Z dr hab. Lucyną Szot o tym, jak goście wychodzą ze studia w czasie programów telewizyjnych i radiowych albo są z nich wyrzucani przez prowadzących, rozmawia Błażej Torański.

Podczas programów telewizyjnych i radiowych prowadzonych „na żywo” wielokrotnie dochodzi do spięć między dziennikarzami i ich gośćmi. Bywa, że kłócą się tylko sami goście i nagle ktoś z hukiem… wychodzi ze studia. Kto na tym najwięcej traci: goście, dziennikarze czy widzowie?

Tracą wszyscy. Począwszy od widzów, którzy obserwują żenujące widowiska. Show medialny wpisany jest w tabloidyzację, komercjalizację mediów. Nie są to informacje pogłębione ani materiały czy gatunki dziennikarskie, które kształciłyby, edukowały. Nie wspominając o misji mediów publicznych. Traci dziennikarz, autor programu. Tracą goście, jeśli mieli cel związany z wykreowaniem własnego wizerunku albo przekazaniem istotnych treści. Wszystko zależy, kogo to dotyczy, jakiej audycji, jaki jest cel i format.

Przejdźmy więc do konkretów. Dziennikarka Radia Koszalin zaprosiła Wojciecha Waglewskiego, gitarzystę, autora tekstów i kompozytora grupy Voo Voo. Zapytała, jak się czuje po odejściu z zespołu, choć on z niego nigdy nie odszedł… Po jej pytaniu, kto pisze im muzykę i teksty Waglewski stwierdził: „Wie pani co? Już skończmy ten wywiad. Przepraszam, bo pani jest kompletnie nieprzygotowana. Wiadomo, że po pierwsze ten zespół istnieje i że ja piszę w nim teksty i muzykę”. I wyszedł ze studia.

W pełni utożsamiam się z artystą. Nieprofesjonalna dziennikarka, nie była przygotowana do wywiadu. Nie było o czym rozmawiać.

Często dostrzega Pani brak przygotowania dziennikarzy?

W wielu programach. Możemy zarysować linię spadku profesjonalizmu dziennikarzy. Brakuje im wiedzy, znajomości faktów, merytorycznego przygotowania. Najczęściej zadają powierzchowne pytania, wtrącają hasła wyrwane z kontekstu. Bardzo często uważają, że sama obecność gwiazdy, autorytetu czy eksperta załatwia temat. Nie przygotowują się więc do rozmów. Traktują je, jak „samograje”.

Albo są obcesowi wobec gości, traktują ich z buta. Jak Monika Olejnik. O niej i Tomaszu Lisie - dziennikarskich celebrytach - powiedziała Pani na łamach miesięcznika „Odra”, że „przestają pracować w informacji i publicystyce, a zaczynają funkcjonować w rozrywce i propagandzie”. Ostatnio Monika Olejnik dwukrotnie przed czasem zakończyła program. Najpierw ze Zbigniewem Ziobro, potem z Joachimem Brudzińskim. Ten ostatni nazwał Jerzego Urbana jej „serdecznym przyjacielem”. Urażona Olejnik wyjęła słuchawkę z ucha: „Kończymy na dziś”. Nie powinna wytrwać do końca?

Emocjonalność Joachima Brudzińskiego z pewnością była konfrontacyjna. Ale po stronie Moniki Olejnik też powinno być opanowanie emocji, a nie antagonizowanie. Skompromitowała się, bo nie była w stanie zapanować nad emocjami. Można by długo dyskutować o światopoglądach dziennikarzy. Z badań medioznawców wynika, że poglądy Moniki Olejnik także widoczne są na wizji. Jest tendencyjna.

Czy tendencyjność jest u dziennikarzy powszechna?

Nie można generalizować, ferować ocen ale system medialny w Polsce i kultura zawodowa wywodzą się z dziennikarstwa zaangażowanego, publicystycznego. Dziennikarze angażują się politycznie. Czasami zachowują pozory obiektywizmu. Ale o ich prawdziwą bezstronność jest bardzo trudno. Niektórzy dziennikarze uznawani są za autorytety, ale z powodu poprawności politycznej są tendencyjni.

Kto kogo wykorzystuje: politycy dziennikarzy czy odwrotnie. Ostatnio głośne wyjście ze studia miał Marcin Mastalerek, rzecznik PiS. Powiedział, że telewizja jest stronnicza i jawnie wspiera kandydaturę Bronisława Komorowskiego na prezydenta. „Nazwijcie TVP Info Komorowski Info” wykrzyczał i opuścił program Piotra Kraśki. Czy to było skuteczne? Korzystne wizerunkowo?

Telewizja publiczna daje wiele dowodów na tendencyjność. Wynika to ze składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Podobnie jest z Radami Nadzorczymi rozgłośni publicznych i wyłanianymi przez nie zarządami. Krąg decydentów determinuje i przesądza o linii programowej. Marcin Mastalerek ma więc rację, ale powinien też mieć świadomość, z jakim medium ma do czynienia. Z drugiej strony instrumentalne wykorzystanie przez niego audycji uważam za skandaliczne.

Ani to eleganckie, ani honorowe?

To był pretekst, aby zyskać rozgłos, zwrócić uwagę na to, że media nie są obiektywne, co jest uzasadnione. Ale samo zachowanie było w mojej ocenie niedopuszczalne.

Czasami jednak wyjście ze studia jest najlepszym sposobem zwrócenia uwagi na problem.

Tak. Tylko w takich kategoriach mogłabym to rozważać, gdybym miała poszukiwać racjonalnych przesłanek tego zachowania. Zakładam, że nie była to samowolna decyzja rzecznika prasowego, lecz wyreżyserowana.

Przerywanie programów nie jest przypisane wyłącznie politykom. W atmosferze skandalu „Popołudnie Radia TOK FM” opuścili reżyserka teatralna Monika Strzępka i dramaturg Paweł Demirski, laureaci Paszportu „Polityki”. Najpierw słusznie dowodzili, że teatr artystyczny jest drogi i z komercyjnego punktu widzenia nigdy nie będzie konkurencyjny wobec fars. Farsy są potrzebne, ale sztuka ambitna też. Prowadzący program TOK FM Grzegorz Chlasta zapytał ich, czy protest środowiska teatralnego dotyczy również innych grup społecznych, jak chociażby kucharek. Wtedy Strzępka rzuciła do Demirskiego: „Spierdalamy stąd. Tak się wkurwiłam”. Wychodząc krzyknęli: „Kto was wyhodował?”. Nie są wszyscy produktem tej samej kultury?

Takie słownictwo i zachowanie są absolutnie niedopuszczalne. Nie może dochodzić do takich sytuacji w radiu informacyjnym, jakim jest TOK FM. Stacja ta pretenduje do rozgłośni o najwyższych lotach w informacji i publicystyce, czyli gatunkach najbardziej szanowanych w środowisku dziennikarskim.

Ze „Stacji kultury”, emitowanego na żywo programu radiowej Czwórki, wyszła Katarzyna Figura. Wściekła się, bo nie wiedziała, że można ją równocześnie oglądać w Internecie. Na wizji pojawiła się plansza z logo Czwórki, ale aktorka dała się udobruchać i wróciła.

Miała rację, bo złamano zasady etyki zawodowej. Pewnym wzorcem jest system reguł w telewizji publicznej. Według jednej z nich gość programu z góry powinien być poinformowany co do założeń, celu programu, w jaki sposób nagranie zostanie wykorzystane. Ta zasada powinna obowiązywać w dziennikarstwie powszechnie. Dobrze, że Katarzyna Figura wróciła do studia. Dała szansę sobie i dziennikarzowi. To jest sposób na szukanie kompromisów. Nie akceptuję emocjonalnych, nagłych wyjść ze studia, bo to niczego dobrego nie uczy odbiorców, a przecież dla wszystkich mediów edukowanie widzów powinno być najważniejsze.

Tymczasem zapominają o telewidzach i radiosłuchaczach.

Rzeczywiście jest tak, jakby wszyscy zapominali, czemu służą media. Nie pamiętają o fundamentalnej zasadzie: służbie społeczeństwu.

Wychodzenie ze studia, przerywanie programów, to nie są zachowania nowe. Siedem lat temu w „Dzień dobry TVN” Manuela Gretkowska miała opowiedzieć o problemach kobiet w życiu prywatnym i zawodowym. Ale wyszła w proteście przed udziałem w programie Janusza Korwin-Mikkego. Skomentowała: „nie powinni zapraszać faszysty”.

Pani Gretkowska poszła za daleko, bo żaden gość nie może ingerować w linię programową redakcji. Rozumiem zabiegi wydawców, że celowo zapraszają do programów osoby kontrowersyjne biegunowo, światopoglądowo, pod każdym względem. Dzięki temu prowadzący nie ma za wiele do powiedzenia. Wystarczy, że zestawi skonfliktowanych we wzajemnych relacjach gości, zainicjuje temat i odda głos. Skoro Manuela Gretkowska dostała swój czas antenowy nie powinna być zainteresowana tym, kto jest kolejnym gościem. Nie ma wpływu na to, z kim zostanie zestawiona. W prawie prasowym jest prawo do autoryzacji. Dotyczy ono dosłownie cytowanej wypowiedzi. Ten, kto skorzysta z tego prawa nie ma wpływu na to, w jakim układzie, w jakim kontekście zostanie wykorzystany materiał. W ten sposób zagwarantowana jest także wolność słowa i wolność mediów. O to w demokracji parlamentarnej chodzi.

A pamięta Pani, jak prof. Jadwiga Staniszkis wyszła z programu TVN 24 „Fakty po faktach”, gdzie pokłóciła się z prof. Ireneuszem Krzemińskim o Jarosława Kaczyńskiego?

Widziałam ten program i nie ulega wątpliwości, że pani profesor Staniszkis jest osobą emocjonalną, bardzo charakterystyczną i dba o swój wizerunek. Zresztą ciekawa jest różnica między profesorami, którzy udzielają się w mediach i tymi, którzy tego świata unikają, a nie są mniej wartościowi. Pierwsi świetnie się w mediach sprawdzają i są dyspozycyjni, gotowi się wypowiadać na każdy temat.

Jak psycholog społeczny prof. Janusz Czapiński.

Ale i wielu innych. Z drugiej strony znam profesorów mających wiele do powiedzenia, a nie występujących w mediach, nie uchodzących za autorytety medialne, za ekspertów.

Kiedy w telewizjach i radiostacjach skończy się ta walka kogutów, a dziennikarstwo znowu stanie się profesjonalne?

Jestem niepoprawną optymistką. Prowadząc badania empiryczne zadawałam sobie pytanie: czy chodzi o odtworzenie czy też zachowanie wartości w mediach. Edukacja jest kluczem do większych oczekiwań odbiorcy i wyższego zawodowstwa wśród dziennikarzy. Na skutek nowoczesnych technologii profesjonalizm wzrasta. Ale jednak umysły analityczne i wiedza nadal nie są w cenie. Liczę na to, że warsztatowe przygotowanie pogłębione o wiedzę będzie jednak w cenie. Że programy telewizyjne i radiowe będą oceniane nie tylko przez pryzmat masowych, odbierających powierzchownie odbiorców, ale i takich, którzy za wartościowe treści będą chcieli zapłacić.

 

PS. Przykłady zachowań gości programów radiowych i telewizyjnych zaczerpnąłem z portalu na:temat.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl