Z Grzegorzem Cydejko o dziurach w europejskim serze i sztuce kompromisu w Unii Europejskiej oraz w SDP rozmawia Kajus Augustyniak.

 

 

Grzegorz Cydejko, ur. 1963. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i na Uniwersytecie Warszawskim. Publicysta specjalizujący się w polityce gospodarczej, biznesie i finansach, od 2007 r. w miesięczniku „Forbes”.  Wcześniej pracował w „The Warsaw Voice”, „Życiu Gospodarczym”,  był sekretarzem redakcji „Życia Warszawy" i „Życia", zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Bankowej", redaktorem naczelnym „Businessman Magazine". Autor i producent serialu dokumentalnego „Delegacja”. Prezes warszawskiego oddziału SDP i przewodniczący Klubu Dziennikarzy Biznesowych. Otrzymał wyróżnienie w X Edycji Konkursu im. Władysława Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych za rozmowę z premierem Włoch, prof. Mario Monti.  

 

Czy trudno było się umówić na rozmowę z premierem Montim?

Nie było trudno, kiedy pierwszy raz umówiłem się z nim na wywiad. Ostatecznie napisałem tylko jeden wywiad z premierem Montim po bodaj pięciu spotkaniach z nim. Pracowałem nad tym prawie dziesięć lat. Po raz pierwszy rozmawiałem z panem komisarzem do spraw rynku wewnętrznego, profesorem Mario Montim, w 2002 roku, kiedy odwiedził Warszawę i przywiózł mapę drogową integracji Polski z Unią Europejską. Wówczas po półgodzinnym spotkaniu w hotelu stwierdziłem, że jestem nieprzygotowany do tego, by opublikować jakikolwiek zapis czy formę dziennikarską innego typu na podstawie tej rozmowy. A później spotykałem się i rozmawiałem z profesorem dwukrotnie. Dwukrotnie byłem na jego wykładach po to, by poszerzyć wiedzę na temat jego poglądów i opinii, aż w końcu po kolejnym spotkaniu jesienią ubiegłego roku uznałem, że jestem gotów do tego, by napisać tych piętnaście tysięcy znaków.

Abstrahując od zawartości merytorycznej wywiadu, już poświęcony mu czas predestynował Pana do tego wyróżnienia…

To tylko, anegdota, przyczynek do tego wywiadu. Bardzo często udaje się być gotowym do  napisania wywiadu po krótkim spotkaniu z rozmówcą, ale w tym przypadku różnica klasy i wiedzy była jeszcze dziesięć, pięć, trzy lata temu, tak znaczna, że nie próbowałem ubrać w formę wiedzy i opinii profesora Montiego. Jestem teraz jego wielkim wyznawcą, bardzo szanuję jego pracę. On naprawdę wierzy w wolny rynek i jest odważnym technokratą, takim technokratą, jakich potrzeba każdemu społeczeństwu. Za tę odwagę cenię go przede wszystkim. A tę nagrodę, którą otrzymałem, dedykuję wszystkim odważnym technokratom, których tak mało jest w Polsce.

Wywiad z profesorem Montim dziś zdaje się nie mniej aktualny niż rok temu, w momencie publikacji, oczywiście wyjąwszy rady związane z polską prezydencją…

Tak, to prawda. Problem Unii Europejskiej jest dość oczywisty. To jest strukturalny problem mądrych gremiów, w których grają mieniące się różnymi barwami interesy. Jeżeli dochodzi do głosu taka „niezdrowa grzeczność”, jak to ujął profesor Monti, i w grze o interesy poświęcamy pewne pryncypia, to mamy do czynienia z problemem. I z tego problemu jeszcze nie wyszliśmy w Unii Europejskiej i wciąż musimy przypominać sobie nawzajem, dlaczego zawiązaliśmy tę „unię”, która przecież unią nie jest, dlaczego myślimy w perspektywie nawet o federacji i po co nam ostatecznie idea europejska, w sytuacji, w której może czasem łatwiej byłoby żyć bez niej. Jednak wolimy ją wybrać.

Błyskotliwie, ale i bardzo mocno tę myśl podsumował w Pańskim wywiadzie profesor Monti mówiąc, iż państwa strefy euro często nie zdają sobie sprawy, że są członkami unii gospodarczej.

To jest bardzo charakterystyczne, bo od lat eksperci od spraw gospodarczych dostrzegają tę słabość Unii Walutowej i Gospodarczej. Ona po prostu nie stoi na tej gospodarczej nodze. W praktyce to oznacza brak swobód rynkowych, wolności rynkowej, wolności przepływu usług i towarów, różnego typu bariery na wewnątrzunijnych granicach. To jest problem, bo to nie pozwala wykorzystać w pełni potencjału Unii Europejskiej, wspaniałego rynku milionów zamożnych obywateli i rodzin. To jest wielka wartość, której sami nie potrafimy wykorzystać.

W inny sposób profesor Monti odniósł się do tego problemu, mówiąc, że w jednolitym rynku mamy więcej dziur niż w szwajcarskim serze. To duża umiejętność mówić o ekonomii ciekawie, stosując bon moty.

Te „dziury” są opisane. Wiemy, gdzie mamy problem, tylko tej wiedzy nie jesteśmy w stanie przekuć na ten „ser” (śmiech). Problem w tym, że utrzymywanie barier, zwłaszcza w przepływie usług, jest na rękę niektórym krajom. Teraz mamy taki bardzo ciekawy spór –pomiędzy Niemcami a Brytyjczykami, którzy chcieliby rozszerzyć wolność dla sektora finansowego na cały kontynent. Niemiecki sektor finansowy broni się przed wpływem usług finansowych z Wysp. Ten spór w ogóle jest niewidoczny. Wydaje nam się, że Brytyjczycy są za okrojeniem wspólnego budżetu, i tylko za tym. A tymczasem nie zauważamy, że pewne rozwiązania przyjęte w pakcie stabilizacji i wzrostu w Unii Europejskiej mogłyby naruszyć wolność funkcjonowania sektora finansowego na samych Wyspach, czyli w samej tylko Wielkiej Brytanii, już nie mówiąc o tym, że nie wprowadziłyby większej wolności w operowaniu na terenie całej Unii. To są spory o charakterze czysto gospodarczym, tkwiące u podłoża czegoś, co obserwujemy jako kłótnie polityczne. Dlatego wiedząc, że mamy te „dziury w serze”, nie jesteśmy w stanie niektórych z nich zalepić.

Jako dziennikarz ekonomiczny woli Pan zajmować się procesami makroekonomicznymi niż – co przecież robią inni – zajmować się aferami typu Amber Gold?

Tu nie ma kwestii: wolę czy nie. Gdybym pracował – jak kilka razy w życiu - w dzienniku, to z pewnością zajmowałbym się takimi tematami jak Amber Gold. A ponieważ publikuję głównie w miesięczniku i komentuję w mediach elektronicznych, to rzadko nawiązuję do tego typu wydarzeń. To nie znaczy, że ich nie obserwuję, że nie mam swojego poglądu, że nie zachęcam kolegów do zajmowania się tym i nie pomagam im w skutecznym reportingu.

Jako prezes warszawskiego oddziału SDP zgłaszał Pan propozycję, aby szefa Stowarzyszenia powoływano w drodze wyborów powszechnych. Dlaczego na zjeździe statutowym nie podtrzymał Pan tej propozycji?

To nie jest dobrze postawione pytanie. Ja przedstawiłem zjazdowi propozycję likwidacji szczebla elektorskiego w wyłanianiu władzy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jestem wielkim zwolennikiem wyborów powszechnych zwykłą większością głosów. Uważam, że współczesna organizacja, jeżeli ma być czymś więcej niż urząd, która łączy entuzjazmy swoich członków, powinna im dawać możliwość bezpośredniego działania. Rozumiem, że część kolegów, zwłaszcza przywiązanych do działalności organizacyjnej, jaką znają z połowy XX wieku, nie była gotowa do jej przyjęcia. Oczywiście lepiej, że zdecydowaliśmy wspólnie, kompromisowo o nowym mechanizmie wyborczym.

Był jednak taki moment, w którym groziło wręcz zerwanie zjazdu, gdy wyszedł Pan z Sali z grupą kolegów. Potem Pan wrócił. Co się stało?

Właśnie wtedy zaczęliśmy dyskutować, jakie rozwiązania będą lepsze dla Stowarzyszenia i jakie mogą być zaakceptowane przez większość obecnych delegatów. Doszliśmy do kompromisowych rozwiązań, co wcześnie nie było możliwe. Wyszedłem dlatego, że w ogóle nie poddawano pod głosowanie propozycji, które zgłaszałem. Okazało się jednak,  że bardzo szybko dogadaliśmy się z kolegami, zwłaszcza ze Zbigniewem Rytlem, jak i Krzysztofem Skowrońskim. Można to było oczywiście zrobić wcześniej, ale widać potrzebne było takie przesilenie w trakcie zjazdu, aby kompromis był możliwy do osiągnięcia.

A czego on dotyczył?

Głównie systemu wyborczego oraz systemu władz w SDP. To było dosyć bolesne dla niezależnego oddziału, bo podobnie jak oddziały w Poznaniu, Krakowie, czy we Wrocławiu, oddział warszawski ma samodzielność prawną, ale musieliśmy przyjąć jakiś system ujednolicający mechanizm wyborczy. I uznaliśmy, że moje idee, by ułatwić aktywność w Stowarzyszeniu, nie są do przyjęcia dla kolegów, a ich idee, by wybierać wobec bardzo szerokiego kworum i większości kwalifikowanej, nie są do przyjęcia dla mnie. Znaleźliśmy więc wspólne, kompromisowe rozwiązanie. Na inne tematy spieraliśmy się nadal. Najważniejszą kwestią sporną było dopisanie do statutu mechanizmu, który uniemożliwiałby działalność partyjną i usługi propagandowe na rzecz partii politycznych członkom władz Stowarzyszenia. Tu niestety nie doszliśmy do porozumienia i część kolegów utrąciła próby wpisania takiego passusu do statutu SDP.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl