe wizerunki, jako szlachetne, godne, krystalicznie czyste, w istocie oszukują społeczności lokalne, okradają je. Pokazywaliśmy patologię władzy.

Jaka jest specyfika dziennikarstwa śledczego w mediach lokalnych?

To jest zupełnie inny poziom zagadnień. W mediach ogólnopolskich opisywałem służby specjalne, przestępczość zorganizowaną czy patologię na najwyższych szczeblach władzy. Czytelnicy gazet lokalnych owszem, interesują się aferą podsłuchową, ale żyją własnymi problemami na zasadzie koszuli bliższej ciału. Gazeta powiatowa nie powinna się ścigać z mediami ogólnopolskimi o tematy, które magnetyzują cały kraj. Powinna żyć sprawami tymi, co czytelnicy. Pisać więc o tym, dlaczego wójt zatrudnia rodzinę, a lokalny polityk jest w trzech radach nadzorczych.

W ubiegłym roku odszedł Pan z „Tygodnika Podlaskiego”. Porzuca Pan dziennikarstwo?

Do końca 2014 planuję odejść z zawodu, bo chciałbym pisać nie jedną książkę na dwa lata, a dwie w ciągu roku. Miło mnie zaskoczyło, że moje książki „Z mocy bezprawia” i „Z mocy nadziei”, przemilczane w mediach, sprzedają się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy i co miesiąc schodzi kolejne kilkaset sztuk. To rzadkie zjawisko, bo na polskim rynku książki żyją krótko, kilka miesięcy. „Z mocy bezprawia” żyje już trzy lata, a „Z mocy nadziei” sprzedaje się równie dobrze. Współpracuję jeszcze z Radiem WNET i z „Głosem Katolickim”, ale chcę spróbować zostać pisarzem. Tu widzę swoją przyszłość.


 


 


 


 


 


 


 


 


 

 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl