Z Bartoszem Pankiem, laureatem tegorocznej nagrody Prix Italia, uznawanej za radiowego Oskara, rozmawia Błażej Torański.

Próbował Pan jedną ręką zawiązać buty, zapiąć zamek w kurtce?

 

 

Nie, nie i myślę, że mało kto próbuje, jeśli nie stanie przed taką koniecznością, wyzwaniem.

 

 

A ukroić chleb, napisać list na kartce, zjeść zupę? Czy próbował się Pan utożsamić z bohaterem reportażu, Dominikiem Połońskim?

Nie, nie do tego stopnia. Nie było to najważniejsze, co chciałem przekazać. Nie udawałbym, że chcę żyć, jak Dominik, nie o to chodzi. Starałem się wniknąć w sposób jego myślenia. Zrozumieć, jak rozgryza świat poprzez dźwięki, jakie asocjacje tworzy w swojej głowie między dźwiękami. To było najistotniejsze. A to, co można robić jedną ręką, a o co warto poprosić innych, to odrębna sprawa. Jego choroba – jak założyliśmy – miała być tylko w tle. Zależało nam, aby nie zdominowała reportażu.

Rzeczywiście reportaż „Chcę więcej”, nagrodzony Prix Italia, nie jest opowieścią o wychodzeniu z choroby. Mówi o walce o życie i o sztukę, ale także o pokonywaniu ludzkich ograniczeń.

To byłoby bardzo kuszące, aby opisać historię wielkiego zwycięstwa nad śmiertelną chorobą, teoretycznie nieuleczalną. Mój mentor, opiekun artystyczny, obdarzony słuchem absolutnym Janusz Deblessem, uświadomił mi, że mogę zrobić kolejny materiał o wychodzeniu z raka, ale jest ryzyko powielania, bo takich materiałów powstało setki, może tysiące. Nie byłbym oryginalny w najmniejszym stopniu. Idąc do Dominika Połońskiego nie miałem oczywiście żadnej tezy. Zupełnie niespodziewanie okazało się, że jego walka o życie była sprzężona z pragnieniem tworzenia, powrotu na scenę. Twórczość była nadrzędnym celem mojego bohatera. W pewnej chwili przytacza scenę, jak pokłócił się ze swoim lekarzem. Pamięta Pan?

Doskonale. Po czterech, udanych operacjach neurochirurgicznych, lekarz spytał go: „Nie wystarczy ci, że żyjesz?”. „ Życie to nie jest bicie serca. Że coś jem, patrzę i oglądam telewizję. To nie jest życie” – mówi Pana bohater, dla którego najważniejsza jest sztuka.

Otóż to. Życie jest dla niego wtedy, kiedy może grać, koncertować. To jest istota życia instrumentalisty. To robi na co dzień i w tym się realizuje. Niesamowite, jak to wszystko zdeterminowało jego chęć życia. Dla większości ludzi wyjście z ciężkiej choroby raka mózgu, z glejaka gwiaździstego, byłoby sukcesem. Wymagałoby tylko - z powodu niedoskonałości, upośledzenia ciała - rezygnacji z dotychczasowej aktywności. Pozostałoby przykucie do wózka inwalidzkiego. Dominik Połoński powiedział: „Nie. To mi nie wystarcza! W pełni będę żyć, jeśli będę tworzyć”.

Nie chciał z Panem rozmawiać o chorobie, o paraliżu ciała. Ale odblokował się. Swój mózg porównuje teraz do odgryzionego w jednej czwartej orzecha włoskiego, ponownie włożonego do łupiny i zalanego wodą. Jak Pan go skłonił do tak intymnych wyznań?

Długo trwało, zanim przeszliśmy na „ty”, choć między nami jest zaledwie siedmioletnia różnica. Ale rzeczywiście na początku powiedział, że „o chorobie nie będziemy rozmawiać”. Powoli, kiedy nagrywaliśmy kolejne godziny o muzyce, o tym , jak kształtował się jego talent, o osobach, które miały na to wpływ, o jego fascynacjach powiedziałem mu, że musimy jakoś tę chorobę ugryźć. To jest nieuniknione. Musisz podać choćby podstawowe informacje: kiedy zachorowałeś, na czym to polegało. Nie będę wplatać swojej narracji, bo zabrzmi ona, jak ciało obce. I zapytałem go: jak teraz twój mózg wygląda? I wtedy użył porównania do włoskiego orzecha. Nie wiem, na ile wynikało to ze sformułowania pytań, na ile z cierpliwości …

… ale i zaufania.

Nie, zaufanie przychodzi później, jest efektem postawy reportera. Na ile nie spieszy się z wydzieraniem bebechów, rozrywaniem mięsa. Pamiętam jedną z rozmów, było lato, ludzie pili wino, bawili się przy grillach, Dominik ćwiczył, nagrywałem go i zastanawialiśmy się nad barwami.

Świat, nawet kolory, postrzega przez dźwięki. Słyszy je. „Patrzę na drzewo i słyszę jakiś dźwięk”, mówi.

W nagranej ponad 10 lat temu audycji porównywał barwy liści do stanów emocjonalnych. Muzyka, którą dziś tworzy, wykorzystuje przede wszystkim barwy i dynamikę.

Jest w reportażu jedna niewytłumaczalna medycznie scena, na miarę cudownych uzdrowień w Lourdes. Kiedy Dominik Połoński opowiada, jak godzinami słuchał „Wariacji Goldbergowskich” Bacha i nagle jego noga, zwisająca dotychczas jakby na sznureczku z ciała, odzyskała władzę. Mógł nią poruszyć! Cud?

Tego nie da się do końca wytłumaczyć, choć wiemy, że muzyka Bacha pobudza twórcze ośrodki w mózgu. Być może w ten sposób nerwy zaczęły ze sobą współpracować. Wypowiadam się jako laik.

Ale często, nie potrafiąc czegoś racjonalnie wyjaśnić, tłumaczymy to dotykiem Boga.

Możliwe. Mój bohater jednak tego tak nie nazywa. Ale może to jest i tak, że ileś osób, jakiś promil, jednak z tej choroby wychodzi i odzyskuje sprawność. Może to jest właśnie ten jeden wybrany człowiek. Mnożą się wielokropki i znaki zapytania.

Czuje też energię, jaka krąży wokół niesprawnej dłoni. Odzyska i w niej sprawność?

Przestał już intensywnie rehabilitować tę dłoń, bo wolał więcej czasu poświęcać na granie, na tworzenie, a i tak nigdy nie wróci do pełnej sprawności fizycznej. Poszedł na kompromis. To zwierzenie nie jest najważniejsze w reportażu, ale ująłem je, aby pokazać, że jest maksymalistą. Mimo śmiertelnej choroby spotkało go już wiele dobrego, a nadal chce czegoś więcej.

Zagrał Pan, jak na rasowego radiowca przystało, dźwiękami. Jest wiele skrzypienia, chrobotania przy czyszczeniu strun wiolonczeli z kalafonii. Słychać wiertarkę remontowanej Akademii Muzycznej w Łodzi. Zza ściany dochodzą dźwięki fletu i śpiew. To są te dźwięki, których nie da się przełożyć na język innych mediów: gazety, sieci czy telewizji?

Pewnie by się dało, ale trzeba by nawiązywać do poetów: Czechowicza, Sterna, Jasieńskiego. Nie znam zresztą nikogo, kto by przełożył wiarygodnie na przykład na język pisany (śmiech) zgrzytanie strun wiolonczeli, tak, żeby wszystkie odcienie było widać.

Reportaż „Chcę więcej” realizował Pan od maja do października ubiegłego roku. Miał Pan mniej więcej dziesięć godzin nagrania. Ale bywało, że brakowało dwóch zdań i wtedy jechał Pan z Warszawy do Łodzi i spotykał się z Dominikiem Połońskim na … kwadrans.

Zdarzało się, że przyjeżdżałem na kilka-kilkanaście minut. Raz się spóźniłem, była nieprzyjemna jesień, on był zmęczony, niewyspany. Spojrzeliśmy na siebie i wypiliśmy kawę, niczego nie nagrywając. Nie musieliśmy.

Dlaczego zdecydował się Pan zrealizować reportaż o Dominiku Połońskim, jedynym na świecie wiolonczeliście, który do gry używa tylko prawego ramienia, a nie o Ferruccio Solerim, który od pół wieku kreuje rolę Arlekina w „Słudze dwóch panów”.

Taki był plan pierwotny i pojechałem nawet do Mediolanu, ale Soleri okazał się „niemowny”, jak mawiamy w radiowym slangu. Na pytania odpowiadał dwoma zdaniami. Potwierdzał albo negował. Nie było rozmowy. Nie dało się niczego skleić.

Wypowiadał się monosylabami?

Nie, ale krótkimi zdaniami. „Ach, to jest oczywiste”. „To prawda, to nie”. Nie był bohaterem otwartym na współpracę.

Nie widział Pan wyjątkowego wyzwania w tym, aby odblokować kogoś tak hermetycznego?

To fenomenalne wyzwanie, gdyby znalazł się hojny mecenas, dający mi możliwość zamieszkania przez dwa miesiące w Mediolanie. Wtedy mógłbym się podjąć tego zadania (śmiech). Nie mam problemów z językiem włoskim, przeszkodą są tylko pieniądze. Zwłaszcza, że nie jest to człowiek zamknięty, jak Pan powiedział. To sympatyczny 85-latek, chętnie rozmawia, ale trzeba do niego znaleźć klucz.

Nagrodzony Prix Italia reportaż jest wzruszający, porusza wewnętrzne struny. Nie chciałby się Pan jednak zająć reportażem społecznym, interwencyjnym, który ma wpływ na otaczającą nas rzeczywistość?

Myślę, że historia Dominika Połońskiego, choć nie tak spektakularna jak afery, głośne tragedie i niewyjaśnione zagadki kryminale, również może mieć wpływ na otoczenie, choćby na rozumienie dźwięku, muzyki i jej roli w życiu każdego z nas, nawet osób nie osłuchanych z literaturą muzyczną. Mówię tak dlatego, że bardziej pociąga mnie radio artystyczne, które nie mówi wielu rzeczy wprost, które posługuje się metaforą, w którym prawda jest zawieszona między słowem i dźwiękiem. Poruszam się po peryferiach, zgłębiam tematy, które rzadko występują w mediach. Szukam bohaterów wśród ludzi, których nie da się zaszufladkować pod żadnym względem. Jest ich niewielu, trudno ich znaleźć. Teraz zajmuję się Stanisławem Chlebowskim, artystą i podróżnikiem, który był w XIX wieku nadwornym malarzem sułtana Abd-ul-Aziza. Nadal szukam do niego klucza i pieniędzy, aby zebrać brakującą dokumentację w Stambule i w Paryżu.

Nie łatwiej Panu po Prix Italia o mecenasów?

(Śmiech) Nie zauważyłem. Ale minął dopiero niecały miesiąc.

Fot. Grzegorz Śledź


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl