Z góry świat widać wyraźniej czy inaczej?

To jest pytanie o to, jaki mam stosunek do Ziemi będąc nad nią.

Dokładnie tak.

Ziemia widziana z lotu ptaka bywa zaskakująca. Kiedy lecę, jest dla mnie obcym środowiskiem. Jak nurkuję i oglądam rafę koralową jestem na chwilę gościem, ale zarazem czuję się elementem tego ekosystemu. Widzę podwodne lasy, krainy, ściany, miasta. W trakcie lotu patrzę na Ziemię, jak na osobliwość, a nie fragment mojego świata, z którego wystartowałem i w którym żyję. To jest o tyle ważne, że mam szansę oglądać zjawiska, które nigdy wcześniej nie były zauważone i pokazane. Przyglądam się więc Ziemi, jak odkrywca. Obserwuję ją cały czas świeżym okiem i w ten sposób mogę dostrzec coś nowego, co rozłożone jest pod moimi nogami.

Próbuje Pan odpowiedzieć na pytanie, czym jest naturalne środowisko człowieka. Czym jest - z perspektywy kilku tysięcy godzin, jakie spędził Pan w powietrzu na paralotni i wiatrakowcu?

No właśnie, to bardzo dobre pytanie. Jak byłem mały, myślałem, że przez okno widzę prawdziwy las, a po latach zdałem sobie sprawę, że to nie jest odwieczny las, tylko przemysłowa uprawa drewna. Są chwile, kiedy człowiek ulega zbiorowej manipulacji, hipokryzji, wypierając fragmenty przyrody kosztem jego dóbr cywilizacyjnych. Człowiek chce mieć ciastko i równocześnie je zjeść. Chce mieć w domu energię elektryczną, a równocześnie nie mieć Bełchatowa.

Trującego Bełchatowa.

To już jest pańskie wartościowanie.

Owszem. Ale przed laty realizowałem dla „Rzeczpospolitej” reportaż z Bełchatowa. W okolicznych wioskach na kałużach widziałem osady siarki.

Może więc lepiej zbudować elektrownię jądrową? A może przesiedlić parę wiosek, postawić zaporę wodną i uregulować Wisłę? A może wznieść farmę wiatrową na Bałtyku i zepsuć piękny krajobraz w Dębkach? Zawsze jest coś za coś. Zależy z jakiej perspektywy i w czyim interesie patrzymy. Nie zamierzam tego robić i w realizowanym właśnie projekcie „Efekty uboczne” nie podpisuję fotografii. Chcę opowiadać historię za pomocą rysunku. Aby mój odbiorca mógł poczuć się trochę, jak ja, kiedy lecę i oglądam świat z góry. Ten świat, jak moje fotografie, także nie jest podpisany.

Pana prace są jak współczesna sztuka abstrakcyjna: odrealnione. Pokazują wzory, symetrie, asymetrie tworzone przez naturę i człowieka. Czy to jest jeszcze fotografia czy może już… grafika, malarstwo?

Jak najbardziej jest to fotografia dokumentalna. Tak wygląda świat z lotu ptaka, z perspektywy stu kilkudziesięciu metrów.

Zaraz, zaraz. Zielona wyspa na jednym z obrazów, przypomina brokuł.

Bardzo się cieszę, że ma pan takie skojarzenie. Mnie to przypomina amebę z bogactwem form, która pływa w wodzie. To jest celowy zabieg, wytrych do emocji odbiorcy. Za pomocą formy abstrakcyjnej, oddziaływania pięknem krajobrazu, osiągam taki efekt, że najpierw widz się zachwyca, widzi malarstwo, grafikę. W drugim kroku czuje, że mu się to podoba. W trzecim zastanawia się, co przedstawia fotografia? Na co tak naprawdę patrzy? To jest skuteczna metoda. Polega na tym, że docieram do emocji za pomocą konsekwentnej, spójnej, harmonijnej fotografii, abstrakcyjnej w formie, za którą idzie treść i oddziaływanie. Staram się zmusić odbiorcę do refleksji nad tym, jaka jest natura człowieka odciśnięta w krajobrazie Ziemi, ale przede wszystkim do myślenia w ogóle. Dzisiaj świat medialny podaje informacje szybko i precyzyjnie. Widzimy fotografię, a pod nią podpis, co przedstawia.

I wszystko jasne. Nie trzeba myśleć.

Poza podpisem jest jeszcze rozwinięcie, interpretacja, co czytelnik ma o tym sądzić.

Pan zmusza go do własnej oceny.

Irytuję go, bo często zdarza się tak, że ogląda moje fotografie w albumie podpisane tylko koordynatami geograficznymi. Ludzi to drażni, bo bardzo im się zdjęcia podobają, ale nie wiedzą, co na nich jest. Ciekawie jest dopiero wtedy, kiedy dwie-trzy osoby zaczynają dyskutować, co jest na tych fotografiach – jak w przypadku pańskiego porównania wyspy do brokułu – i co z tego wynika.

Lata Pan bez pilota, na paralotni lub wiatrakowcu, na wysokości 150 metrów nad ziemią i z ręki robi zdjęcia. Ile jest w nich przypadku, ile kreacji? Jak wielki ma Pan wpływ na ostateczny efekt?

Całkowity, bo paralotnia i wiatrakowiec potrafią latać bardzo, bardzo precyzyjnie. Jestem pilotem i decyduję gdzie i jak podlecę, z jakiej wysokości, z jakiego kąta i przy jakim oświetleniu. Mogę więc wybrać optymalne miejsce do „strzału”. W fotografii dokumentalnej nie dopuszcza się żadnej manipulacji, korekty. Nie wolno nawet wyprostować perspektywy.

Bez fotoshopa?

Fotoshopa można użyć tylko do tego, aby wyostrzyć zdjęcie, wyciągnąć kolor. Dozwolone są zabiegi, jak przed laty w ciemni fotograficznej. Dzisiaj w fotoshopie można robić to samo: z mdłego obrazu, który powstał na matrycy aparatu, wywoływać fotografię. Nie wolno poprawiać perspektywy. Ja to robię w powietrzu, zmieniając kąt lub miejsce patrzenia. Powstaje wrażenie, że coś jest prostokątne, kwadratowe albo równoległe. Z pełną świadomością korzystam z tego prawa, bo od zawsze fotografia była subiektywnym spojrzeniem fotografa.

Pana zdjęcia przypominają też geoglify, rysunki z peruwiańskiego płaskowyżu Nazca. Spotkał się Pan z takimi interpretacjami?

Spotkałem się z porównaniem do sztuki naiwnej, tworzonej przez nieprofesjonalnych artystów. Człowiek ma bardzo silną potrzebę pozostawienia po sobie jakiegoś śladu. Kilkaset lat temu ludzie potrafili stać pod kościołem gotyckim i w jego murze dłubać palcem dziurę, aby została. Takie ślady widzę z powietrza na dachach remontowanych budynków, ale także na ziemi, wycięte scyzorykiem na drzewach słowa „Tu byłem”, z datą.

Na murach wszystkich cywilizacji są takie symbole wandalizmu.

Tak. Ale to też jest jakaś prawda o człowieku, który bez pozostawienia śladu ma poczucie, jakby go nie było. Ludzie, którzy mają większe możliwości i zabawki pozostawiają po sobie większe ślady, które są widoczne z perspektywy lotu ptaka. Czasami nie wiadomo, o co w nich chodzi. Jak w rysunkach z Nazca.

Powiedział Pan, że nagroda jest jak klucz, który pomaga otwierać drzwi. Jakie drzwi otworzyły Panu nagrody World Press Photo?

Z jednej strony mam potwierdzenie, że to, co robię, ma sens. Że warto dalej wysilać się i pracować w tym kierunku. Z drugiej strony nagrody dodają mi sił, poczucia pewności. Dzięki nim mogę się też z każdym umówić na spotkanie. Ale co z niego wyniknie? To już zależy od tego, z czym przychodzę. W dzisiejszych czasach ludzie bardziej bronią się przed interesantami, aniżeli są ich ciekawi. Nagroda World Press Photo potrafi otwierać drzwi, które przed innymi fotografami są zatrzaśnięte.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl