Odszedł z dziennikarstwa i objął funkcję rzecznika prasowego PSL.

 

Znudziło się Panu dziennikarstwo?

Trochę tak. Od dłuższego czasu rozglądałem się za nową pracą, ale chciałem, aby była związana z mediami. Kiedyś ktoś mi powiedział, że telewizja jest jak narkotyk: nienawidzisz jej i wracasz. Jest w tym trochę prawdy. Ale wiele też zależy od doświadczenia i wypalenia się w zawodzie.

Wypalił się Pan?

Dotarłem do etapu szklanego sufitu. Zaczynałem w telewizji od wolontariatu, od noszenia taśm. Przechodziłem przez kolejne szczeble i dotarłem do ściany. Mam poczucie, że moje pokolenie, ludzi urodzonych na początku lat 80., jest w dziennikarstwie telewizyjnym stracone.

Dlaczego?

Bo dziennikarze starsi o 10 lat zdążyli wskoczyć na wyższą półkę. Zostali wydawcami czy sekretarzami redakcji.

Pan nie miał szans?

Nie może być w redakcji kilkudziesięciu wydawców i kilku reporterów. Starsi koledzy są za młodzi na emeryturę, świetnie spełniają się w pracy, mają pomysły i reporterzy tacy, jakim byłem do niedawna, nie mają szans, aby wskoczyć na wyższe piętro. Nie mam o to do nikogo pretensji, niczyja w tym wina, taki jest system.

„Sorry, taki mamy klimat”. Wygląda, jakby w TVP o awans było równie trudno, jak na feudalnych polskich uczelniach publicznych.

Nie chodzi o relacje feudalne. Nie ma naturalnej ścieżki rozwoju kariery: od reaserchera i reportera po komentatora i wydawcę.

Został Pan rzecznikiem prasowym PSL. Widzi Pan to, jako drogę w jednym kierunku czy nie wyklucza kiedyś powrotu do zawodu?

To zależy od osoby i instytucji, w której jest się rzecznikiem. Ja byłem dziennikarzem newsowym. Przekazywałem informacje, a nie własne poglądy. Teraz jestem rzecznikiem w konkretnej partii, z której poglądami się identyfikuję. W moim przypadku i w mojej ocenie, ja powrotu do dziennikarstwa już nie mam. One way ticket. Ale są miejsca, z których powrót jest możliwy.

Były reporter Radia Zet Mariusz Gierszewski po roku bycia rzecznikiem prasowym Stadionu Narodowego w Warszawie wrócił do dziennikarstwa. Najpierw do portalu NaTemat, od niedawna w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Są więc możliwe powroty.

Tak, oczywiście, ale dla siebie nie widzę takiej możliwości.

Jako rzecznik klubu parlamentarnego PSL będzie Pan kukiełką pociąganą za sznurki przez Janusza Piechocińskiego czy dostał Pan swobodę wypowiedzi?

Mam swoje poglądy, ale w polityce stanowiska się konsultuje. Nie znaczy, że będę mówić tylko to, o co mnie ktoś poprosi. Na Twitterze zacząłem się swobodnie wypowiadać. Wchodzę dopiero w wirtualny świat, wykonując swoją funkcję muszę. Nie będę maszyną-przekaźnikiem, ale rzecznikiem myślącym, który może prezentować swoje poglądy. Wcześniej, jako dziennikarz, nie mogłem. Jest to trudne. Wiele pracy przede mną. Już na pierwszej mojej konferencji prasowej, kiedy zasiadłem po drugiej stronie stołu, poczułem się bardzo stremowany. Zaschło mi w gardle. Poczułem stres. Ale odebrałem to pozytywnie, bo trema dowodzi, że mam nad czym pracować. Liczę na to, że nikt mi kiedyś nie powie: „Był pan dobrym dziennikarzem, ale rzecznikiem jest średnim”.

Jaki wybierze Pan model rzecznika: aktywnego, z parciem na szkło czy delegującego posłów do wypowiedzi?

Chcę to wypośrodkować. Nie chcę być rzecznikiem cieniem. Rzecznik powinien być aktywny, ale nie jest ekspertem w wielu dziedzinach. Dlatego powinni też mówić posłowie, którzy zasiadają w komisjach, są kompetentni. Bo nie chodzi o wypowiadanie bon motów, dykteryjek, tylko trzeba docierać do społeczeństwa z konkretną wiedzą. Dla mnie rzecznik jest, jak producent telewizyjny, który zarządza ludźmi. Wie, którego z reporterów wysłać do Sejmu, którego do wojska, a którego na proces sądowy. To naturalny podział kompetencji.

Dziennikarze ścigają się za newsami. Nie ulegnie Pan ich presji? Jak Pan ich będzie traktować?

Jak partnerów. Ale będzie to inny rodzaj partnerstwa, bo przeszedłem na drugą stronę. Odetnę prywatne relacje od zawodowych. Jest to konieczne, aby się w tym wszystkim nie zagubić, nie narobić bigosu. Zwłaszcza, że nie mam kilku kolegów dziennikarzy. Mam ich dziesiątki. Nie mogę jednych traktować lepiej, innych gorzej.

Przestanie Pan chodzić na piwo z kumplami dziennikarzami?

Szczerze mówiąc nie zastanawiałem się nad tym. Ale prawda jest też taka, że niezwykle rzadko chodziłem z kolegami na piwo. Z prostej przyczyny: mijaliśmy się. Rozmawialiśmy w przelocie. Ale to nie będzie dla mnie łatwe.

Kilka lat temu rzecznik prasowy MEN mówił na warsztatach studentom, że „dziennikarze to stojaki, nie warto z nimi rozmawiać”. Pan też tak myśli?

Nie, ja tak nie myślę. Ale są też dziennikarze, których Ludwik Dorn nazwał w swojej książce „nałaźliwymi”. Kiedyś, będąc marszałkiem, przechadzał się korytarzami Sejmu. Przydybała go dziewczyna, przystawiła mikrofon i zadała serię pytań. Na koniec poprosiła, aby się przedstawił, powiedział, kim jest. To jest dla mnie przykład na to, że w pogoni za newsem, o czym pan wspomniał, standardy się zacierają. Nie wiadomo, jak wielu jest media workerów, jak dziewczyna, która dopadła Ludwika Dorna. I czy nie zagrażają oni dobrej opinii o dziennikarzach, którzy cieszą się renomą i poważaniem. Ale nie nazwałbym dziennikarzy „stojakami”. Są wśród nich reasercherzy, którzy nie wiedzą, o co pytać.

W sytuacjach kłopotliwych cytowany rzecznik MEN radził, aby upuścić długopis, jeśli nie wiadomo, co powiedzieć. Żeby zyskać na czasie. Jak Pan zamierza sobie radzić w przypadkach kryzysowych? Bywają takie.

Oczywiście. Ale nie zamierzam upuszczać długopisów. Jestem człowiekiem myślącym i będę się starał analizować kłopotliwe pytania i logicznie odpowiedzieć. Czasami warto powiedzieć mniej, ale nie można milczeć.

Politycy PSL często przeklinają?

To są moje pierwsze dni. Nie słyszałem jeszcze przekleństwa, ale też nie wsłuchiwałem się nadmiernie.

Pytam o to, bo wśród największych wpadek polityków przypomina się bon moty Józefa Zycha, który przed laty w Sejmie przemówienie zaczął: „Nie po raz pierwszy staje mi … przychodzi stawać przed Izbą”.

Ale to nie jest przekleństwo.

To nie, ale kiedy był marszałkiem Sejmu wyrwało mu się przy włączonych mikrofonach (o czym nie wiedział): „Nie przychodź mi tu, k… z takimi rzeczami”.

Każdy czasami potrafi przekląć. Niezależnie od tego, czy jest politykiem, lekarzem czy dziennikarzem. Ja staram się nie przeklinać. Kontroluję swój język. Z prostej przyczyny: często kamera potrafi złapać na użyciu niecenzuralnego słowa.

Ale co Pan doradzi, jeśli przytrafi się podobna wpadka politykowi PSL? Jak Pan zadziała, aby zminimalizować negatywne skutki?

Politycy też są ludźmi. Wystarczy, że przeproszą. Wierzę, że to się nie powtórzy.

Wielu doświadczonych dziennikarzy nie radzi sobie w roli rzeczników. Nie obawia się Pan sytuacji kryzysowych?

Wierzę, że sobie poradzę. Ale byłbym ignorantem, gdybym się takich sytuacji nie obawiał. One wcześniej czy później przyjdą. Jak postąpię? Łatwiej mi będzie odpowiedzieć na to pytanie po konkretnym zdarzeniu. Najważniejsze, aby opanować nerwy.

Na koniec: jak to jest, że w dniu wyborów samorządowych poparcie dla PSL sięgnęło 23 proc., a natychmiast po nich powróciło do sondażowych 7-9 proc. To cud czy dowód na sfałszowanie wyborów?

Rzeczywiste poparcie dla PSL z sondażami od wielu lat się rozmija. Wyborcy PSL zawsze mobilizują się tuż przed wyborami. To nie jest żaden cud, a tym bardziej fałszerstwo. To ostatnie można odczytywać tylko w oparach absurdu.


 



 


 


 


 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl