Robi wrażenie najnowsza okładka „Newsweeka”?
U przeciętnego odbiorcy, który zobaczy taką kontrowersyjną okładkę w Internecie albo telewizyjnym przeglądzie prasy działa to tak: kupię tygodnik. Okładka zachęca do kupna, ale przekaz jest mocno dyskusyjny.
Dyskusyjny? Dziennikarstwo powinno być zawodem publicznego zaufania, a nie zgorszenia. Jarosława Kaczyńskiego nazywa się zamachowcem zapominając, że także jest ofiarą tej katastrofy. To niedopuszczalna konstrukcja. Wojciech Reszczyński mówi krótko: dziennikarskie chamstwo.
Owszem. Ponadto na okładce wyeksponowana jest teza wywodu Tomasza Lisa: „Jarosław Kaczyński z rozmysłem niszczył jedność Polaków i instytucje państwa”. Na drugiej stronie jest felieton redaktora naczelnego, napisany wartko, dobrym językiem, świetny retorycznie, jednak pewne tezy Lis formułuje tak ostro, że kto wie, czy nie staną się one przedmiotem procesu.
Lis zakłada maskę moralności za którą kryje się obłuda. Strona tytułowa „Newsweeka” wpisuje się w ciąg okładek pedofilskich, aborcyjnych i nawiązujących do Al Kaidy.
Z rozmysłem używam łagodnych określeń, jak >kontrowersyjny<, bo mnie, jako badaczowi, nie wypada zbyt wyraźnie wartościować. Te okładki są bardzo radykalne, czasami obrazoburcze.
Bluźniercze.
To chyba lekka przesada.
Przesada? Chłopiec na kolanach przed mężczyzną w sutannie, jakby dokonywał czynności seksualnej, to przesada?
Tak, ale czytelnicy nastawieni antyklerykalnie inaczej to odbierali. W artykułach naukowych, także w książce, która się niedawno ukazała, pisałem o Tomaszu Lisie, jako dziennikarzu retorycznie i warsztatowo niezwykle sprawnym. Mógłbym podtrzymać te opinie gdyby nie …
Dewaluacja jego warsztatu, prymitywizm?
… to wszystko racja. Ale najgorsze jest u niego radykalizowanie się języka, w czym podąża za politykami. Dziennikarze polityczni naśladują polityków i – tak jak oni - używają języka chamstwa. Już po kilku miesiącach od katastrofy smoleńskiej było widać, w jakim kierunku pójdzie ten spór. Wystarczyło doczekać do kampanii prezydenckiej w 2010 roku, siłą rzeczy przyśpieszonej, gdyż zginął prezydent. Już wtedy mieliśmy do czynienia z brutalizacją języka polityki i niestety zaczęło to przenikać do świata dziennikarskiego. W moim przekonaniu dziennikarze, upodobniając się w tym do polityków, popełnili poważny błąd. Bo sprawny dziennikarz, który posługuje się świetnie retoryką, erystyką – jak Tomasz Lis – nagle zaczyna przejawiać reakcje, o które nigdy byśmy go nie podejrzewali. I to niepokoi, bo widzimy brutalne wchodzenie w spór polityczny i jednoznaczne opowiadanie się po jednej stronie konfliktu.
Z Tuskiem i innymi politykami PO Tomasz Lis rozmawia niczym z koronowanymi głowami. Na klęczkach. Opozycję traktuje z buta.
Pamiętam program Jana Pospieszalskiego, który zapraszał publicystów o rozmaitych poglądach – od lewicowych po prawicowe. W pewnej chwili nie przeszkodziło mu to przerwać programu dla wydania specjalnego z Antonim Macierewiczem. Okazało się, że można było odstąpić od reguły programu i jednego gościa potraktować wyjątkowo.
To dowód na to, że grzech ten dotyczy także publicystów prawicowych. O Janie Pospieszalskim napisałeś w swojej książce „Homo rhetoricus w telewizyjnym dziennikarstwie politycznym”, że nie stroni on od przerywania swoim rozmówcom – dzieje się tak np. wtedy, gdy głoszą oni poglądy lub tezy niezgodne z jego punktem widzenia. Ale przecież Monika Olejnik robi to nagminnie, zachowuje się jak inkwizytorka, prokurator.
Czym innym jest polemika, spór, zadawanie podchwytliwych pytań czy nawet stosowanie sztuczek erystycznych, a czym innym brak kultury dyskusji. Ostatnia rozmowa Moniki Olejnik z Joachimem Brudzińskim świadczy o braku jej profesjonalizmu, a przecież wydawałoby się, że dziennikarka ta jest niesłychanie doświadczona. Zachowuje się tymczasem, jak rozkapryszona gwiazda. Z drugiej strony Tomasz Lis na oczach widzów komunikuje się bardzo ostro ze swoim zapleczem technicznym, chodziło o połączenie się ze studiem w Łodzi, gdzie był Stefan Niesiołowski.
Olejnik nie ukrywa, że pogląd ma z góry wyrobiony i za jedyny swój cel uznaje, aby gość przyznał się do błędu albo zamilkł i z bezsilności wobec jej argumentów, rozłożył ręce. Jeśli gość nie przyjmuje jej płaszczyzny rozmowy lub powtarza swój punkt widzenia Olejnik nie przyjmuje tego do wiadomości. Stroi miny, wyraża zniecierpliwienie, analizuje prof. Mirosław Karwat z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista w zakresie socjotechnik. Jej gość ma tylko dwa wyjścia: poddać się lub wdać się w bazarową przepychankę.
Zupełnie inaczej Monika Olejnik prowadzi rozmowy z politykami, którzy są jej światopoglądowo bliżsi, a zdecydowanie bardziej agresywnie z Joachimem Brudzińskim, Zbigniewem Ziobro czy Adamem Hofmanem. Choć trzeba przyznać, że – abstrahując od poglądów – ich zachowanie retoryczne też wzbudza sprzeciw wielu telewidzów. Tyle tylko, że dziennikarz nie powinien wchodzić w buty polityka, uczestniczyć w jego agresji werbalnej. Z perspektywy widza staje się to już trudne do zniesienia.
Jej dobór gości jest wybitnie stronniczy. W programach „Gość Radia Zet” Ryszarda Kuklińskiego oceniali wyłącznie funkcjonariusze służb specjalnych, których kariera sięgała czasów PRL.
Dobór gości często jest problematyczny. Czasami wynika z formuły programu. W „Kawie na ławę” Bogdana Rymanowskiego reguły są jasne. Zapraszani są przedstawiciele każdego klubu parlamentarnego z Sejmu. Monika Olejnik zwykle zaprasza jedną osobę, czasami dwie. Ten wywiad telewizyjny na żywo, dyskusja, ze względu na osobę dziennikarki musi być subiektywny. Od strony poglądów, ale i emocji. Emocje, zamiast budzić u widzów empatię, sympatię lub antypatię, zaczynają w przekazie medialnym coraz bardziej przeszkadzać. A najgorsze, gdy w ten sposób wpływa się na komunikatywność przekazu. Kiedy słyszymy kłócącego się do nieprzytomności Tomasza Lisa – czy o in vitro, czy o Smoleńsk, czy o wyrok na Mariusza Kamińskiego – nie mu już sporu, tylko pyskówka między sprawnym warsztatowo dziennikarzem, a pryncypialną i niedającą sobie w kasze dmuchać posłanką prawicy. Dla normalnego widza, który chciałby się czegoś dowiedzieć, takie programy są jednak nie do zniesienia. Mam coraz częściej pretensje do dziennikarzy, że niewiele mogę się dowiedzieć z tych programów.
