Nikomu nie życzę urodzić się w Afganistanie – takim wyznaniem do Twojej kamery żegna się z tym krajem kapitan Tomasz Kowalczuk z czternastej, ostatniej zmiany naszej misji wojskowej. Z wielkim sceptycyzmem mówi on i pozostali bohaterowie reportażu o szansach osiągnięcia celu, z jakim tu przyjeżdżali – trwałego uporządkowania Afganistanu w duchu demokratycznym. Podzielasz ich sceptycyzm?


Cenię sobie to, że nasi żołnierze z dużą łatwością i ciekawie oceniają stan oraz przyszłość kraju, który właśnie opuszczają: nic się tu nie zmieni. Gdybym przeprowadził wśród nich sondę, to z dużą pewnością 80% jej uczestników powiedziałoby, że po wyjściu wojsk sprzymierzonych szybko pogorszy się sytuacja wewnętrzna Afganistanu. Mała grupa jego obywateli z karabinami bez większego trudu przywróci stan, który trwa tu od tysięcy lat z jego siatką etniczną, społeczną, kulturową i religijną. Zostanie zniszczone to, co zbudowali nasi i pozostali uczestnicy misji wojskowej. Co prawda żołnierze amerykańscy naiwnie wierzą, że zostawią tu trwały ład demokratyczny, ale zdecydowanej większości Afgańczyków nie jest on potrzeby do szczęścia. Oni są szczęśliwi z tym, co mają od pokoleń. Natomiast wielu wpływowym grupom – na przykład handlarzom narkotyków i fanatykom islamskim - zależy na destabilizacji kraju.

Nie pytam, dlaczego nie ma tego arcyciekawego wątku w utworze. Ten watek jest wart osobnej realizacji.

Firma wysłała mnie, bym zrobił dokument o kończącej się naszej misji. Może kiedyś pojadę, by zrobić film o tym kraju. To już dziś na pewno wiem, że z Afgańczykami będą nadzwyczaj trudne rozmowy, bo z nimi się nie da tak – przychodzę, stawiam flaszkę wódki, pijemy i po dziesięciu minutach wyciągam z mego rozmówcy całą prawdę. To inny kraj. Teoretycznie to ludzie otwarci. Słowo jest tam święte, ale nawet gdybym się tam urodził miałbym problemy z dokumentacją, ze szczerością wśród współplemieńców. Niewiele bym wskórał.

Dosyć ideologii, pomówmy zatem o formie Twego debiutanckiego filmu – zachwyciło mnie w nim to, co i jak mówią jego bohaterowie. A mówią rzeczy przykuwające uwagę w treści i żywe w przekazie; nie ględzą. Dokumentalista wie, co zrobić z materiałem, którego nagrał zapewne znacznie więcej i podczas montażu dokonuje jego „bezlitosnej” selekcji. Skąd ta umiejętność?

Dokumentaliści z dużym dorobkiem twierdzą, że stosunek materiałów nagranych do wykorzystanych często wynosi 10 do 1. U mnie ten współczynnik był mniejszy, jednak zostało sporo materiału, który może kiedyś wykorzystam. A bezlitosnej selekcji i cięć montażowych nauczyłem się przy robocie tematów dwuminutowych, a nawet dwudziestosekundowych do magazynów informacyjnych. To jest najlepsza szkoła kondensacji obrazu i wyczuwania ważności słowa. 

Zauważyłem to już przed kilkunastu laty, kiedy kontynuowałeś studia dziennikarskie w trybie zaocznym i przyszedłeś na ćwiczenia z podstaw warsztatu dziennikarskiego. Nie robiłeś wtedy wrażenia świeżaka - już praktykowałeś w radiu. Od czego zaczynałeś?

Jako osiemnastolatek trafiłem do Radia Delta w rodzinnym Bielsku Białej. Przypadkowo zaproszono mnie do cyklicznej audycji młodzieżowej, gdzie dość szybko przegadałem prowadzącego. Zauważył to szef rozgłośni i zaproponował współprowadzenie audycji. Miałem wówczas iść na politechniczne studia budowlane, ale tak się mną zaopiekowano w Delcie, że zaczęło mi się bardzo podobać to co się dzieje za mikrofonem. To, że słuchacze mnie nie widzą, a słyszą. Zacząłem wychodzić z własnego cienia i jeszcze trochę zarabiać, co było ważne w mojej sytuacji rodzinnej. Chyba każdy młody człowiek wkracza w dorosłość z dużą dawką kompleksów. A tu nieoczekiwanie, w atmosferze życzliwości szefostwa, stawałem się kimś innym, nabierałem pewności siebie, doroślałem w przyspieszonym tempie. W liceum byłem niby wygadany, ale między kolegami. Gorzej szło z publicznym otwarciem się. 

Czyli licealista nie doświadczył w redakcji radiowej praktyk „chłopca na posyłki”? 

Owszem, doświadczyłem – co najmniej przez trzy miesiące biegałem po wodę mineralną i kawę, ale równocześnie w osobnym studiu ćwiczyłem sposób wysławiania się. Chodziło o to, by głos osiągał właściwą kadencję i antykadencję, żeby wzbudzał zainteresowanie słuchaczy. Czasami była z tym kupa śmiechu, bo musiano mi na konsoli podkręcać basy, dlatego, że powodu tremy i spięcia, wpadałem w dziecięce soprany. Jednak dość szybko zostałem lektorem serwisu informacyjnego w godzinach wieczornych. Nie zarabiałem kokosów i dziś mało kto by się zdecydował pracować 7 dni w tygodniu, od rana do późnych godzin wieczornych za cztery stówki. 

Inwestowałeś w siebie z pełną świadomością?
 

Były to lata dziewięćdziesiąte, a wtedy postawy roszczeniowe wśród narybku dziennikarskiego nie dominowały jak dziś. Mimo wszystko zdołałem zarobić już na dziennikarskie studia zaoczne. Skończyłem je, choć teraz myślę, że powinienem skończyć na przykład prawo, by zdobyć solidną wiedzę w konkretnej dziedzinie humanistycznej, a po nim ewentualnie podyplomowe studium dziennikarskie. Choć z drugiej strony w Delcie szybko awansowałem, zostałem reporterem i może w tamtej sytuacji trudnego wydziału prawa bym nigdy nie skończył, a dziennikarstwo dało tytuł magistra.

Dotarła do ciebie opinia, że studia dziennikarskie są lekkie, przyjemne i dla ludzi mało ambitnych?
 

Na pewno było je łatwiej pogodzić z reporterką, zwłaszcza, że z lokalnego Radia Delta, a potem Radia Bielsko przeszedłem do katowickiego oddziału ogólnopolskiej Zetki, co jeszcze wzmocniło moją pasję dziennikarską. 

Co to znaczy pasja? Można przeczytać wiele opinii kompromitujących studentów dziennikarstwa autorstwa medioznawców, nauczycieli akademickich…
 

Sporo jest racji w takich opiniach, a mam wiele okazji przekonywać się o tym. Już w Zetce, a potem w TVN opiekowałem się stażystami i szkoliłem asystentów reporterów. Nadal mam do czynienia z tzw. narybkiem dziennikarskim. Widzę u zbyt wielu świeżaków – że jeszcze prawie nic nie osiągnęli w zawodzie, a już pytają o awanse i podwyżki. Natomiast nie czują głodu i pasji poznania. Tymczasem cenię sobie tych, którzy może czasami okażą przerost ambicji zawodowych, ale za tym stoi u nich właśnie głód poznania. Nie ukrywam, że sam jak gąbka chłonąłem z książek i prasy, to mi zostało do dziś. 
 
Trudno tym zarazić świeżaków?
 

Gdy rano po kolegium rzucam moim asystentom reportera realizację kilku zatwierdzonych tematów, to najczęściej widzą po ich twarzach, że pasja jest im obca, zaś wygrywa to, co ich zabija – czyli frustracja, że znowu każe im się coś robić. Może i to pokolenie dokądś dojdzie, ale póki co, naprawdę trudno zgadnąć dokąd. Powtarzam im tę zasadę, którą usłyszałem przed siedemnastu laty: trzeba bardzo dużo dać z siebie, a potem, być może, ktoś mi coś odda. Wszyscy teraz narzekają na tzw. umowy śmieciowe – ale myślę, że dzięki nim łatwiej szefostwu wyłowić z grupy kandydatów jednostki najlepiej rokujące. Jeśli mam się pokusić o opinie z pozycji „kombatanta”, to powiem tak: prawda, że jeszcze piętnaście lat temu łatwiej było dobrze wystartować i szybciej dojść do awansów. Jednak co da obrażanie się na to, że teraz jest trudniej?

W sporcie i innych dziedzinach też coraz trudniej bić rekordy, ale przecież one są ciągle bite. I nie przestaną być bite w przyszłości.
 

Kiedy ze Śląska przechodziłem do Warszawy, to słyszałem opinie o narybku z dyplomami wydziału dziennikarstwa, że to ludzie skrzywieni. Kilkanaście lat zabrało mi prostowanie własnych skrzywień i dochodzenie do pozycji „świadomego dziennikarza”. 

Co to znaczy być „świadomym dziennikarzem”?
 

Nabrać takiej pewności siebie, że nieustanne ocenianie przez innych tego, co i jak robię, to rzecz normalna, a oceny także negatywne należy przyjmować ze spokojem. Nie gwiazdorzyć i nie przestać sobie powtarzać, że ciągle mało wiem i mało umiem. 

Z Radia Zet przechodziłeś do TVN, gdy powstał kanał TVN 24. Czy także wtedy powtarzałeś sobie prywatną mantrę: mało wiem i mało umiem?
 

Tego nie pamiętam, ale chyba było coś na rzeczy, skoro telewizję potraktowałem jak awans mimo, że za mniejsze pieniądze. Pociągała mnie zmiana sposobu postrzegania rzeczywistości i myślenia o niej. W radiu głos od A do Z rysuje słuchaczowi obrazy, a w telewizji głos jest dodatkiem (często mniej atrakcyjnym) do obrazu i nie ma prawa go zagłuszyć. Słowo reportera musi być proste, oszczędne, ale celne. Jednak nie może sprawiać na telewidzu wrażenia, że się nim – słowem i widzem – manipuluje. Szybko wyszło, że do zadowalającego opanowania warsztatu reportera telewizyjnego jeszcze sporo mi brakuje. Po prostu źle pisałem teksty, co mi wytknął doświadczony Tomasz Lis po przeanalizowaniu około 80 moich komentarzy do obrazów. Po jego ocenie głowa zrobiła mi się kwadratowa. Między mną, góralem i ówczesnym kierownikiem, Grzegorzem Jędrzejowskim, również góralem, często iskrzyło. Muszę przyznać, że ostatecznie wyszło mi to na dobre. Teraz, po latach jadąc na temat już wiem, jak materiał ma atrakcyjnie wyglądać. Choć chyba nigdy nie przestanę walczyć z myślami, że „już wszystko wiem”. 

Reporter, to facet goniący za newsem - czy ty także uważasz, że dobry news, to zły news, że już nawet nie jest newsem wiadomość „pies pogryzł dwulatka” lecz wiadomość, że „dwulatek pogryzł psa”? 
 

Zarzuty, że żywimy się negatywnymi wiadomościami ciągle się powtarzają. Ale coś się zmienia w tej materii. W komercyjnej telewizji za cenny news uważamy taki, który ma ładne, atrakcyjne obrazki. Reporterowi trudno ciągle coś takiego znaleźć, ale – to nowość ostatnich czasów – z pomocą przychodzą nam materiały ukazujące się na przykład na You Tubie, czy innych portalach społecznościowych. Skwapliwie korzystamy z tego, co sami znajdziemy w sieci, albo co nam przyślą telewidzowie. To jest najnowsze ze źródeł naszych inspiracji.

Oczywiście nie rezygnujecie z tradycyjnych źródeł, dyskutowanych przed laty na zajęciach i z Twoim udziałem, a także dyskutowanych ze studentami obecnie?
 

Na pewno nie kreujemy newsa…

Jak praktykował to pewien tabloid, który wymyślił wieloryba w Wiśle na jej warszawskim odcinku…

…Teraz news coraz częściej trafia do nas drogą internetową. To fakt, jest on równie często płaski, ale nas inspiruje. A do nas należy zrobienie z niego informacji o wzbogaconej treści i atrakcyjnej formie wizualnej. 

Pracujesz w stacji, która przez prawicową część polityków, dziennikarzy i widowni uchodzi za silnie związaną z Platformą Obywatelską i robiącą jej PR. Jak jest z tym upolitycznieniem TVN i TVN 24?
 

Na pewno dużo nam brakuje do tego stopnia upolitycznienia i jego jednoznacznego ukierunkowania, jakie prezentują papierowe oraz elektroniczne media prawicowe. Pracuję obecnie dla audycji Polska i Świat, gdzie nigdy nie mieliśmy i nie mamy trudności w przedstawianiu również w negatywnym świetle aktualnie rządzących; oczywiście wówczas, gdy na to zasłużą - na przykład niedawno w związku z tzw. aferą taśmową. Tych, którzy zarzucają nam jednokierunkowość polityczną chętnie zapraszam na nasze poranne kolegia. Jestem przekonany, że by się bardzo zdziwili widząc, jaki u nas panuje swobodny klimat dyskusji o każdym zaproponowanym temacie. Ja na pewno nie respektuje sterowania politycznego. Jeżeli ktoś ma wrażenie, że nasza stacja idzie w jakimś kierunku politycznym, to może sam ma tak silne ciśnienie i zaangażowanie w bliskim mu kierunku, że zarzuca nam podobne zaangażowanie.

Widzę, że lubisz eksponować sprawy z wojska…
 

To prawda. W tej dziedzinie nie brakuje okazji do pokazywania atrakcyjnych „obrazków”. Jestem facetem, a wojsko, to zawsze żywy temat dla dużych chłopców. Mam nadzieję, że zostanę ojcem syna – córkę już mam - i będę miał mu co pokazywać za kilka lat z coraz bogatszego, prywatnego archiwum. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl