Z Agatą Michałek-Budzicz, niezależnym konsultantem ds. zamówień publicznych, ekspertem Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania rozmawia Ewa Łosińska.
Dlaczego w Polsce tyle przetargów kończy się prokuratorskim śledztwem?
Ponieważ przygotowujące te przetargi zorganizowane grupy osób w wielu publicznych instytucjach od początku uruchomienia samego projektu robią wszystko, by przetarg „ustawić”. Starają się, by opis przedmiotu zamówienia sformułować tak, żeby doprowadzić do wyboru oferty konkretnego producenta czy firmy.
Czyli takie przetargi są celowo źle przygotowane?
Nie zawsze. Czasami przełożeni powierzają przygotowanie przetargu osobom, które nie mają koniecznej wiedzy, by to dobrze zrobić. I np. jeśli mówimy o zamówieniach z branży IT – ludzie ci dokonują wyboru sprzętu czy skomplikowanego oprogramowania za publiczne pieniądze, niezgodnie z wymogami ustawy Prawo zamówień publicznych. W kilku województwach np. kupowano tak sprzęt komputerowy dla szkół. A zatrudnienia specjalistów, którzy pomogliby w tej procedurze, przełożeni tych ludzi nie chcieli, powołując się na brak środków na ten cel. Mimo że prawo o zamówieniach publicznych mówi o możliwości wykorzystania ekspertów w takich sytuacjach.
Czy taki brak kompetencji zamawiających doprowadził do zakupu systemu informatycznego, który sprawiał tyle problemów podczas ostatnich wyborów samorządowych? Zabrakło skorzystania z pomocy ekspertów? Wielu informatyków wskazywało, że bardzo krótki termin, jaki dano oferentom na przygotowanie systemu „wyborczego” i niska cena, za jaką go kupiono, od razu wróżyły poważne kłopoty.
W tym przypadku przede wszystkim przetarg ogłoszono o wiele za późno, bo w lipcu. Bardzo krótki czas opracowania systemu informatycznego był dla poważnych wykonawców nierealny. Same niezbędne testy oraz tzw. okres stabilizacji systemu i usuwanie ewentualnych usterek muszą zająć nie mniej niż dwa-trzy miesiące. Tego zabrakło i potem na blogach czy portalach widzieliśmy wpisy zdesperowanych informatyków, którym polecono nadzorowanie prac komisji wyborczych w terenie, a oni nie wiedzieli, jak mają się tym narzędziem posługiwać. Kiedy prosili PKW o szkolenia, dowiadywali się, że to niepotrzebne, gdyż system jest bardzo prosty.
To znaczy, że Krajowe Biuro Wyborcze nie ma kompetencji, by wybrać odpowiedni system wykorzystywany podczas samorządowego głosowania? A może niewielka firma Nabino z Łodzi została wybrana celowo?
Kompetencji Biuro nie ma na pewno. Nie mogę natomiast ocenić, czy to było celowe, bo nie dysponuję wystarczającą ilością informacji. Niemniej działy się rzeczy zupełnie niezrozumiałe. Przetarg mógł być ogłoszony sporo wcześniej, bo – jak wynika z dokumentów – specyfikacja była gotowa już w lutym. Tymczasem zwrócono się do Urzędu Zamówień Publicznych oraz do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego o zgodę na zwolnienie przy zakupie tego systemu informatycznego z rygorów ustawy Prawo zamówień publicznych. Argumentem był fakt, iż to jest tajne. Po czym, kiedy czytamy specyfikację, okazuje się, że nie ma mowy o jakichś wymogach wobec osób, które mają np. przetwarzać dane osobowe i dbać o bezpieczeństwo owego sytemu. Czyli z jednej strony mamy próbę obejścia ustawy pod pozorem tajności całego zadania, a z drugiej o wrażliwe dane nikt nie dba. Ponadto, gdy Urząd Zamówień Publicznych odmówił takiej zgody, przedłużany był proces uruchamiania tego przetargu. W dodatku ostatecznie warunki zostały sformułowane tak, że nie gwarantowały rzetelnego wykonawstwa. Rozmawiałam z przedstawicielami firm informatycznych, którzy mówili, że nie mogli złożyć ofert, bo byłoby to działanie samobójcze. To zbyt ważny, także społecznie, system, aby firma ryzykowała utratę wiarygodności, przygotowując go za pięć dwunasta.
Krajowe Biuro Wyborcze i PKW nie mogły poprosić o pomoc?
Jestem autorką opracowania wskazującego, jak poprawnie zamawiać sprzęt komputerowy i systemy informatyczne. Fundacja Wolnego i Otwartego Oprogramowania ma portal, z którego nieodpłatnie można pobrać takie wskazówki i nawet wzory umów.
PKW jednak z tego nie skorzystała...
Niestety, nie.
Podczas drugiej tury wyborów system informatyczny działał poprawnie. Czy jednak można mieć do niego zaufanie? W dodatku wydaje się, że znowu nie ma czasu na zakup nowego, lepszego. W styczniu są uzupełniające wybory do Senatu, a w maju – wybory prezydenckie.
Oczywiście, że w takim czasie nie zdążymy przygotować przetargu w sposób staranny. Znowu zabrakłoby czasu na testy, szkolenia i wiele innych rzeczy. Nie można firmować kolejnej fuszerki.
System kupiony na potrzeby PKW to jedna taka sprawa. Ale powinniśmy się chyba też martwić o Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Media poinformowały właśnie, że zatrzymano 14 osób podejrzanych o ustawienie przetargu na zakup kilku tysięcy drukarek. I tu warunki sformułowano tak, by spełniał je produkt tylko jednej firmy.
To łamanie zawartej w Prawie o zamówieniach publicznych zasady uczciwej konkurencji i równego traktowania wykonawców. Takich ustawionych przetargów jest sporo, bo jest o co walczyć. Rynek zamówień informatycznych jest ogromny i rośnie lawinowo. Tym bardziej, iż wchodzi w życie program Cyfrowa Polska, na który do roku 2020 dzięki funduszom z Unii Europejskiej wydać możemy nawet 10 miliardów złotych. Warto jednak zauważyć, że problem drukarek to kwestia marginalna wobec innych nieprawidłowości dotyczących zamówień na potrzeby ZUS.
Jakie to nieprawidłowości?
Przez lata można było odnieść wrażenie, że ZUS to swego rodzaju święta krowa, której nawet w wypadku przekrętów nikt nie śmie tknąć. Dziś wiemy, że można w ciągu 13 lat wydać trzy miliardy złotych na system informatyczny dotyczący ubezpieczeń społecznych i nie mieć do niego jakichkolwiek praw, a nawet kodów czy narzędzi dostępu. W rezultacie w 2010 roku trzeba było wydać ponad pół miliarda na zakupy w trybie zamówienia „z wolnej ręki”. Tak właśnie jest w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. W roku 2012 ukazały się wyniki dwóch kontroli, jakie tam przeprowadzono na zlecenie prezesa Urzędu Zamówień Publicznych. Chodziło o wydanie na wspomniane umowy ponad 600 milionów złotych, a konkretnie zamówienia dla firmy Asseco. O konkurencji dla niej nie było w takim wypadku mowy. Dodam, że te wyniki kontroli to jawne dokumenty. Każdy może do nich zajrzeć na stronie Urzędu Zamówień Publicznych. Zachęcam do lektury, choć nie jest ona przyjemna. Widać, w jaki sposób marnowane są nasze pieniądze.
Problemem podczas wielu przetargów nie jest prawo, ale to, jak często jest łamane i jak nieskutecznie takie przypadki są ścigane?
Na prawo o zamówieniach publicznych narzekają najczęściej ci, którzy nie chcą stosować zapisanych w nim zasad: jawności, przejrzystości czy uczciwej konkurencji. W Polsce można na podstawie przepisów tej ustawy przeprowadzić przetarg uczciwie i sprawnie, nawet jeśli jest bardzo skomplikowany. Kiedy słyszę osoby, które to na przepisy przerzucają odpowiedzialność za kompromitację, jaka miała miejsce w Państwowej Komisji Wyborczej, to jestem pewna, że ten człowiek nie wie, o czym mówi. Zapraszam na szkolenie!
Czy nagłaśnianie ustawiania przetargów w mediach pomaga? Można odnieść wrażenie, że nawet jeśli dziennikarze informują np., iż zatrzymano byłego wiceprezesa ZUS, to w praktyce niewiele to zmienia.
Bez wątpienia pomaga. Media są sojusznikiem osób walczących o uczciwe stosowanie reguł dotyczących zamówień publicznych. Dzięki takiemu nagłaśnianiu bardziej boją się ci, którzy dopiero planowali ustawienie przetargu. Część z tego zrezygnuje, a część będzie się musiała bardziej napracować, by spróbować złamać przepisy. Jeszcze inni zrezygnują z prób ustawienia przetargu przestraszeni tym, iż o takich przypadkach się pisze i mówi. Zatem zainteresowanie mediów takimi przekrętami czy korupcją jest nie do przecenienia.
Po takich doniesieniach niekoniecznie jednak winni ustawiania przetargów zostają rozliczeni przez wymiar sprawiedliwości.
Kolejna kropla może w końcu przelać czarę. Choć niekoniecznie za naszego życia...
