Jesteś jednym z dwóch najbardziej dojrzałych mentalnie studentów, z jakimi od prawie dwudziestu lat prowadzę warsztaty dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Dla żurnalistyki rzuciłeś studia prawnicze tuż przed uzyskaniem absolutorium. Bo, co ? - obmierzły Ci one?
W dużym stopniu spowodowała to sytuacja rodzinna – w niewielkim odstępie lat straciłem oboje rodziców, a wtedy nie byłem tak dojrzały. Nie będę ukrywał – czułem się życiowo rozkojarzony; na prawie spędziłem osiem lat. Po ich upływie zorientowałem się, że tu już nic wielkiego mnie nie spotka…
Co konkretnie zagmatwało tę jasną przestrzeń popularnych studiów i kuszących perspektyw po ich ukończeniu?
Trzeba zacząć od tego, że dziewiętnastolatek, nawet wyróżniający się absolwent znakomitego, warszawskiego Liceum im. Tadeusza Czackiego, nie zawsze dokonuje wyborów z pełną świadomością. Zmarł ojciec, niedługo potem śmiertelnie zachorowała matka, której stałem się jedyną podporą na kilka lat, już wtedy musiałem intensywnie dorabiać jako tłumacz z języka angielskiego; tego wszystkiego nie udźwignąłem mimo, że pomagała mi moja dziewczyna, koleżanka z klasy, przyszła żona. A poza tym były to lata, kiedy nagłaśniano ogromne trudności z dostaniem się na aplikacje w tych kilku najpoważniejszych zawodach prawniczych. Jak wiadomo, dzieje się tak do dziś.
Studia się przeciągały, motywacje słabły, dlatego ponad miarę rosły psychiczne bariery do pokonania przed aplikacją?
Ale rosła także samoświadomość - każdy student w głębi serca marzy, by się znaleźć w jednym z trzech głównych zawodów prawniczych – zostać sędzią, prokuratorem, czy adwokatem. Ja jestem wrażliwcem, dlatego szybko uświadomiłem sobie, że nie mam psychicznych predyspozycji na sędziego, nie nadaję się do trzeźwego osądzania i wyrokowania w trudnych sprawach ludzi. Prokuratorem nie zostanę, bo zbyt źle kojarzyło mi się prawo karne w czasie afery Rywina oraz w okresie ministrowania Zbigniewa Zbiory; wówczas także prokuratora generalnego. Pozostawała adwokatura, gdzie można nawet zrobić duże pieniądze, ale tu przełamanie układów korporacyjnych i koneksji rodzinnych wydało mi się piramidalnie trudne. Natomiast do ewentualnego pozostania komornikiem zraził mnie najdziwniejszy kolega ze studiów, którego fascynowało wkraczanie z papierowym nakazem do cudzych mieszkań, zajmowanie telewizora, czy kuchenki mikrofalowej w atmosferze płaczu ich posiadaczy, albo co gorsza eksmisje biedaków na bruk.
Wrażliwcom zazwyczaj trudniej znaleźć dla siebie dobrze płatne miejsce pod słońcem…
Wśród corocznie ogromnej liczby studentów rozpoczynających studia prawnicze, panuje naiwna wiara (teraz wiem, jak bardzo naiwna), że czeka ich „duża kasa”. Tymczasem po każdym roku studiów kilkaset osób odpada, a do „kasy” dochodzą jednostki. Widzę to również wśród moich kolegów. Bardzo wielu z nich zajęło miejsca „na zmywakach” na Zachodzie.
No i ostatecznie - "z braku laku" - znalazłeś się na dziennikarstwie…
To nie tak… Ja o dziennikarstwie myślałem także wówczas, gdy bez problemu startowałem na prawo. Czuję się humanistą. W domu od wczesnej młodości kolekcjonowałem książki wybitnych dziennikarzy, reportażystów i publicystów. Kocham czytać literaturę faktu, już w gimnazjum zaczytywałem się w Ryszardzie Kapuścińskim i mam nadzieję znaleźć się kiedyś na tym polu jako autor.
Na razie stwierdzam, że brylowałeś na zajęciach jako teoretyk gatunków dziennikarskich i w ogóle medioznawca.
Ale praktyka reporterska to jest to, co mnie naprawdę kręci. Gdy ostatecznie skreślono mnie z listy studentów prawa, czułem - a byłem już po lekturze chyba wszystkich książek Kapuścińskiego - że to fascynujące znaleźć się w tych miejscach, gdzie dzieje się historia świata. Szczególnie zafascynowała mnie Azja. Siedząc na balkonie hotelu w Varanasi, świętym mieście boga Sziwy nad Gangesem, popijałem paskudny rum hinduski Old Monk i uczestniczyłem w cowieczornych nieszporach hinduskich zwanych - pożegnaniem świętego Gangesu na noc. Modły przy dziewięciu ołtarzach, iluminowanych wszystkimi kolorami tęczy, wypełniały śpiewy kapłanów, powtarzane mantry, dymy kadzideł, dzwonki, błogosławienie tłumów wiernych i turystów ogniem świec w kandelabrach. Myślałem – czy tu był Ryszard Kapuściński; chyba był, bo on był wszędzie. Miałem wtedy 27 lat, rok wcześniej wziąłem ślub z koleżanką, kochaną od pierwszego roku w liceum. Na tym balkonie - lekko podchmielony i oszołomiony kadzidłami – czułem bombardowanie pytaniem: co zrobić ze swoim życiem. Wtedy postanowiłem - składam papiery na dziennikarstwo; dostałem się bez problemu.
Kolekcjonujesz literaturę faktu…
Nawet mam pana książkę Ślizgiem, co prawda w formie elektronicznej, ale mam…Oprócz Kapuścińskiego, bardzo wysoko cenię Jacka Hugo- Badera i Krystynę Kurczab-Redlich.
Za co ich cenisz?
Za wszystko. Badera Dzienniki Kołymskie kapkę mniej mi się podobały, ale jego Biała Gorączka jest rewelacyjna; tu reporter okazał się fenomenalnym podglądaczem i podsłuchiwaczem ulicznej rzeczywistości rosyjskiej. Wcielił się w lumpa koczującego pod moskiewskim Dworcem Białoruskim. Wszedł w głąb lokalnego folkloru, lumpów i hipisów – ich obyczaju i mentalności Opisał to tamtejszym slangiem. Zarejestrował niezwykle plastyczny język. Osiągnął Himalaje reporterki. A Kurczab – Redlich, jak żadna inna kobieta, autorka Pandrioszki skonfrontowała losy czeczeńskich kobiet – ofiar lokalnej wojny z losami rosyjskich matek, które straciły synów na wojnie w Afganistanie. To jeden z najbardziej „dołujących” opisów w najnowszej historii naszego dziennikarstwa.
Czy prawie skończone studia prawnicze dały ci podwaliny pod dziennikarstwo?
Zdecydowanie tak. Obydwa kierunki to najczystsza w świecie humanistyka. Prawo uczy dyscypliny myślenia i precyzji języka, a przecież dziennikarstwo także na tym stoi. Studia prawnicze uczą respektowania swoich praw i praw innych ludzi, zaś dziennikarstwo bez tej wiedzy i umiejętności jej stosowania w praktyce byłoby ułomne. Prawo uczy nie tylko rozumienia przepisów, ale empatii w stosunku do przyszłych oskarżanych, sądzonych, czy bronionych. A jakie może być dziennikarstwo bez rozumienia paragrafów, a zwłaszcza empatii wobec bohaterów wywiadów, czy reportaży? Już nie mówię o tym, że po studiach prawniczych łatwiej rozmawia się nie tylko z przestępcami, ale także policjantami oraz funkcjonariuszami wymiaru sprawiedliwości, co bardzo się przydaje w dziennikarstwie śledczym.
Redakcje we wszystkich rodzajach mediów z pewną niechęcią przyjmują absolwentów naszego wydziału, że wolą tych młodych adeptów żurnalistyki, którzy skończyli, nawet na poziomie licencjackim, jakiś inny kierunek, a potem dwuletnie studium magisterskie na dziennikarstwie.
Między nami, studentami również panuje taki pogląd. Jestem w niezłej sytuacji, bo mam solidne podstawy z wydziału prawa. Warto wspomnieć, że wielu z moich młodszych, ambitniejszych kolegów z Pana grupy studiuje drugi kierunek, na przykład filologiczny, politologiczny, historyczny, a nawet politechniczny.
Wiem, studenci przypominają to często, gdy się tłumaczą z „zawalania” terminów oddawania mi swoich prac pisemnych, którymi, jak często mówicie, żyłuję was… Zmieńmy wątek rozmowy - w ubiegłym roku akademickim ukazał się na korytarzu naszego wydziału anonimowy i niepokojący plakacik z wyeksponowaną opinią: „…konformizm, wazeliniarstwo, bezrefleksyjność, tchórzostwo, to postawy dość powszechne wśród studentów dziennikarstwa”. Skomentuj ten druzgocący osąd?
Te cechy ujawniają się nie tylko u studentów, a zwłaszcza nie tylko u studentów dziennikarstwa. Dostosowanie się do rzeczywistości w każdej dziedzinie życia, w której rządzą pieniądze, wymusza prawie na wszystkich łamanie szlachetnych zasad kodeksów etycznych. Jak wiadomo, przykład idzie z góry. Nie widzę takiej instytucji w naszej rzeczywistości i takich środowisk, w których nie ujawnia się pazerność na pieniądze, a ta wyzwala konformizm, lizusostwo, hipokryzję itd. Co do studentów – przecież większość z nas przychodzi tu po maturze w niedojrzałym wieku dwudziestu lat, czyli dokonuje ważnych, życiowych wyborów mając o etyce mętne pojęcie. Ja, przekroczywszy trzydzieści lat, czuję się w tym otoczeniu jak mamut. Myślę sobie teoretycznie - czy nie należałoby wrócić do systemu studiów dziennikarskich na zasadzie podyplomowego, dwuletniego studium po ukończeniu innego, konkretnego kierunku? Wówczas takie studium podyplomowe byłoby wartością dodaną.
A pięcioletnie studia takiej wartości nie mają?
W obecnie realizowanym programie widzę sporo chaosu. Zbyt dużo w nim na przykład medioznawstwa, zbyt mało zajęć praktycznych. Jeśli z jakichś powodów, na przykład finansowych, kierownictwo wydziału dokonuje korekt programowych, to głównie kosztem ćwiczeń warsztatowych. W szczątkowym wymiarze mamy specjalizacje. Nie uczymy się informatycznej, cyfrowej wersji gazet, czasopism, programów telewizyjnych i radiowych. A przecież teraz każde medium ma własne strony internetowe. Natomiast my na wydziale stykamy się z informatyką wyłącznie na poziomie teoretyczno-książkowym. Wiem, co mówię po zakończeniu właśnie prawie trzystugodzinnej praktyki w Radiu ZET.
Jak cię tam przyjęli?
Nie byłem chłopcem na posyłki, choć o wielu rzeczach nie miałem zielonego pojęcia. Na przykład na studiach nie uczono nas praktycznej obsługi programu CMS do zarządzania treścią na stromach internetowych. W radiu powiedziano mi, że mam głowę nabitą wiedzą o systemach medialnych – polskim i europejskimi. Natomiast nic nie wiedziałem, o funkcjonowaniu newsroomu, deskroomu, obsłudze ekspertu. Ale na szczęście dano mi możliwość praktycznego poznania tego. Choć nie od razu wszystko poszło gładko. Ja już po pierwszym semestrze studiów odwiedziłem wiele redakcji w poszukiwaniu tej, w której mnie przyjmą na praktykę. Swoje CV wysłałem do kilkudziesięciu redakcji i większość z nich nawet mi nie odpowiedziała. Zrobiłem to, bo miałem wówczas 26 lat i za sobą – powtarzam - kilka lat innych studiów. W niektórych redakcjach wytknięto mi mój „podeszły” wiek – usłyszałem: „nie, nie…nie mamy czasu uczyć pana wszystkiego od podstaw”. Dopiero podczas ostatniego semestru na uniwersytecie usłyszałem w ZETCE: „No może pan się nam na coś przyda”. Przydałem się do pracy jako asystent wydawcy, jako deskreporter, a najbardziej polubiłem pracę reportera miejskiego, ganiającego w poszukiwaniu newsów.
Jaki związek miało to, co praktykowałeś w ZETCE z tym, czego uczyłeś się na zajęciach z podstaw warsztatu dziennikarskiego?
Niewielki. Mówiono mi: „Musi pan zrozumieć, że radio komercyjne, lifestylowe rządzi się swoimi prawami”. Jego programy są adresowanie do odbiorcy „nieskomplikowanego”. Muszą być podawane w prostym języku. To było dla mnie duże wyzwanie, ponieważ na obydwu wydziałach uniwersyteckich posługiwałem się językiem literackim. Mogę śmiało powiedzieć, że większość początkujących dziennikarzy ma z tym problemy nie tylko w radiu.
Jeśli jednak umiesz posługiwać się językiem literackim, a tego uczą na uniwersytecie i taki znajdziesz w najlepszych, opiniotwórczych czasopismach, to łatwiej „złapiesz” styl prosty, telegraficzny.
To prawda. Raz, drugi coś napisałem w rozgłośni informację po powrocie z miasta, gdzie uczestniczyłem na przykład w manifestacji rolników przed ministerstwem, a szef to przeczytał i mówił: „Tak nie można pisać dla naszego słuchacza…napisz tak, jak byś adresował informację do najlepszego przyjaciela”. Ja na to : „Mój najlepszy przyjaciel jest doktorem socjologii…”. Równocześnie pomyślałem sobie: żyjesz w innej rzeczywistości, ale musisz się od niej trochę odkleić. Nie mogę się obrażać na poziom większości słuchaczy Radia ZET, które często jest tłem w pracy na przykład w biurze, czy podczas jazdy samochodem. Po odbyciu tej praktyki mam poczucie, że jestem na właściwej drodze. Wiele razy musiałem wstawać o czwartej rano, nauczyłem się rozmawiać w wielu rzecznikami prasowymi różnych instytucji, wiem, jak zadać krótkie i celne pytanie. Mam już 31 lat i wszystkiego uczę się w przyspieszonym tempie.
