Premierowy pokaz „Ochotników” wzbudził zainteresowanie wielu festiwalowych widzów. Słyszałem kuluarowe opinie, że powinien być nagrodzony, podzielałem te opinie; jednak nagrody nie dostał… Nie zmartwiło Cię to?
Nie stratował w konkursie, lecz w sekcji informacyjnej. Czekam spokojnie na nagrody przyjdzie czas w następnych latach, gdy zrobię kolejne reportaże, albo dokumenty.
Wykazałeś się niemałą reporterską śmiałością, odkryłeś na wschodzie Ukrainy oddział żołnierzy-wolontariuszy. Melchior Wańkowicz by Cię nominował do wyróżnienia, bo znalazłeś się w tym miejscu, gdzie przed Tobą nikt z zagranicznych dziennikarzy wcześniej nie dotarł. Grupa bojowników, przybyłych z różnych stron tego kraju oraz z innych byłych republik sowieckich, walczy – jak mówi dwudziestolatek, lwowiak– właśnie z sowieckością, którą separatyści chcą tu przywrócić, a są wspierani przez „zielone ludziki” Putina…
Separatyści są dla nich symbolem odradzania się Związku Radzieckiego na terenie Dombasu. Walczą z sercem – to ich słowa - po stronie wolnej Ukrainy, choć paradoksalnie nie mają do tego prawa, ponieważ nie są żołnierzami podległymi ministerstwu spraw wewnętrznych czy spraw wojskowych. Może niedługo otrzymają status żołnierzy, ale na razie muszą się godzić z tym, że niektórzy zarzucają im nielegalną działalność bojową, a władze w Moskwie nazywają ich faszystami…
Zauważyłem, że oprócz flag – ukraińskiej i wolnej Białorusi, gdzieś z boku, na mniejszym wietrze powiewa flaga czerwono-czarna; to kolory ukraińskich nacjonalistów, którzy nie są bohaterami bliskimi sercom Polaków…
Gdy ci nieliczni w tym oddziale, bojownicy tzw. Prawego Sektora, dowiedzieli się, że przyjechałem z Biełsatu, z Polski, zapewniali o przyjaźni i wspólnocie walki z niebezpieczeństwem rozlania się radzieckości poza granice Federacji Rosji. Szybko zorientowałem się, że dalecy są od jakichkolwiek radykalizmów i wrogości wobec kogokolwiek. Sam miałem co do tego pewne wątpliwości w pierwszych dniach miesięcznego tam pobytu, ale one mnie dość szybko opuściły. Nie odczuwał ich również kolega z Polskiego Radia, z którym tam się spotkałem i współpracowaliśmy w tej grupie. Tych kilku młodych i nieco starszych żołnierzy, bohaterów „Ochotników” zapewniało, że walczą nie tylko o wolność państwa ukraińskiego, ale w większym stopniu o własną wolność. Poczucie osobistej, indywidualnej wolności – przekonywali – w znacznym stopniu zapobiega niskim instynktom nacjonalistycznym, które często naturalnie drzemią prawie w każdym z nas. Nie należy jednak mylić nacjonalizmu z patriotyzmem…
Jesteś białoruskim patriotą?
A jak myślisz? Jestem w Polsce kilkanaście lat, spędziłem tu już więcej niż trzecią część życia, tu się urodził mój syn. Życzę bratniej Polsce jak najlepiej, ale nie przestaję marzyć o wolnej Białorusi.
Kiedy zacząłeś marzyć?
Nawet chyba jeszcze przed urodzeniem… A teraz zapytaj – od kiedy zacząłem być karany za te marzenia?
No – od kiedy?
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych założyliśmy opozycyjny, młodzieżowy ruch oporu przed kolejnymi wyborami prezydenckimi „Żubr”. Zostałem jego koordynatorem prasowym w obwodzie mińskim. Byliśmy najbardziej aktywną i radykalną organizacją wolnościową. Z wielu różnych akcji wyróżniłbym tę, która miała na celu wyśmiewanie prezydenta Aleksandra Łukaszenkę, kandydującego na kolejną kadencję. Lekarz postawił głównemu fałszerzowi wyborów niezbyt dobrą diagnozę co do jego zdrowia psychicznego. Gdy się o tym dowiedzieliśmy, to zrodził się pomysł, by w Internecie wyśmiewać się z ostatniego dyktatora w Europie. Założyliśmy jego maski na twarze i pokazywaliśmy jak „jeździ” na nartach po asfaltowych ulicach Mińska, albo jak gra na betonie w hokeja, albo uprawia skoki narciarskie.
Odnieśliście zamierzony skutek?
Setki ludzi na ulicach wykonywały gesty szusowania lub skakania na nartach, a inni się naśmiewali. Ludzi opuszczał strach, a wszyscy wiemy, że w wielu sytuacjach śmiech może być skuteczniejszą bronią w walce z tyranią, niż cokolwiek innego.
Jednak ta Twoja wolnościowa akcja rozśmieszania przestraszonych rodaków nie trwała długo.
Dwa razy zostałem zatrzymany przez milicję podczas demonstracji - raz siedziałem 10 dni w areszcie, szybko potem - piętnaście dni. Pobity zostałem przez neonazistów, których spuszczono jak psy na nas przez KGB. Dla mnie pobicie do krwi jest szczególnie groźne, co stwierdzili lekarze, ze względu na słabą jej krzepliwość. Po drugim opuszczeniu aresztu usłyszałem, że zostanę powołany do białoruskiej armii, więc uciekłem do Polski na początku 2002 roku. Dość szybko założyliśmy w Warszawie Związek na rzecz demokracji w Białorusi, którego zostałem przewodniczącym i tak się zaczęło.
Dla waszej działalności powstanie Biełsatu jako segmentu Telewizji Polskiej było wielką szansą…
Wykorzystujemy ją z wielka pasją. W Warszawie nauczyłem się montażu na komputerze i robiłem amatorskie spoty. Tu się rozwinąłem i to był mój początek zainteresowania mediami. Przed moim stałym pobytem w Polsce byłem tu parokrotnie na wycieczkach, ale dopiero, gdy stałem się uchodźcą politycznym, doznałem oszołomienia bogactwem waszych mediów we wszystkich wydaniach. W Białorusi wówczas Internet dopiero się rodził, a dyktatura Łukaszenki już mu zaczęła stawiać przeszkody, już zaczęto zakładać blokady na różne strony. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wychodziły opozycyjne gazety: Swoboda, Nasza Niva, Narodnaja Wola i potem dość szybko zaczęły znikać z kiosków. W oficjalnych mediach Łukaszenka jest wysławiany jako ojciec narodu, choć trzeba przyznać, że nie z taką siłą, jak kiedyś Stalin. Jednak wiele znanych osób, związanych z mediami zniknęło, jak chociażby dziennikarz Dmitrij Zawadzki, były kamerzysta dyktatora. Władza mówi, że ci, co zniknęli, wyjechali za granicę, że tam ktoś ich gdzieś widział, ale nie dał żadnych dowodów. Nawet sam dyktator daje czasami głos w tej sprawie, ale wszyscy wiedzą, że on rżnie głupa, bo ci opozycjoniści, w tym także byli ministrowie, zostali zmordowani.
Czy władza też kontroluje media internetowe?
Na przykład podczas ostatnich wyborów prezydenckich, w 2010 roku Internet był wyłączany dla sił opozycyjnych. W ogóle dostępność do Internetu jest mocna utrudniona. To prawda, że funkcjonują kawiarenki internetowe, ale by tam wejść, trzeba okazać paszport; jest się odnotowanym i śledzonym – co się ogląda i czyta. Na wybrane strony reżim nakłada stałe blokady.
Słyszymy głosy, że ostatni dyktator w Europie cieszy się jednak dość znacznym poparcie społecznym w swoim kraju i dlatego może spokojnie liczyć na kolejny „wybór” na prezydenta, więc może spokojnie fałszować kolejne wybory.
On rzeczywiście ma około 40% poparcia. Poza tym spory procent Białorusinów waha się i żyje w strachu. Jednak w 2010 roku demonstracja antyrządowa w Mińsku zgromadziła ponad 50 tys. osób, co w naszych warunkach jest potężną siłą. Milicja i wojsko brutalnie ją rozpędziły; ponad tysiąc osób aresztowano i słyszeliśmy o krwawych represjach. To prawda – jest kryzys ekonomiczny, ludzie słabiej myślą o wolności, a silniej o tym, jak przeżyć. Moi rodacy po doświadczeniach wojen światowych oraz represji stalinowskich na ogół są przyzwyczajeni do trudnych warunków, dlatego zawsze potrafią jakoś zapewnić sobie jedzenie. Co zarobią, to zarobią, a resztę ukradną. Jeżeli państwo nie daje szans przeżycia za pracę w państwowych zakładach, to –ludzie uważają – nie jest grzechem ukraść coś z państwowych firm. Wprawiamy sami siebie w zdziwienie, że w czasach kryzysu pełno obywateli siedzi w kawiarniach, a na ulicach jeździ dużo markowych samochodów. To jest białoruska zagadka, która kiedyś będzie „odgadką”; taką mam nadzieję.
Mentalność Twoich rodaków podobna jest do rosyjskiej?
Trochę tak, trochę nie. Rosjanom bardziej zależy na dumie wielkiego mocarstwa niż na dostatku materialnym. Popierają Putina, bo on przywrócił im tę dumę potężnego mocarstwa. Natomiast naszemu dyktatorowi nie udało się stworzyć ideologii kultu własnej osoby. Jest zresztą dość zasadnicza różnica między rosyjską i białoruską mentalnością – Wielkorusy zawsze chcieli mieć, mieli i znowu mają cara, my zaś, jako dawna część Wielkiego Księstwa Litewskiego, a potem Rzeczypospolitej Obojga Narodów mieliśmy przez wieki tradycję i doświadczenia demokracji. Te doświadczenia są teraz gdzieś głęboko zagrzebane w zbiorowej mentalności, ale my, opozycjoniści staramy się je odgrzebywać. Nawet w rządach Łukaszenki czuje się jego ambicje siedzenia na dwóch krzesłach – dyktatora i niby demokraty. Jako Białorusini jesteśmy bardziej przygotowani na rządy demokratyczne niż Rosjanie. Jesteśmy bliżsi europejskiej demokracji niż azjatyckiej Ordy. To prawda, znaczna część Białorusinów popiera obecną niby stabilizację, ale my, opozycjoniści pod flagą biało-czerwono-białą, uważamy, że jest to stabilizacja jak na cmentarzu.
A jak odbierasz nasze, demokratyczne spory i głębokie podziały społeczne?
Odczuwam przede wszystkim widoczny na każdym kroku rozwój Polski. Gdy przyjechałem do Warszawy, ona wydała mi się bardziej szara i smutna; nie bardzo ją lubiłem. Teraz, po trzynastu latach jest odmieniona; staje się kolorowa i europejska. A media wszystkich typów niby się kłócą między sobą, ale widzę, że w sporach coś nowego się rodzi, pozytywny wpływ mediów na politykę i polityków jest oczywisty. Czujemy także pełną swobodę działalności Biełsatu. Powtarzam - funkcjonujemy jako segment polskiej telewizji publicznej. Częściowo za polskie pieniądze nikt nami nie steruje ani ideologicznie, ani artystycznie. Za to rząd Białorusi polecił swemu sądowi najwyższemu wydać absurdalne orzeczenie zakazujące nam używania logo Biełsatu. My przecież nie jesteśmy podmiotem prawa białoruskiego. Oni nie mogą nam odbierać tego, czego nam nie dali. Tymczasem z powodu mojej tu działalności mój brat, mieszkający w Mińsku, doznaje szykan - został wezwany „na dywanik” do złożenia jakichś wyjaśnień i tłumaczeń.
Na polskim forum internetowym odezwał się głos jakiegoś internauty przeciwnego budowaniu przez waszą rozgłośnię społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi w sytuacji – tak się wyraził: „…gdy my w Polsce nie zbudowaliśmy takiego społeczeństwa…”
No właśnie, jeszcze nie zbudowaliście, ale budujecie z wyraźnymi sukcesami, a ten głos wolnego internaty o tym świadczy. Różnica między Polską i Białorusią jest taka, że w naszym Internecie taki głos byłby zablokowany przez administratora, a jego autora służby specjalne wezwałyby na tłumaczenie się i do złożenia samokrytyki.
Wróćmy do filmu „Ochotnicy” i do toruńskiego Festiwalu Sztuki Faktu – kilka jego spotkań dyskusyjnych, poświęconych było sztuce reportażu i dokumentu – głównie telewizyjnego, ale nie tylko; również prasowego i radiowego. Swój film kwalifikujesz jako reportaż, czy dokument?
Na pewno jako dokument. Z jego bohaterami pracowałem przez miesiąc. Reportaż nakręciłbym w ciągu kilku dni i szybko wszedłby na ekran. W moim filmie wiele się dzieje, jest akcja rozciągnięta w czasie, żołnierze mają wiele okazji do wrażenia swobodnych poglądów na różne, przez siebie wybrane kwestie m.in. niczym nieskrępowanej własnej filozofii życiowej.
Długo musiałeś „oswajać” żołnierzy - ochotników z różnych krajów?
Nie musiałem przełamywać ich oporów przed wystąpieniem przed kamerą. Szybko wyczułem, że im także bardzo zależy na zaprezentowaniu siebie przed światem; że w ogóle istnieją.
Antoś, pamiętasz dość burzliwą w sali festiwalowej dyskusję na gorący temat manipulacji opinią publiczną przez media – czy w swoim dokumencie czułeś ciągoty do manipulacji bohaterami-ochotnikami?
A ty wyczułeś w tych obrazach jakieś moje ciągoty?
Nie lubię, jak mnie ktoś odpowiada pytaniem na pytanie – to po pierwsze, a po drugie - nie odczułem.
W jednej sprawie poszedłem im na ustępstwo – spełniłem prośbę niektórych z nich i pozwoliłem im przebrać się w czystsze i lepsze ubranie oraz fotografowałem ich na wybranym przez nich „ładniejszym” tle, gdy wypowiadali do kamery jakąś dłuższą kwestię. Chcieli niby lepiej zaprezentować się przed matkami, żonami i dziewczynami, które zostawili gdzieś tam, daleko od Donbasu.
A jak widzowie Biełsatu odebrali „Ochotników”?
Jeszcze mam mało opinii. Ale na pewno film nie będzie źle oceniony, bo wszystko, co dotyczy wolnej Ukrainy ogląda się na Białorusi z dużym zainteresowaniem. My wiemy, że sukces walki o wolność i niezależność bratniej, sąsiedniej Ukrainy jest warunkiem i fundamentem wolności oraz niezależności Białorusi.
