Katarzyna Tusk podała właśnie „Fakt” do sądu za tytuł: „Dramat Kasi Tusk. Nazwali ją dziwką. A Tusk dziękuje”. Można wymyślać takie tytuły?

Oczywiście w standardach dziennikarskich poważnych mediów to się nie mieści. Ale w tabloidzie liczy się podkręcanie, sprawdzanie, na ile gra słów pozwoli sprzedać temat w sposób skandalizujący i zachęcający. To jest naturalna praktyka tabloidów.

Tytuł o Kasi Tusk wypaczył rzeczywistość. W kwietniu premier ujawnił treść wulgarnych sms-ów, jakie dostała jego córka. Artykuł „Faktu” sugerował, jakby  premier dziękował za obrażanie córki. Teraz ona domaga się od gazety 50 tys. zł. Jak Pan myśli, „Fakt” przegra?

Na pierwszy rzut oka widać, że tytuł jest kłamliwy, że przekroczył dopuszczalną granicę, więc myślę, że może przegrać, o ile wcześniej po cichu nie dojdzie do zawarcia ugody.

Z jakim największym świństwem spotkał się pan ze strony „Faktu”? Kogo gazeta ewidentnie skrzywdziła?

Nie przypominam sobie przypadku, aby po jakiejś publikacji ktoś np. targnął się na swoje życie, ale wszyscy w redakcji zawsze się tego obawiali. Przy wymyślaniu tematów zazwyczaj znalazł się ktoś bardziej wrażliwy, kto spytał: czy nie jest to aby krok za daleko, ale zazwyczaj zbywano go śmiechem. Ale pyta pan o świństwa. Jest ich z pewnością wiele.

Przykłady?

Śledzenie przez paparazzich późniejszych bohaterów artykułów, które czasem wręcz ociera się o stalking. Tabloidy często też wykorzystują „targety”. „Target” w języku brukowca to zwykły człowiek, który da do publikacji swoją twarz i wypowie pogląd.

Zaraz, zaraz, tabloidy nie są głosem zwykłych ludzi?

Próbują się tak przedstawiać, ale w mojej opinii nie są. Opowiem, jak wyławia się takiego „targeta”. Dziennikarz idzie z fotoreporterem na miasto i zaczepia człowieka, który musi spełniać kilka kryteriów. Nie może mieć dziwnego imienia, bo źle to brzmi. Nie może nosić okularów, bo sprawiałby wrażenie inteligenta, a czytelnik się z nim nie identyfikuje. Musi patrzeć prosto w obiektyw, aby spełniać wymóg tak zwanego KW, czyli kontaktu wzrokowego. Nie może mieć dziwnej fryzury. Musi być taki, jakimi są w większości nasi czytelnicy. Pytamy „targeta” o drażliwe, palące kwestie, ale nie zawsze odpowiada on tak, jakbyśmy chcieli. Wtedy wkłada mu się w usta to, czego oczekiwaliśmy.

Żadnych wątpliwości etycznych?

Wielokrotnie słyszałem od redaktorów, że wprawdzie „target” tak nie powiedział, ale mógłby przecież tak pomyśleć i powiedzieć. Zdarzało się, że ktoś wypowiadał się na temat emerytur i jego wypowiedź wypadała, bo tekst był za długi.  Ale za kilka dni albo tygodni mieliśmy artykuł o ogródkach działkowych, w którym wykorzystywaliśmy tę postać wkładając jej w usta już inne słowa. Często „targetami” są osoby starsze. I co jakiś czas rozchodziło się po redakcji, że opublikowaliśmy zdjęcie osoby, która już nie żyła, bo nikt tego nie sprawdził.

Czytelnicy nie protestowali? Rodziny nie żądały odszkodowań?

„Targetami” z reguły są ludzie zahukani, informacyjnie wykluczeni, starsi, emeryci, nieświadomi swoich praw. Oczywiście czasami ktoś zadzwonił do redakcji czy wysłał mejl, ale rzadko interweniowali. Ponadto gazeta żyje tylko jeden dzień i szybko się o niej zapomina. To są przykłady małych świństewek.

Były większe? Dotyczące znanych osób?

Jeden z czołowych paparazzo wyznał mi kiedyś, że gdy Czesław Niemen umierał w szpitalu na nowotwór, redakcja zamówiła u niego zdjęcia. Fotograf zrobił je, ale wylądowały w przepastnych szufladach. Było wiele takich zamówień.

Jak to możliwe, aby fotoreporter dostał się do szpitala?

Przebiera się na przykład za ratownika medycznego. Tak zrobiono zdjęcia Janowi Mazochowi.

Mówi pan o czeskim skoczku narciarskim, który miał wypadek podczas Pucharu Świata w Zakopanem i wprowadzony został w stan śpiączki?

Tak, ale metod jest wiele.  Przekupuje się np. pacjentów, którzy leżą w jednej sali ze znanymi osobami i daje im aparaty „małpki”. Sam robiąc rachunek sumienia opisuję w książce, jak zbierałem informacje w sposób, który nagina zakres prowokacji dziennikarskiej do granic możliwości, o ile w ogóle go nie przekracza.

Przykład?

Dostałem zlecenie, aby za wszelką cenę, stosując wszelkie możliwe sposoby dowiedzieć się, w jakim szpitalu po porodzie leży Marta Kaczyńska. Chodziło o to, aby fotoreporter zrobił jej tam zdjęcia. Wiedzieliśmy, jak duże to ryzyko, jakie może nieść konsekwencje finansowe, nie mówiąc o większych.

Za kogo pan się podszył?

Zadzwoniłem do dyrektora szpitala jako urzędnik kancelarii prezydenta. Ale zwykle w takich przypadkach zmienialiśmy nazwy powszechnie znanych instytucji. Na przykład zamiast Biura Ochrony Rządu używaliśmy nazwy nieistniejącego biura ochrony parlamentu. Tak radzili nam prawnicy. Że daje to szersze pole obrony, uniknięcia odpowiedzialności w razie ewentualnego procesu, gdyby prowokacja przekroczyła dopuszczalną barierę prawną. Gdybym się podawał za majora BOR, funkcjonariusza publicznego, w razie zdemaskowania pewnie mógłbym narazić się na zarzuty karne.

No tak, ale musiałby pan jeszcze udowodnić, że działał w interesie publicznym.

Dlatego zawsze podawałem się za przedstawiciela instytucji, której nazwa jest fikcyjna, ale brzmi podobnie, jak powszechnie znana. Ludzie nie wyłapują takich subtelnych różnic.

Wróćmy do Marty Kaczyńskiej.

Podałem się za pracownika nieistniejącej komórki Kancelarii Prezydenta. Powiedziałem, że jako współpracownicy Lecha Kaczyńskiego chcielibyśmy wysłać kwiaty, bo to jest nam bliska osoba i że chcielibyśmy w jakiś sposób odwdzięczyć się szpitalowi za dobrą opiekę. Poprosiłem o numer sali, gdzie można podesłać kwiaty i listę rzeczy potrzebnych szpitalowi. Kancelaria, jak powiedziałem, chętnie odwdzięczy się  za świetną opiekę nad córką prezydenta.

Dyrektor szpitala dał się nabrać?

Obietnica korzyści sprawia, że ten, do kogo dzwoniliśmy, bardzo chętnie nawiązywał współpracę.

Ale przecież to jest ewidentna propozycja korupcji. Szli na to dyrektorzy szpitali?

Szli. Ale myślę, że o korupcji można by mówić, gdyby mieli odnieść prywatne korzyści. Proponowaliśmy pomoc dla szpitala, dostarczenie sprzętu lub spełnienie jakichś tam próśb w Ministerstwie Zdrowia lub w NFZ. Nie oferowaliśmy łapówek, tylko pomoc dla instytucji. Dyrektor podał piętro i salę, w jakiej leży Marta Kaczyńska. Mogliśmy wysłać paparazzich.

Weszli na salę, ot tak, z półmetrowymi obiektywami?

Różnie się to robi. Najtrudniej fotografowi dostać się na oddział. Ale nie oszukujmy się, nie są to miejsca strzeżone. Wystarczy założyć szpitalne ochraniacze na buty i uśmiechnąć się do pielęgniarki. Przy odrobinie bezczelności i tupetu można łatwo dostać się na oddział. Aby osoba publiczna nie zauważyła, robi się zdjęcia z biodra albo z ukrytego aparatu. Jeśli nie da się tego zrobić dyskretnie, a zlecenie brzmi, aby bez zdjęć nie wracać, paparazzo po prostu otwiera drzwi, naciska na spust migawki i leci kilkanaście klatek. Innym razem, gdy potrzebowaliśmy zdjęć mężczyzny potrąconego samochodem przez polityka, a znaliśmy  tylko jego personalia, fotograf wszedł na salę, gdzie leżało kilkunastu panów i wykrzyczał nazwisko. Ten, który zareagował, podniósł się na łóżku, dostał serię zdjęć.

Nie podał redakcji do sądu?

Nie, ale pozwy są wkalkulowane w ryzyko tej pracy.

Procesów mieliście od groma?

Zdaje się, że tak. Ale mocny materiał z okładki, który podnosi sprzedaż o kilkanaście tysięcy egzemplarzy i tak się opłaca.  

A jednak czasami redakcje tabloidów wstrzymują się przed publikacją mocnych materiałów. „Fakt” nie opublikował zdjęć umierającego Czesława Niemena. Z powodów etycznych?

Akurat w tym przypadku od początku wiadomo było, że te zdjęcia nie pójdą. Chodziło raczej o pokazanie konkurencji, że je mamy. To się szybko rozchodzi w światku. Są różne powody, dlaczego materiały nie są publikowane, ale nie dlatego – jak tabloidy próbują wmówić czytelnikom – że są poza układami towarzyskimi i politycznymi.

Jak jest naprawdę?

Mnóstwo materiałów spada z łamów po interwencjach polityków i prezesów wielkich koncernów, w tym spółek skarbu państwa.

Tak silne jest powiązanie redaktorów naczelnych z władzą i biznesem?

Owszem. Mieliśmy świetne zdjęcia z urodzin obecnego ministra sportu Andrzeja Biernata. Znani politycy na zamkniętej imprezie w szlafrokach. Niczego lepszego tabloid nie może sobie wymarzyć.

W szlafrokach, w SPA, w Bukowinie Tatrzańskiej byli rzecznik rządu Paweł Graś i minister Sławomir Nowak. Ustawka?

Nie, sami ich wyśledziliśmy. Był tam nasz paparazzi i dziennikarka. Materiał był świetnie udokumentowany i napisany. Po jednym telefonie z partii rządzącej redakcja zrezygnowała z publikacji.

Kto dzwonił? Minister Nowak?

Żeby nie narazić się na proces powiem tylko – wynika to z mojej wiedzy – że minister tik-tak bardzo często dzwonił do redakcji.

A inni?

Zapytaliśmy kiedyś jednego z polityków o sprawę obyczajową. Odłożył słuchawkę i po dziesięciu minutach był w redakcji. Czterdzieści minut spędził u szefowej działu polityki i zatrzymał publikację. Nie wiem, jakimi przekonał ją argumentami.

Czego dotyczyła sprawa: korupcji czy homoseksualizmu?

Nie, romansu ze znaną osobą.

Politycy mają wpływ na redagowanie tabloidu?

To zależy od rangi polityka.

Umawiają się z tabloidami? Robią ustawki?

Jeśli redakcja ma kompromitujący materiał, wpływowy polityk przeprowadza rachunek zysków i strat. Czasem prosi o wstrzymanie materiału, a w zamian proponuje, że da się sfotografować  z rodziną przy kolacji lub na plaży. Klasyczna ustawka.

Podobnie reagują prezesi korporacji, spółek giełdowych?

W redakcji zawsze podejrzewało się, że to  z działu marketingu dostają przecieki o planowanej publikacji. Wtedy proponują dwutygodniowe dodatki do gazety lub wielostronicowe reklamy za ciężkie pieniądze.

Liczy się tylko kasa? Nie ma interesu publicznego?

Tabloidy są „cichodajne”. Liczą straty i zyski. Ale to nie znaczy, że interes publiczny nie bierze góry nad innymi. Tabloid czasem potrafi się oprzeć naciskom.

Tabloidy grają z aktualną władzą czy z opozycją?

Z tymi, którzy mają siłę i pieniądze. Aktualna władza je ma.

Rozmawiał: Błażej Torański

Pełna wersja wywiadu ukaże się w najnowszym wydaniu „Forum Dziennikarzy”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl