Z Mariuszem Urbankiem o warsztacie pracy pisarza rozmawia Błażej Torański.

 

Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia z lektury „Koziołka Matołka”?

Nie pamiętam, byłem w przedszkolu, ale na pewno bardzo mi się podobało. To był pierwszy komiks, z którym miałem do czynienia, później dołączyła seria „Tytus, Romek i Atomek”. Oczywiście „Koziołka” i „Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki”, też Makuszyńskiego i Walentynowicza, najpierw czytali mi rodzice. Ale z komiksami Papcia Chmiela zapoznawałem się już sam.

Większość dzieci poznaje „Koziołka” z kreskówek.

„Koziołek” filmowy to rok 1970. Wcześniej były tylko książeczki i slajdy wyświetlane rzutnikiem na prześcieradle.

A „Szatana z siódmej klasy” pamiętasz?

To pamiętam świetnie, najbardziej Polę Raksę.

Wszyscy z naszego pokolenia byli w niej zakochani po roli Marusi w „Czterech pancernych”.

Dla mniej jest nawet bardziej „Kozą”, czyli panną Wandą z tego filmu niż Marusią. Bo aktor grający Adasia Cisowskiego był zbyt plakatowy.

Zwykle bohaterowie Twoich książek, a teraz jest nim Kornel Makuszyński,  byli wcześniej wielokrotnie opisywani. Jak znajdujesz obszary jeszcze nieznane?

Gdy zaczynałem pisać o Tyrmandzie, Waldorffie, Kisielu, rodzinie Kisielewskich, Brzechwie, książek o nich nie było. Broniewski miał biografię peerelowską, potwornie zakłamaną, Tuwim filologiczną. Pisząc książkę o Bolesławie Wieniawie-Długoszowskim ścigałem się z prof. Jackiem Majchrowskim, obecnym prezydentem Krakowa. Jego naukowa biografia Wieniawy wyszła niemal w tym samym czasie, co moja książka. Biografii Makuszyńskiego też nie ma. Po prostu nie lubię chodzić wydeptanymi ścieżkami. A bohaterów wybieram, chcąc zaspokoić swoją własną ciekawość ludzi, o których piszę.

Był „Testament Kisiela”, rozmowy Piotra Gabryela. Anna Czerwińska-Rydel wydała „Słońcem na papierze. Wesoła opowieść o Kornelu Makuszyńskim”. Były setki artykułów, wspomnień. Twoi bohaterowie byli wielokrotnie opisywani, a jednak potrafisz dogrzebać się do faktów nieznanych.

Wymienione przez ciebie książki to nie są biografie. ”Testament Kisiela” to trochę wspomnień i cytatów z okresu współpracy Kisielewskiego z „Wprost”, kiedy ukazywały się tam co tydzień krótkie rozmowy z nim. Książka Anny Czerwińskiej to zbeletryzowana powiastka dla dzieci na motywach biografii Makuszyńskiego, ciepła i miła, ale trudno powiedzieć, że to biografia. A wspomnienia to dla mnie źródło opowieści o moich bohaterach.

Jak udaje Ci się opowiedzieć ich życie jakby od nowa?

To właśnie bierze się z mojej prywatnej ciekawości. Z tego, że nie mogłem o nich przeczytać nic, czemu mógłbym w pełni zaufać. Kiedy zająłem się Broniewskim, z coraz większym przerażeniem przekonywałem się, jak bardzo zakłamana została biografia poety, o której uczono mnie w szkole. Należę, jak i ty do pokolenia, które recytowało na szkolnych akademiach – w rocznice Rewolucji Październikowej czy wybuchu II wojny światowej – wiersze Broniewskiego. Traktowano go jak funkcjonariusza frontu ideologicznego, dostarczyciela okolicznościowych „wierszyków”. Tymczasem w PRL amputowano mu połowę życiorysu. Jeśli jeszcze uchowały się w nim Legiony i Piłsudski, to nie było wojny bolszewickiej, 17 miesięcy spędzonych w więzieniach NKWD, wyjścia z ZSRR z armia Andersa, wierszy antystalinowskich, było za to „Słowo o Stalinie”. Połowa życia wrzucona w czarną dziurę. Chciałem dowiedzieć się, dlaczego? I to był podstawowy powód, dla którego zająłem się Broniewskim. Uważałem, że mu się to należy, a poza tym, tak wielokrotnie połamany życiorys, jak jego, to wyzwanie dla biografia. A potem pomyślałem, że skoro jest to tak interesujące i ważne dla mnie, zainteresuje też innych. I te same motywacje towarzyszą mi przy każdej książce. W biografiach Tuwima czy Brzechwy, oczywiście oprócz zachwytu nad ich twórczością, szukałem odpowiedzi na pytanie, po co było im zaangażowanie polityczne w komunizm. W PRL-u albo się o tym nie mówiło, bo po 1956 roku stało się to wstydliwe, albo traktowano ich jako tzw. pożytecznych idiotów.

Po drugiej wojnie światowej Kornel Makuszyński został wymazany z historii polskiej literatury. Czy to Cię najbardziej zafrapowało?

Punktem wyjścia dla tej biografii jest dla mnie pytanie, dlaczego zamilczano go na śmierć. Przecież nie miał żadnych ambicji politycznych. Owszem, w II RP był lekko endecki, podszyty nadwrażliwością antysemicką, jak niemal cała ówczesna inteligencja, nawet Maria Dąbrowska, ale w PRL w nic się nie angażował. Chciał być tylko lubiany przez ludzi, pisać jak dawniej o „szatanach”, szalonych pannach Ewach, awanturach o Basię. Okazało się, że PRL nie dał mu nawet tego marginesu wolności.

Od 1949 roku w literaturze polskiej obowiązywał już socrealizm, sowiecki sznyt.

Wzorzec Pawki Morozowa i małego Soso, jak pieszczotliwie pisano o Józefie Stalinie. A przecież Makuszyńskiemu nie przyszło do głowy, aby cokolwiek przeciwko nowemu ustrojowi pisać czy mówić. Ale został skazany na niebyt. W 1945 roku miał jeszcze jakieś wznowienia, w prywatnym wydawnictwie Gebethnera, ale później, aż do śmierci w 1953 roku, nie wydano żadnej jego książki. Ani „Koziołka”, ani „Awantury o Basię”, ani „Szatana”. Nie wspominając o „Uśmiechu Lwowa”, który mógł być potraktowany jako prowokacja. Jego książki zaczęto wznawiać na fali odwilży w 1955 roku, „Koziołek” wyszedł dopiero w grudniu 1956 roku.

Dlaczego został zamilczany?

W podobny sposób uderzono w twórczość dla dzieci Tuwima i Brzechwy. Uznano ją za burżuazyjną, adresowaną do cienkiej warstwy inteligencji, która umarła wraz z II Rzeczpospolitą. Dla nowej Polski, kształtującej nowego odbiorcę ta twórczość nie pasowała. To jest tłumaczenie ideologiczne i – jak myślę – bliższe prawdy. Ale jest jeszcze drugie, spiskowe. W 1937 roku Kornel Makuszyński został członkiem Polskiej Akademii Literatury, organizacji niezwykle prestiżowej. W zasadzie można było do niej wejść tylko wtedy, kiedy umarł jeden z piętnastu członków. On wszedł inaczej, na miejsce Wincentego Rzymowskiego, który musiał zrezygnować z zasiadania w PAL, bo udowodniono mu plagiat. Makuszyński nie maczał w tym palców, ale Rzymowski, który po 1945 roku został ministrem kultury – jak mówi teoria spiskowa – zemścił się. Powtarzam tę pogłoskę, ale za bardziej wiarygodne uważam pierwsze wyjaśnienie. Po prostu Makuszyński nie pasował do nowych czasów.

Jak gromadzisz materiały do swoich książek? Jak do wielkich reportaży?

Najpierw staram się przeczytać wszystko, co zostało o moim bohaterze napisane. Dzienniki, wspomnienia, listy ludzi, którzy nie będą w stanie tego opowiedzieć, bo nie żyją. Ale także prace naukowe, jeśli są, choć one zwykle nie dotyczą biografii, ale twórczości. Tych ostatnich nie wykorzystuję pisząc, ale porządkują moją wiedzę. A kiedy mam już przekonanie, że przeczytałem wszystko, co zostało napisane, co jest w archiwach, zaczynam szukać innych źródeł. Choć w wypadku Makuszyńskiego będzie trudno o ludzi, którzy go dobrze znali, zmarł 62 lata temu.

Oprzesz się wyłącznie na materiałach historycznych?

Zawsze staram się rozmawiać z ludźmi. Trzy ostatnie biografie literackie – Brzechwy, Tuwima i Broniewskiego – kończą się dużymi rozmowami z ich córkami, w przypadku Broniewskiego i Tuwima przybranymi. Ale na tym pokoleniu się zatrzymuję, świadomie nie rozmawiałem z wnuczką Broniewskiego, bo mogłaby mi przekazać nie tyle wiedzę o nim, co swoje oceny dziadka. A mnie oceny nie interesują, tylko fakty i wspomnienia.

Kto zamknie klamrą książkę o Makuszyńskim?

Tego jeszcze nie wiem.  Dzieci po nim nie pozostały. Ale mam na decyzję jeszcze 8-10 miesięcy. Książka ukaże się w roku 2016.

Po mistrzowsku wyłuskujesz anegdoty z życia swych bohaterów. Anegdoty niosą opowieści. Czy są także kluczem do Twoich biografii?

Anegdota jest szalenie ważna. W dziennikarstwie nauczyłem się tego, że czasem dobry cytat, anegdota, skrót myślowy, dobrze skomponowane zdanie, jest w stanie zastąpić stronę solennego wywodu, który może czytelnika znudzić. Rzeczywiście wyszukuję ich jak najwięcej, ale wykorzystuję tylko część. Wtedy, kiedy posuwają narrację do przodu. Są mi potrzebne do tego, aby opowieść była wartka. Gwarantuję, że znam ich dużo więcej.

Ale nie są jedynym kluczem?

Nazwałeś moje biografie reportażami. I to są reportaże z historii. Nie mogę rozmawiać z ludźmi, których opisuję, ani z większością tych, którzy ich znali, ale są dzienniki, pamiętniki, wspomnienia. I tylko z takich źródeł korzystam. Każdy, kogo przywołuję czy cytuję, musiał znać mojego bohatera osobiście. Każda z historyjek, anegdot, wydarzeń, które pojawiają się w książce, ma pieczęć autentyczności. Pochodzi od kogoś, kto był świadkiem, znajomym, przyjacielem człowieka, o którym piszę, pracował z nim, walczył, albo pił wódkę. Nie wykorzystuję natomiast opinii, które pojawiają się w książkach naukowych. Autor nawet najmądrzejszej rozprawy habilitacyjnej o „życiu i twórczości” nie jest źródłem,

Odrzucasz materiały z drugiej ręki.

Tacy autorzy mają wiedzę z tych samych źródeł co ja, inaczej ją tylko wykorzystują. A ich opinia jest tylko opinią badacza, a nie faktem z życiorysu.

Czym jest radość, zadowolenie pisarza wobec dumy dziennikarza?

To jest tak, jak różnica między bramką strzeloną na boisku piłki nożnej, a celnym rzutem w koszykówce. Bramka w piłce nożnej trafia się znacznie rzadziej, więc i emocje są o wiele większe.  

 
Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl