Z Bogdanem Rymanowskim o ubeku i jego ofiarach, którzy nie byli ze spiżu rozmawia Błażej Torański.
Bogdan Rymanowski, rocznik 1967 , dziennikarz telewizyjny, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W latach 80. działał w Federacji Młodzieży Walczącej. Jako dziennikarz debiutował w Radiu Kraków (1990), potem pracował w RMF FM, współpracował z TVP1, w latach 1994–1996 prowadził Puls dnia. W Telewizji Wisła prowadził „Fakty”. W następnych latach był dziennikarzem TVN, Radia Plus, TV Puls, od 2001 ponownie w TVN. Był prezenterem „Faktów” , prowadził programy publicystyczne. Przez cztery lata (do czerwca 2010 roku) był gospodarzem magazynu „Kawa na ławę”. Od lutego 2012 ma program „Jeden na jeden” (TVN 24).
Jest laureatem Nagrody im. Dariusza Fikusa (2007), Wiktora (2007), MediaTorów (2008). W 2008 roku miesięcznik „Press" przyznał mu tytuł Dziennikarza Roku. Współautor (wraz z Pawłem Siennickim) książki „Towarzystwo Lwa Rywina”. Teraz wydał kolejną: „Ubek. Wina i skrucha” (Zysk i S-ka).
Konstanty Miodowicz przyznaje w Pana książce, że dochodziło do przerejestrowania tajnych współpracowników SB na agentów UOP. Czy byli wśród nich dziennikarze?
Mam na ten temat tylko wiedzę zasłyszaną, o dwóch-trzech przypadkach, ale żadnej dokumentacji. Nie chcę nikomu rujnować życia zwykłą plotką – bo nie sprawdziłem tych informacji – więc nawet w prywatnej rozmowie nie ujawniłbym nazwisk.
Ale przez 6 lat zbierania materiałów do książki Janusz Molka, tytułowy ubek, rzucał Panu nazwiska znanych autorytetów ze świata polityki i mediów, którzy współpracowali z SB. Jak duży mają oni wpływ na media w Polsce?
Te dwa-trzy nazwiska miały spory wpływ na media. Molka je wymienił, ale nie zgodził się, abym je cytował. Miał tę wiedzę od swoich oficerów prowadzących, z którymi pił wódkę. Nawet gdyby nie wykreśliłby ich przy autoryzacji, bez rzetelnej weryfikacji w aktach IPN, nie zdecydowałbym się na publikację konkretnych nazwisk. Ten wątek jest rzeczywiście sensacyjny, ale to ledwie mały element książki. Nie jestem łowcą agentów, moim zamiarem nie było wskazywanie konkretnych osób tylko opisanie pewnego mechanizmu i zjawiska.
„Ubek” jest rezultatem dziennikarstwa śledczego? Wertował Pan dokumenty, weryfikował relacje Molki, zapisywał wspomnienia jego wrogów i przyjaciół.
To raczej reportaż historyczny, którego podstawą była konfrontacja opowieści tytułowego „Ubeka” z relacjami dawnych opozycjonistów, jego przyjaciół - ofiar. Do tego doszły akta osobowe Janusza Molki, które się zachowały. Niestety, jego teczki pracy zostały zniszczone, zachował się tylko jeden donos na profesora Paczkowskiego.
Skąd bierze się Pana przekonanie, że człowiek, który zawodowo kłamał, Panu powiedział prawdę?
Nie mam stuprocentowej pewności, że wszystko, co mi powiedział jest prawdziwe. Jego słowa różnią się od relacji ludzi, którzy pamiętają tamte wydarzenia. Ich wspólną konspirację inaczej wspomina np. obecny senator Grzegorz Bierecki, prezes SKOK-ów. Janusz Molka opowiadał mi o ich zażyłej znajomości i częstym chodzeniu na wódkę. Bierecki temu zaprzecza. Oczywiście jest pytanie: komu wierzyć ? Mamy słowo przeciwko słowu. Dlatego cytuję też opinie ich kolegów. Wynika z nich, że lepszą pamięć ma Molka. Rzecz jasna, to że byli kiedyś blisko, nie oznacza, że Bierecki miał cokolwiek wspólnego z SB. Po prostu, był jednym z tych, których Molka oszukał. Myślę, że Janusz Molka nie powiedział mi tego, czego nie chciał powiedzieć. Nie jest łatwo „zmusić” do ujawnienia informacji człowieka, który sam był fachowcem od ich wyciągania. Miałem obawy, czy nie zechce mną manipulować. Nie chciałem być czyimś pudłem rezonansowym, dlatego założyłem, że jego spowiedź zderzę z relacjami tych, których on zdradził.
Ale szukając wytrycha do usprawiedliwienia siebie ubek Molka oczernia jednego z działaczy opozycji: „Pocieszałem się, że nie jestem taki zły, skoro pracuję przeciwko dziwkarzowi, złodziejowi czy pijakowi”.
Powiem tak: z komuną nie walczyli święci, ludzie bez skazy. To, że nie zdradzili, nie zostali konfidentami, nie oznacza jeszcze, że nie popełniali błędów. Kartoteki esbeckie pełne były haków na opozycjonistów. Molka ma wiedzę o tym, kiedy za pieniądze, które powinny trafiać na pomoc dla aresztowanych, działacze opozycji kupowali sobie telewizory czy magnetowidy. W polskiej historiografii, w opisie tamtych wydarzeń, dominują ludzie ze spiżu. A to przecież nieprawda. Byli to ludzie z krwi i kości, z wadami. Ukrywali się, byli zwykle samotni, żyli pod wielkim napięciem, dlatego czasami zdradzali żony czy ujawniali swe homoseksualne potrzeby. Ale ja ich nie oceniam poprzez te słabości. Piękne jest to, że pomimo tych grzechów, szantażowani hakami przez SB, nie poddawali się i nie dali się zwerbować. Molka rzucał tutaj konkretnymi nazwiskami. I dlatego w tych fragmentach narzuciłem sobie najściślejszą cenzurę.
Czy nie jest tak, że w gruncie rzeczy napisał Pan książkę o tych, którzy się nie złamali, a nie o Januszu Molce?
Cieszę się, że pan to zauważył. Pisząc książkę, myślałem dokładnie w ten sposób. Wiele razy słyszałem zarzut: dlaczego zajmujesz się zdrajcą, złym człowiekiem, który absolutnie nie jest wzorem dla młodych pokoleń ? Odpowiadałem, że opisując ubeka pokazuję też postaci, które wbrew terrorowi nie złamały się. Prezentuję ludzi o pięknych życiorysach. W ciemnej nocy stanu wojennego niejeden z nich znalazł się w podobnej sytuacji, podobnej matni jak Molka, ale nie dali się złamać. Opisując ich losy jakby w tle głównego bohatera, w jakimś sensie składam im hołd. Gdy skończyłem książkę pomyślałem, że ten zły Molka odbija się w świetle tych dobrych i na odwrót. To jest chyba najważniejsze. Nie chciałem promować moralnego relatywizmu. Zło nazywałem złem, a dobro dobrem.
