Kim Pan jest? Nauczycielem akademickim, blogerem, dziennikarzem czy politykiem?

(śmiech) Dobre pytanie. Pierwsze trzy wskazania są jak najbardziej trafne. W rolach dziennikarza i blogera bardzo dobrze się czuję, bo zawsze o nich marzyłem. Ale moje losy potoczyły się trochę inaczej, związałem się ze szkołami wyższymi i zrobiłem doktorat. Łączę więc zajęcia na uczelni - gdzie mam podstawowe miejsce pracy - z hobby, jakim jest pisanie felietonów i komentowanie wydarzeń w mediach.

Chleb daje Panu Politechnika Rzeszowska. Ale jak Pan łączy dziennikarstwo z polityką, dwie wykluczające się role?

Od dawna zarzucano mi, że komentuję i krytykuję, a mamy w Polsce 38 mln krytykantów i komentatorów, zaś działaczy niewielu. Więc może przestałbym tylko krytykować - mówiono mi - i spróbował coś zmienić. Dlatego zgodziłem po długich namowach kandydować na prezydenta Rzeszowa, podjąć tę rękawicę. Jestem kandydatem niezależnym, ale zawsze najlepiej czułem się, jako dziennikarz.

To są dwa rozbieżne światy! Jak Pan się czuje w tym dualizmie, w sprzeczności?

Znam na Podkarpaciu przykład: Andrzeja Szlęzaka, prezydenta Stalowej Woli, który wcześniej był dziennikarzem „Naszego Dziennika”. Od dwóch kadencji jest bardzo lubianym prezydentem, dziennikarstwo porzucił. Nie wiem, czy mieszkańcy Rzeszowa będą mieli ochotę, na to, abym został politykiem - prezydentem miasta lub radnym – ale to, co opisywałem, bez rozdźwięku będę mógł wprowadzać w życie.

W kampanii samorządowej jest Pan nadal felietonistą. Na Fejsbuku opublikował Pan filmik o „misiach inwestycyjnych”, kładce w centrum Rzeszowa, po której mało kto chodzi. Szansę na wygraną ma Pan jednak symboliczną, bo Tadeusz Ferenc, od dwunastu lat prezydent Rzeszowa, w licznych sondażach uznawany jest za jednego z najlepszych w kraju.

W ostatnich wyborach prezydent Ferenc uzyskał niewiele ponad 50 procent głosów. Nie wykluczona jest teraz druga tura, a kto do niej wejdzie może powalczyć i nie jest bez szans. W sondażach internetowych, na kilku portalach zajmuję drugie miejsce. Jednak trudno mi nagle wyjść z roli prześmiewcy, ironisty, szydercy, którą bardzo lubię i wejść w garnitur osoby poważnej i smutnej, jakimi przeważnie są politycy. Nie stosuję specjalnych technik. Nie wydaję pieniędzy na kampanię, bo ich nie mam, więc robię to, co lubię i mówię, co myślę. A z tymi „misiami” rozpoczął kilka miesięcy temu tygodnik „Polityka”. Chodziło o nietrafione inwestycje, którymi się chwalą prezydenci w Polsce. Zainspirowało mnie to, aby poszukać podobnych „misiów” na Podkarpaciu. Jak koledze, docentowi Krzysztofowi Rejmanowi, który kandyduje w innym mieście do rady powiatu, opowiedziałem swój program, rzekł: „Cholera jasna, u nas nawet nie ma misia, którego można by skrytykować” (śmiech). Mam problem, bo nie umiem nawet posługiwać się językiem poważnej polityki. Nawet nie nazywam się politykiem, gdyż jeszcze nim nie zostałem. Wielu moich znajomych dziennikarzy przyjęło moją decyzję z sympatią. Nie tylko nie odwrócili się ode mnie, ale mówią, że popierają. Nie zmienię się nagle w polityka, który będzie obiecywał wszystko. Chcę tylko nagłośnić pewne problemy. Może język felietonisty, dotychczasowy sposób mojego wyrażania się, ktoś przyjmie przyjaźnie i zrozumie.

Startuje Pan na poważnie czy dla żartów? Nie jest to happening w stylu Pomarańczowej Alternatywy? Kolejna okazja do pośmiania się ze świata polityki, co jest charakterystyczne dla felietonistów?

Mam dystans do polityki, do polityków, ale i do siebie. Niektórzy uważają nawet, że autoironia jest u mnie za daleko posunięta. Nie startuję jednak, aby promować swoje felietony. Nie chodzi też o reklamowanie firmy, która zakupiłaby dla mnie garnitur. Nie zamierzam na koniec kampanii powiedzieć, że chciałem tylko reklamować marynarkę. To jest nowa rola. W życiu trzeba podejmować próby nowych wyzwań. Jako socjolog często wypowiadałem się na temat świata polityki, sondaży wyborczych, pisałem artykuły z zakresu politologii. Doszedłem do wniosku, że warto to sprawdzić w praktyce, od kuchni. Żeby się samemu przekonać, jak inni naukowcy, np. Paweł Śpiewak, którzy szybko od polityki uciekli i powiedzieli sobie: nigdy więcej. Zbieram opinie. Jedni mówią, że polityka to bagno, inni, że dzięki mnie by zyskała.

W Rzeszowie pełnił Pan rolę wash and go, jak psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński, który w mediach ogólnopolskich wypowiada się od lat na każdy temat.

Zdarzało się, że czasem trzeba było zapchać jakieś ogony i dziury, skomentować artykuł, coś powiedzieć. Poza tym artykuł bez tzw. "eksperta” nie istnieje (śmiech). Bywało, że podszywano się pode mnie, wpisując tylko moje nazwisko i wymyślając wypowiedź. Teraz, z racji kampanii dziennikarze wycięli mnie w pień. Choć nie są zadowoleni z tego, że stracili cenionego komentatora.

Maciej Rybiński, patron konkursu „Złotej Ryby” miał taką receptę na felieton: chodzi o to, żeby wziąć czyjeś poglądy, jakiegoś fantasty, nawiedzonego ideologa, czy hochsztaplera i wyciągnąć z nich logiczne wnioski. Pan tak robi?

Staram się stosować do wskazówek Macieja Rybińskiego, który był moim mistrzem. Dwa razy w życiu miałem okazję z nim rozmawiać, raz robiłem wywiad. Jest pewien problem w byciu felietonistą w Polsce, bo absurdów nie brakuje i wielu jest ich komentatorów na forach. Coraz trudniej felietonistom czy satyrykom coś wyśmiewać. Ale tematów nie brakuje. Maciej Rybiński powiedział kiedyś, że felietony powinno się pisać nie tylko codziennie, ale kilka razy dziennie, bo tyle jest tematów do udokumentowania.

Rybiński dopowiadał, że trzeba te poglądy wyciągać coraz dalej, cały czas z żelazną konsekwencją, by w końcu obnażyć ostateczny skutek – kompletny absurd albo efekty wręcz odwrotne od zamierzonych.

Nie jest mi łatwo pisać felietony, bo głównym źródłem mojego utrzymania jest stanowisko adiunkta na uczelni numer jeden na Podkarpaciu, Politechnice Rzeszowskiej i pisanie artykułów naukowych. Jak wiadomo, mało kto te ostatnie czyta, bo są potwornie nudne. Ja się staram z tym walczyć i moje mają nawet swoich fanów. Ale jak wysyłam je do recenzentów, oni styl publicystyczny odrzucają. Muszę więc używać słów, których często sam nie rozumiem, zamiast napisać „przekłada w nieskończoność”, wstawiamy mądre słówko „prokrastynacja”. Trzeba dawać więcej przypisów, przynudzić, pobełkotać i wtedy to przechodzi. Eksperci uważają, że 90 proc. publikacji naukowych w naukach społecznych i humanistycznych niczemu nie służy i nikt ich nie czyta. Nie ma z nich żadnego pożytku, a felietony, które ujawnią absurdy życia, mają tysiące czytelników. Bawią ich i uzmysławiają, że taką rzeczywistość warto zmieniać.

Pana felietony zmieniają rzeczywistość?

Pisywałem szydercze życzenia na święta, a po latach okazywało się, że były one wprowadzane w życie. Kiedyś zażartowałem, że do szaletów powinno się wprowadzić kasy fiskalne. Po roku przeczytałem, że wicepremier Zyta Gilowska to zrealizowała. Potwornie mnie to rozbawiło. Wyobraziłem sobie kartkę „płatne z góry” i jak pisuardessa, czyli babcia klozetowa zmienia rolkę w kasie, a my w pilnej potrzebie przestępujemy z nogi na nogę.

Nie sądzi Pan, że zawody felietonisty i satyryka są na wymarciu, bo wystarczy włączyć telewizor, posłuchać polityków i pęka się ze śmiechu?

Satyrykom, felietonistom i kabareciarzom jest coraz trudniej, bo świat polityki sam w sobie jest śmieszny. Czasami w ogóle nie wymaga komentarza, żeby zrywać boki i trzymać się za brzuch. Ponadto jest spora konkurencja ze strony blogerów, forumowiczów i hejterów, którzy swoimi docinkami potrafią tak dopiec, że czasami jedno ich zdanie jest dotkliwsze, aniżeli cały felieton.

Jakie tego typu zdanie ostatnio Pan zapamiętał?

Mój kolega socjolog Marcin Krupa napisał, że jesteśmy straconym pokoleniem, bo połowę życia spędzamy w korkach, a drugą połowę na meczach piłkarskich ostatniej szansy.

Ostatnio się to przełamuje, patrząc na wygrane mecze reprezentacji i Legii Warszawa.

Powiało optymizmem, ale poczekam na rewanż z Niemcami, jak mistrzowie świata zagrają pierwszym, nie rezerwowym składem.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl