Dziś prawie nikomu nie chce się czytać poważnej literatury – wzdychasz parę dni temu na wieczorze autorskim i na przekór wszystkiemu prezentujesz swoją najnowszą książkę Rozdroża miłości o francuskim poecie Guillaumie Apollinairze. Ale to nowość w Twoim krytycznoliterackim dorobku – to książka parareporterska…
Ja bym się wahał ją klasyfikować jako quasireporterską – zatem nazwałem ją opowieścią epistolograficzną. Ale oczywiście epistolografia jest pokrewna dziennikarstwu. Poeta, jako żołnierz armii francuskiej w I wojnie światowej, pisze miłosne listy do dwóch ukochanych kobiet operując technikami reportażowymi. Spore fragmenty tej opowieści z frontu można nazwać reportażem wojennym. Z tym, że wybitny twórca nie robi tego w imię rozwoju sztuki reporterskiej. On tchnął w poezję język reportażowy. Jest to opis sytuacji człowieka funkcjonującego w tłumie, jednostki, która straciła busolę życiową. Tu rzeczywiście poezja spotkała się z dziennikarstwem. Ale francuski poeta o polskich, po matce, korzeniach w większym stopniu wykorzystał technikę reportażową do poezji , niż poezję do reportażu. Warto natomiast przypomnieć, że poezję do reportażu wprowadzał mój szkolny kolega, Ryszard Kapuściński.
"Sposobu na życie zacząłem szukać odarty z iluzji" – to inne Twoje wyznanie z tego wieczoru w Domu Literatury. Ty, i nikt z sali tego wątku nie podjął, więc teraz pytam: z jakich iluzji musiałeś się wyzwalać?
Najwcześniejsze lata życia spędziłem w rodzinie ziemiańsko - inteligenckiej, której członkowie odegrali istotną rolę w formowaniu II Rzeczypospolitej. Wychowywałem się dzięki nim w klimacie intelektualnym lewicowej myśli socjologicznej Ludwika Krzywickiego. Dlatego rodzice i kuzynostwo w naturalny nieomal sposób po wojnie – powiem górnolotnie – stanęli do odbudowy kraju po ogromnych zniszczeniach. Ludzie ci ze zrozumieniem, a nawet z pewną ulgą przyjęli na przykład reformę rolną i parcelację gruntów. Mieli możliwość zafundowania sobie emigracji, jednak uważali, że trzeba zostać tu i pilnować rozwoju w tym obszarze życia, na który mieli wpływ. Ja zaś dość wcześnie miałem za sobą lekturę Przedwiośnia Stefana Żeromskiego i świadomość kształtowałem wewnątrz tego typu polskości pierwszych lat po wojnie, zrazu wolnych jeszcze od totalitarytycznych zakusów „dyktatury proletariatu”.
Wtedy już poczułeś w sobie te pierwsze drgnienia krytyczno-literackie?
Stało się to między innymi za sprawą Jerzego Andrzejewskiego. On wiosną 1949 roku odwiedził nasze liceum im. Stanisława Staszica. Na spotkanie autorskie przybył jako laureat prestiżowej nagrody literackiej za powieść Popiół i diament. Był też jeszcze przed wojną wyróżniony nagrodą młodych Polskiej Akademii Literatury za debiutancką powieść Ład serca, przepełnioną duchem religijnym. Zaś Popiół i diament, jak wiemy, zrodził się już z ducha nowego czasu…
Andrzejewski przerabiał tę powieść pod naciskiem ówczesnej władzy - pisałem o tym w swojej pracy magisterskiej…
Właśnie o tę reorientację ideową go pytałem, a on nie odpowiedział mi na pytanie, tylko skomplementował mnie stwierdzeniem: „Ten kolega spod okna przemawia jak urodzony krytyk”. Tu chciałbym powiedzieć o znacznie wcześniejszym drgnieniu redaktorskim. Wyczułem je jeszcze rok przed wojną, kiedy w pięknej willi kuzynostwa przy ulicy Zawrat natknąłem się w jakimś kącie na stertę gazet i periodyków należących do wuja, naczelnego redaktora „Gazety Gospodarczej”. Wychowany w kulcie słowa drukowanego, zacząłem te czasopisma wertować i w którymś momencie wykrzyknąłem: ja też chcę być redaktorem. Może dzięki temu porywowi nie przeżyłem „choroby” pisania wierszy, ale próby prozy podejmowałem przez czas niejaki. Na ogół szły one w parze z lekturą książek podróżniczo – reporterskich oraz tekstów krytyczno-literackich o tych książkach.
Wybrałeś recenzję jako gatunek dziennikarski – to bardzo trudna sztuka. Wiem, ile kłopotu sprawia ona moim studentom dziennikarstwa, którzy wybrali specjalizację prasową i muszą programowo cały semestr brnąć przez ten gatunek, zwłaszcza, że zanika w nich chęć czytania…
Gdy ja byłem w ich wieku, to ta chęć właśnie we mnie narastała i stawałem się w rodzinie głównym informatorem o książkach, zarówno dawno jak i aktualnie wydawanych. Jak ktoś czegoś nie wiedział i nie potrafił znaleźć, to zwracał się do mnie z głośnym przekonaniem: Wacek na pewno wie, bo już to przeczytał… Bardzo mnie to dowartościowywało, może nawet wbijało w dumę. Czułem po prostu, że dziennikarstwo recenzenckie daje mi możliwość bezpośredniego i systematycznego komunikowania się z czytelnikiem. Szybko też uświadomiłem sobie, że to komunikowanie musi jednak mieć wartość społecznie użyteczną. Trzeba pamiętać, że mówię o pierwszych trzech latach po wojnie, kiedy jeszcze panowała w kraju atmosfera dość żywej dyskusji i polemiki na tematy światopoglądowe. Literatura katolicka wychodziła z pieluszek i zyskiwała rangę dzięki takim autorom, jak m.in. Antoni Gołubiew, Hanna Malewska, Teodor Parnicki. Ich książki inspirowały do refleksji filozoficznych, społecznych, etycznych. One mnie niezwykle intrygowały. Jeszcze przed studiami polonistycznymi, zacząłem współpracę recenzencką z krakowskim „Tygodnikiem Powszechnym”, który wytrwale „okcydentalizował” katolickie środowiska intelektualne w Polsce. Byłem dumny z tego, że zaczynam mieć niejaki wpływ na kształtowanie poglądów filozoficznych, etycznych i gustów literackich odbiorców tego pisma.
Czy z jakichś i czyich wzorców czerpałeś inspirację?
Pewnie tak, jednak miałem ambicję samodzielnie wyrabiać sobie styl i „markę” recenzenta w prasie codziennej i tygodniowej. Nie żywiłem ambicji pisywania dla pism specjalistycznych, dla biuletynów naukowych. Nie pociągał mnie udział w seminariach specjalistycznych, w zamkniętych kręgach literaturoznawców. Zależało mi na codziennym, dziennikarskim kontakcie z czytelnikiem.
Czyli studia polonistyczne rozpocząłeś już jako współpracownik m.in. „Tygodnika Powszechnego”…
Myślę, że sytuowałem się dalej niż koledzy studenci, poloniści, którzy po kilku latach zostali asystentami na Wydziale Polonistyki i pokonywali kolejne szczeble kariery naukowej. Może nawet zazdrościli mi tego, że pracuję i już mnie drukują. Przyznano mi wówczas prawo do indywidualnego toku studiów, byłem zwolniony z obowiązku chodzenia na wykłady, więc było mi czego zazdrościć.
Wspominasz, że na warszawskiej polonistyce w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, w czasie najczarniejszego stalinizmu aż gotowało się od intryg, wzajemnego podkopywania na bazie ślepej wiary w nowy ustrój tzw. demokracji ludowej i sprawiedliwości społecznej w oparciu o wzorzec radziecki…
Byłem nawet „bohaterem” jednej z takich policyjnych akcji autorstwa szczególnie aktywnych zetempowców, którzy „rządzili” na Wydziale i we władzach uczelnianych tej organizacji. Nie będę wymieniał nazwiska późniejszego profesora, teoretyka literatury, wówczas redaktora wydziałowej gazetki ściennej Błyskawica, wyjątkowo obrzydliwej. Przypominam sobie, że pewien kolega napisał zupełnie udatne teksty parodiujące poezję socrealistyczno – produkcyjną. Tekściki wykpiwały tzw. „pranie mózgów” realizowane przez „naczelnego” redaktora owej gazetki. Ktoś je powielił, a ja dostałem jeden z egzemplarzy. Na „pogromowym” zebraniu zetempowskim zostałem posądzony o wysłanie tych parodii do… Głosu Ameryki (wtedy jeszcze nie funkcjonowała Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa). Po jednej nieprzespanej nocy, przeżytej w niezwykłym napięciu nerwowym i lęku, wykaraskałem się z tej opresji. Przydzielono mi tylko, jako „anioła stróża” kolegę Darka Fikusa, późniejszego wybitnego dziennikarza. Darek w ogromnej dyskrecji ujawnił mi, że to jemu zarząd koła ZMP zlecił „trzymanie mnie na oku”. Wzajemne szpiegowanie i donosicielstwo było powszechne.
Na ożywcze powiewy postalinowskiej odwilży nie trzeba było długo czekać.
Zaczęło się ją odczuwać już na początku roku 1954. Złożyłem wtedy naczelnemu redaktorowi Sztandaru Młodych projekt dodatku literacko- artystycznego. Nazywał się on Przedpole. Zostałem kierownikiem wymarzonego działu literackiego. Wtedy miałem okazję być świadkiem debiutu poetyckiego Ryszarda Kapuścińskiego. To był dobrze rokujący debiut. W ogóle uważam, że Kapuściński jako poeta nie został doceniony.
A jako reportażysta dał się już poznać jako mistrz gatunku?
Byłem tak pochłonięty krytyką literatury pięknej, że na literaturę faktu nie miałem czasu. Zresztą, wtedy jeszcze chyba nie funkcjonowało pojecie literatury faktu; na rozkwit polskiej szkoły reportażu trzeba było poczekać kilka ładnych lat. Kapuściński dał się natomiast poznać jako bardzo aktywny i zaangażowany w rzeczywistość tamtego czasu publicysta.
Jako kierownik działu literackiego śledzisz pilnie nowości prozy i poezji okresu socrealizmu. Drukujesz recenzje własne i zamówione u innych autorów. Jak budowałeś warsztat recenzenta? Co radziłeś młodym współpracownikom, stawiającym pierwsze kroki w sztuce recenzenckiej?
Zacznę od banału - recenzent przede wszystkim musi dużo czytać. W tekstach własnych wystrzegałem się naukowego języka, który jest mało ponętny dla czytelnika. Recenzja musi zawierać część informacyjną o książce – podstawowe dane o niej i o autorze, ważne dla pełniejszego zrozumienia recenzowanego utworu. Powinna też sytuować go w określonym kontekście literackim, na tle utworów zarówno pokrewnych, jaki i przeciwstawnych lub zawierających odmienne przesłania. I musi ukazywać indywidualne, „osobnicze” cechy artystyczne danego utworu, nie może się ograniczać do ogólnego jego zaklasyfikowania. Recenzent musi też pisać jasno i konkretnie, bo czytelnik nie da się nabrać na ogólniki podane mętniackim językiem. Wszystko po to, by czytelnik był władny zrozumieć tekst.
Czy recenzent powinien grać rolę mentora czytelnika?
Nie, broń Boże. Recenzja ma być raczej apelem do czytelnika, często nawet z tzw. przymrużeniem oka. Krytyk musi uzbroić czytelnika w narzędzia do rozumienia dzieła, ale nie może wyręczać go w zrozumieniu tekstu. Krytyk każdego rodzaju sztuki jest przewodnikiem czytelnika, widza, słuchacza, a nie twórcą (mądralą) dania podanego na tacy do łatwej konsumpcji. Jego zadaniem powinno być uczenie odbiorcy sztuki, jak ma wyzwalać tkwiące w nim samym potencjały - intelektualny i emocjonalny - potrzebne do odczytania idei i odczucia artyzmu dzieła.
Jako krytyk przeżyłeś całą epokę PRL – ciężkie „mrozy” i „odwilże”, przykręcanie przez reżim śruby wolności i jej lekkie luzowanie. Kluczem, którym władza manipulowała, była cenzura. Jednak i twórcy wszystkich sztuk oraz ich krytycy potrafili tym kluczem obracać, by oszukać decydentów? Jak się Tobie to udawało?
W jakiejś formie prawie wszystko było oszukiwaniem, a w każdym razie było jego bardzo wiele i dokonywano go w różny sposób. Można zapytać: czym twórca oraz jego krytyk dysponowali w tamtym czasie ? Otóż dysponowali magicznym zaklęciem. Jak wiadomo klasycy marksizmu mówili, że socjalizm jest dziedzicem całej, arcybogatej tradycji ludzkości, odważnego i niezależnego myślenia, obrony wolności i praw człowieka różnych epok. Zatem, jeżeli krytyk odwoływał się na wstępie do tych propagandowych, hasłowych wartości – miał szansę w dalszych akapitach swego tekstu bronić wszystkiego, co odnalazł w omawianym utworze. Miałem na tej podstawie niebagatelne - jak mniemam - osiągnięcia. Na przykład: Teodora Parnickiego, pisarza przecież katolickiego – historiozofa, twórcę kultury ogólnohumanistycznej z jej wielowątkowością i pluralizmem, udało mi się „wmontować” w kształtujący się u nas organizm „otwartej kultury socjalistycznej”.
To była jakaś forma manipulacji…
Miewałem takie w swoim dorobku. We wczesnej działalności, jeszcze przed rozpoczęciem studiów polonistycznych, skorzystałem z porady Pawła Jasienicy i pisałem pod pseudonimem. Nie zapomnę jego przestrogi: „…bo nie dadzą panu żyć”. Jerzy Putrament, znany autor i propagandysta socjalistycznego pojmowania roli literatury, w jednym ze swoich referatów, wygłoszonych w Związku Literatów Polskich, nazwał był mnie „przemytnikiem ideologicznym”.
Przez ponad dwadzieścia lat kierowałeś redakcją periodyku „Literatura na Świecie”. Uczyniłeś z niego wydawnictwo kultowe. Jeśli wymienić w inteligenckim gronie Twoje nazwisko, to natychmiast słyszy się: to ten od LnŚ . Jak ci się udało wprowadzać m.in. zachodnie, „burżuazyjne” dzieła do socjalistycznego obiegu? To także przykład Twojej manipulacji?
W pewnym sensie tak. Wzór wziąłem z… Moskwy, gdzie wydawano Innostranną Litieraturę. Ona, radziecka, pomogła przekonać polskich decydentów. U narodzin naszego miesięcznika było wielokrotne manifestowanie przy różnych okazjach jego idei: „współistnienie literatur światowych”, „otwarcie na wszystko, co służy dobru społecznemu, sprawiedliwości i szlachetności międzyludzkiej”. To zostało „kupione” przez ówczesnych „sterników” życia kulturalnego. Pismo miało „integrować środowisko tłumaczy i recenzentów”. Trzeba przyznać, że nie ośmielano się niczego mi narzucać, ani nawet sugerować, choć oczywiście skrupulatnie patrzono mi na ręce.
W jednym z wywiadów przyznajesz, że jednak „sternicy” poprzez cenzurę kontrolowali miesięcznik...
To istotna różnica: kontrolować, nadzorować – to nie znaczy jeszcze sterować. Zamiast takiego dyktatu, spotykały mnie donosy oraz zarzuty, że pismo jest „punktem werbunkowym ambasady amerykańskiej”. W zasadzie jednak nie przeżywałem wielkich przepraw z cenzurą. Zdarzały się czasami nawet zabawne incydenty, gdy cenzor sumitował się w związku z jakąś ingerencją i z zawstydzeniem przekonywał: „panie redaktorze, przepraszam, ale ja nie mogę tego puścić”. W końcu jednak puszczał, gdy ja podpisałem „kwit”, że skutki pojawienia się tekstu na łamach pisma „biorę wyłącznie na własną odpowiedzialność”. A drukowaliśmy na przykład liczne teksty elektryzującej wówczas świat literatury „realizmu magicznego”, utwory głośnych autorów z Ameryki Łacińskiej. Opisywali oni tamtejsze reżimy totalitarne, a my wzbogacaliśmy wymowę ich utworów o nasze krytyczne analizy i komentarze. Inteligentny czytelnik opisów tamtej rzeczywistości czytał „między wierszami” i odnajdywał analizy pasujące dość ściśle do reżimów z naszej części Europy. Czerpaliśmy ogromną satysfakcję, że czytelnik wychwytuje paralele i aluzje do przemocy władzy nad obywatelem, do dławienia samodzielności i swobody myślenia, do robienia „wody z mózgu” poprzez natrętne wtłaczanie agresywnej propagandy. Te aluzje i paralele wynikały z analiz formalnych - sposobu narracji oraz wirtuozerii semantycznej języka literatury latynoamerykańskiej. Setki razy myślałem, że w ten zawoalowany sposób (niestety, to rodzaj manipulacji!) kształtowaliśmy dwudziestowieczną wersję naszego społeczeństwa obywatelskiego.
To, o czym mówimy, działo się ćwierć wieku temu i jeszcze wcześniej. A czy dziś widziałbyś możliwość by zrobić „powtórkę z tej rozrywki”?
Możliwość tak, bez problemu – przecież nie mamy zinstytucjonalizowanej cenzury, nie potrzeba by było wyszukiwać, redagować i drukować wybranych tekstów ze świata, które by zalecały się polskiemu czytelnikowi swoją aluzyjnością i skłaniały go do snucia paraleli. Przecież tłumaczymy i drukujemy książki, wydajemy periodyki bez jakichkolwiek przeszkód. Jednak pojawiają się inne trudności – próby cenzurowania ze strony „misjonarzy polskości” w imię szczególnego, rodzimego rodzaju poprawności politycznej, która u nas przybiera charakter dulszczyzny, by nie powiedzieć parafiańszczyzny. A poza tym, jak powiedziałem wcześniej, czytelnictwo w Polsce zamiera. Kiedyś istniały w kulturze pewne snobizmy na sztukę przez „S”. To wszystko teraz słabnie, na rzecz snobizmu kołtuńskiego w istocie dorobkiewiczowstwa.
