Z Łukaszem Gossem o aferach w samorządzie i kłótniach z urzędnikami rozmawia Hubert Bekrycht.
Łukasz Goss, rocznik 1984. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego. Skończył filologię polską. Od prawie 4 lat w redakcji Łódzkich Wiadomości Dnia (serwis informacyjny TVP Łódź). Zajmuje się głownie problematyką samorządową. Za relację „Samodzielność radnych” otrzymał Pierwszą Nagrodę w 19. Konkursie i Przeglądzie Dziennikarzy Oddziałów Terenowych Telewizji Polskiej.
Masz 28 lat, w redakcji nazywają Cię „Młody”. Już jednak dostałeś prestiżową nagrodę TVP. Zwykle o takich dziennikarzach jak Ty mówi się, że jest tylko kwestią czasu kiedy „woda sodowa uderzy do głowy”…
Pozostaję tym samym człowiekiem, dziennikarzem. To nie jest tak, że po otrzymaniu takiej nagrody nagle coś się zmienia…Dużo zmienia się zawsze po emisji ciekawej relacji. Jak jest dobra i widzisz reakcję ludzi, że jest w porządku, to jest satysfakcja z takiej pracy. Reszta to już tylko uzupełnienie.
To nagroda TVP czyli instytucji, w której pracujesz. Nie obawiasz się, że zawistni koledzy z innych mediów powiedzą: „..no tak, swoi nagradzają swoich…”
Mogą mówić, co chcą. Było przecież jednak jury, które obejrzało kilkaset relacji reporterskich. Dokładnie 280 z 16 ośrodków terenowych TVP. To jest przegląd i konkurs telewizji publicznej, jest kilka kategorii. Uważam więc, że chodzi o sprawdzenie samego siebie i sprawdzenie naszego warsztatu przez fachowców, którzy pracują w naszej firmie. Chodzi o wskazanie kierunku - „to było lepsze, to było gorsze”.
Teraz powinieneś „po amerykańsku” oznajmić, że czekasz na Grand Press, a później na Nagrodę Pulitzera…
Ja nie potrafiłem tak mówić. Nie mam jakiejś takiej przebojowości. Robię swoje. Nagroda to jest coś dodatkowego. Najciekawszy, najbardziej ekscytujący jest moment, kiedy emitowana jest moja relacja. Albo nawet wcześniej, kiedy widzisz swojego newsa na montażu…I mówisz sobie wtedy: …to fajnie wyszło, „tu" udało się powiedzieć coś ważnego o naszym samorządzie...
Mówisz o braku przebojowości, a w łódzkim magistracie wielu urzędników z niepokojem wypatruje Twoich relacji.
To coś innego. Jak jadę na zdjęcia muszę być nie tyle pewny siebie, co pewny pytań, które chcę zadać i informacji jakie mam na określony temat. Muszę być gotowy do konfrontacji, na przykład z urzędnikiem, jak równy z równym. Muszę być przygotowany. Nie mogę przyjść do urzędnika „na klęczkach”, błagając go o wypowiedź czy informację…
A zdarzyło się, że korzystając z takich argumentów, kłóciłeś się z urzędnikiem?
Na początku swojej pracy tak. I to jest największy błąd jaki może popełnić dziennikarz. Teraz to wiem! Nie wolno wdawać się w polemikę. Nie wolno dać wyprowadzić się z równowagi. To na antenie i tak przynosi zły efekt – widz może to ocenić nie jako dociekliwość, ale „czepianie się”. Jeśli natomiast spokojnie zadaję to samo pytanie kilka razy, a polityk czy samorządowiec „ucieka” i kluczy, to widz też to widzi. Dlatego staram się trzymać nerwy na wodzy.
Czego dotyczyła Twoja nagrodzona relacja reporterska?
Chodziło o sesję Rady Miejskiej zwołanej na wniosek radnych rządzącej Łodzią Platformy Obywatelskiej i prezydent Hanny Zdanowskiej. Obrady poświęcono dyskusji o prywatyzacji przedsiębiorstwa zarządzającego miejskimi wodociągami (władze Łodzi chciały tej prywatyzacji). To było trochę dziwne, wyglądało jak spektakl. I w którymś momencie kilkoro dziennikarzy, w tym ja, zauważyło, że niektórzy radni PO zadają pytania z kartek. Zobaczyliśmy te kartki, a na nich były też odpowiedzi…I pomyślałem: to jest temat! Tylko muszę mieć te kartki. Udało się. W tym wszystkim najważniejsze i najciekawsze jest to, że radni zdawali sobie sprawę, że w tym przypadku stali się reprezentantami prezydenta a nie mieszkańców, którzy ich wybrali.
Dostałeś już inną nagrodę, łódzkiego oddziału SDP, ale także za tematy związane z nieprawidłowościami w urzędach. Patrzysz na ręce władzy. Czy ze strony polityków, samorządowców były jakieś naciski?
My dziennikarze tych ludzi znamy, codziennie jesteśmy w ich miejscu pracy, które staje się też naszym miejscem pracy. Mam więc wrażenie, że w tym lokalnym środowisku i dziennikarze i ich rozmówcy mają do siebie szacunek. Nawet jeśli czasem stają po dwóch różnych stronach. Ale, że tak to ujmę - każdy wykonuje swoją pracę. Choć są też i inne przypadki: Pani Małgorzata Bartosiak, radna wybrana zaledwie dwa lata temu czyli w samorządzie od niedawna – tak jak ja w dziennikarstwie – jest w samorządzie szefem komisji edukacji. Ona po tej relacji ( o pytaniach na kartkach), gdy uznała, że przedstawiłem ją, jej zdaniem, w złym świetle, oświadczyła, że nigdy już nie wypowie mi się do kamery. Cóż... cierpliwie czekam.
Mamy w Polsce gwarantowaną konstytucyjnie wolność słowa. Po kilku wydarzeniach, na przykład związanych z Romanem Graczykiem czy Cezarym Gmyzem, niektórzy zaczynają wątpić w swobodę wypowiedzi dziennikarskiej…
Wolność słowa jest. Brakuje równowagi w środkach masowego przekazu. Z perspektywy dziennikarza regionalnego. Kiedy czytam lokalną prasę, oglądam lokalną telewizję, słucham lokalnych rozgłośni radiowych - za mało jest dociekliwości, patrzenia władzy na ręce. Dlatego staram się to robić. Po to jest się dziennikarzem, aby właśnie tej władzy się przyglądać. Oczywiście, również po to, żeby przekazywać informacje, komentować – jeśli ktoś jest komentatorem,. Trzeba informować i recenzować, również opozycję, ale zdecydowanie najwięcej uwagi powinniśmy poświęcić władzy. Wtedy wolność słowa, wtedy „czwarta władza” są ważnym elementem demokracji.
Co sądzisz o zwolnieniu z „Rzeczpospolitej” Cezarego Gmyza?
Z mojej perspektywy, jeśli szef znałby tekst, znałby go właściciel mojego medium i wszyscy powiedzieliby: puszczamy, to potem oni tworzą nade mną parasol ochronny. I oni mają mnie zabezpieczyć. Moją rolą - to powtarzają doświadczeni dziennikarze - jest dobrze udokumentować tekst. Zmaganie się, na przykład z naciskami politycznymi, to już nie jest rola dziennikarza, tylko wydawcy.
Czy ktoś Cezarego Gmyza, po jego publikacji o katastrofie smoleńskiej, zostawił samemu sobie?
Tak, absolutnie. To sugeruje były już redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Tomasz Wróblewski. Przypuszcza, że działo się coś dziwnego. Coś, czego on też nie rozumie. Moim zdaniem – może to mocne słowa- to jest skandal, że Cezary Gmyz został wyrzucony po takiej publikacji. Jeśli ktoś ten tekst zaakceptował ( niezależnie od tego co tam było, czy nawet – tak jak sugerowała sama redakcja – doszło do pomyłki), ktoś dopuścił to do druku, to potem tej publikacji należy bronić. Szczególnie, że nie mam poczucia, iż wszystkie tezy zawarte w artykule zostały zdementowane. Szef może zwalniać i zatrudniać kogo chce. Ale w akurat w przypadku zawodu dziennikarza, ze względu na jego społeczną rolę, jak uczą doświadczeni redaktorzy, trzeba zachować daleko idącą ostrożność. Przy tym zwolnieniu jej zabrakło.
