Czy w Polsce jest już, jak we Włoszech, gdzie mafia wnika w struktury państwa, a jej macki czasami sięgają rządu?

EO: Też zadawałam sobie to pytanie, kiedy wybuchła „afera taśmowa”, a już szczególnie po tekstach byłego modela - ministra od zegarków. Czułam się wtedy jak frajer płacący podatki na kolesi, którzy się świetnie bawią. W tym samym czasie przygotowywałam do „Wojen kobiet” rozdział o Monice Mancini – wdowie po komisarzu policji w Rzymie walczącym z kamorrą. To Polka mówiąca otwartym tekstem o związkach mafii m.in. z rodziną Berlusconiego i o tym, jak szefowie mafijnych klanów korumpują państwowych urzędników, załatwiają swoim dzieciom pracę w ministerstwach, jadają w tych samych restauracjach, co rządzący politycy. Skojarzenia rodziły się same… Polecam uważną lekturę tego, co mówi bohaterka naszej książki, ku przestrodze, bo …”z ziemi włoskiej do Polski”. Mafia we Włoszech to nie są już chłopcy z ferajny. Kamorra nie traci czasu na zarabianie milionów, lecz miliardów. Koncentruje się na polityce i wyłącznie dochodowym biznesie, jak na przykład utylizacja odpadów. Skrajnie niebezpieczne dla zdrowia i życia substancje, zakopywane na terenach rolniczych, kwalifikowane są jako… kompost. Mieszkańcy tamtych terenów znacznie częściej niż w innych regionach kraju zapadają na raka płuc, krwi i węzłów chłonnych. Jak to możliwe, że coś takiego ma miejsce? Otóż mafia ma na swoich usługach chemików i urzędników z ochrony środowiska. Pierwsi potrafią zmienić kategorię odpadów, przemianować je z toksycznych na nieszkodliwe śmieci, a drudzy dostarczają formularze z fałszywymi kodami analiz. Totalna degradacja środowiska jest na rękę mafijnym klanom, bowiem ceny nieruchomości spadają na łeb na szyję i kamorra skupuje wszystko za bezcen, zdobywając tym samym tereny pod nowe wysypiska. Wytropił to i opisał w specjalnym raporcie dla parlamentu mąż naszej bohaterki, ale wyniki jego śledztwa przeleżały w czyjejś szufladzie ponad dziesięć lat. Komisarz zmarł na raka wywołanego toksycznymi odpadami, a wdowa stała się we Włoszech twarzą społecznego buntu wobec zblatowania państwa z mafią.

Nie w czyjejś szufladzie, tylko prawdopodobnie ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, późniejszego prezydenta Giorgio Napolitano.

Jest taka hipoteza.

Gangsterzy w białych kołnierzykach z mafii paliwowej w Polsce mieli wpływy w najbliższym otoczeniu ministrów w rządach m.in. Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego. W resortach budownictwa i gospodarki przestrzennej oraz finansów. Urzędy skarbowe odraczały im wielomilionowe należności podatkowe. Skarb Państwa stracił co najmniej 10 mld zł. Czy w ostatnim ćwierćwieczu przestępcy mieli równie wielkie wpływy w państwie?

EO: Dwa lata temu przeczytałam gdzieś wywiad z Cezarym Kaźmierczakiem, prezesem Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. To, co w nim powiedział, mam w pamięci do dziś. Kaźmierczak ostrzegał, że mafia w Polsce nie tylko miała, ale nadal ma wpływ na urzędników ministerstwa finansów oraz tworzone przez nich prawo. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wysłał do CBA obszerny raport demaskujący ten proceder. Opisano konkretne przypadki ochrony mafijnych interesów, których prokuratura nie zamierzała analizować „z uwagi na przedawnienie”. Autorzy raportu utrzymywali, że za rządów PO ten proceder cały czas funkcjonuje: na poziomie rozporządzeń tworzy się przepisy otwierające „furtki” dla wąskiego, wtajemniczonego w sprawę grona. Nikt o tym nie wie, tylko przestępcy, którzy dzięki tym „furtkom” zarabiają – zazwyczaj przez 2-3 lata, dopóki ktoś tego nie odkryje. Wtedy przepisy na chwilę zmieniają się, ale gdy sprawa przycichnie – wszystko wraca na właściwe dla mafii tory. Sama byłam świadkiem sytuacji, gdy jeden z najważniejszych w Polsce świadków przeciwko mafii paliwowej przecierał oczy ze zdumienia, ponieważ na stronie Ministerstwa Finansów znalazł dosłownie kopię kombinowanych przepisów, które wcześniej zdemaskował przed prokuratorem Markiem Wełną z Krakowa. Wiesz co wtedy zrobiliśmy z tym świadkiem? Zadzwoniliśmy do ówczesnego ministra gospodarki morskiej Rafała Wiecheckiego, bo to prawnik z naszego miasta, ze Szczecina, więc założyliśmy ze świadkiem, że gość nie pęka. I dobrze wykombinowaliśmy, przepisy – tym razem - nie weszły w życie. Cezary Kaźmierczak, którego wywiad wspominam, podawał podobne przykłady z czasów rządów PO. Tłumaczył, że przepisy są celowo komplikowane, aby na pierwszy rzut oka nie można było nic wykryć, np. „wymóg dokonywania rafinacji” zmienia się na „wymóg dokonywania rerafinacji” – w przypadku wdrażania nowych technologii. Za trudne to na moją głowę, żeby szczegółowo tłumaczyć, ale zapamiętałam, że gra toczy się o gigantyczne zwolnienia podatkowe, ponieważ jedno jest opodatkowane, a drugie ma ulgi. Czasami naprawdę drobna zmiana pozwala przestępcom na gigantyczne zyski. Pilnują tego usłużni urzędnicy, a podpisuje – niczego pewnie nie świadom – stosowny minister. W branży paliwowej jest jak z utylizacją odpadów we Włoszech - nie chodzi już o miliony, ale miliardy. Prawo jest celowo komplikowane, bo wtedy stwarza szansę dla przestępczych kombinacji. Mafijny interes to teraz papierologia, a nie porwania dla okupu czy bomby na ulicach.

PP: Ale Cezary Kaźmierczak, na którego Ewa się powołuje, w gruncie rzeczy powtarzał oskarżenia formułowane publicznie o wiele wcześniej, także przez nas. W wielu artykułach i w „Alfabecie mafii”.

Potwierdziły się podejrzenia prokuratora Marka Wełny, że paliwowym gangsterom sprzyjał minister gospodarki Jacek Piechota?

EO: Nie wiem, co dokładnie ustalił prokurator Marek Wełna, ale gdy pisałam do „Wprost” tekst o kulisach upadku stoczni szczecińskiej, były prezes stoczniowego holdingu Krzysztof Piotrowski opowiedział mi kilka ciekawych zdarzeń z udziałem Jacka Piechoty. Rzecz dotyczyła początków terminalu paliwowego w Świnoujściu. Mało kto pamięta, ale niegdyś funkcjonowała tam jedynie stara, poradziecka baza marynarki wojennej, stanowiąca zagrożenie ekologiczne. Dopiero w 1994 roku, po wygranym przetargu, szczeciński holding wyłożył 160 mln zł i przystąpił do budowy nowoczesnych nabrzeży przystosowanych do odbioru hurtowych ilości paliwa z całej Europy. Miało skutkować realnym spadkiem cen na stacjach benzynowych. Wielkim przegranym w przetargu była firma bunkierska magnata paliwowego Jerzego K., który jako trener tenisa dostał koncesję numer 1 na handel paliwami w Polsce. Magnat był znajomym Jacka Piechoty, sfinansował posłowi wyjazd do Kuwejtu, bywali na wspólnych rautach. Otóż kilka tygodni po przetargu prezes holdingu spotkał się w domu magnata paliwowego z Jackiem Piechotą, i ten zaproponował mu …   przekazanie terminalu firmie tegoż magnata. W zamian stocznia miała otrzymać stacje benzynowe. Krzysztof Piotrowski odmówił, a w późniejszych negocjacjach, kiedy wciąż opierał się naciskom usłyszał od posła: „weszliście nie do swojego koryta”. Holding popadł wkrótce w poważne tarapaty, a sam Piotrowski, podobnie jak inni członkowie zarządu, trafił za kraty. Minęły lata, zanim oczyszczono go z zarzutów. Stoczni w Szczecinie dziś nie ma, a Jacek Piechota, były minister gospodarki, okazał się jednym z jej grabarzy.

PP: Tak naprawdę wielu wysokich urzędników, ministrów, podejrzewano i oskarżano, ale większość z tych zarzutów później się nie potwierdziła. Wszystkie przekręty były możliwe dzięki przepisom, które ułatwiały podejrzane działania biznesowe. Dowiedzenie przed sądem, że ktoś z premedytacją próbował kantować, praktycznie okazało się niemożliwe. W procesach sądowych wszyscy oskarżani przez prokuratora Marka Wełnę byli uniewinniani. 

Danuta Olewnik-Cieplińska, siostra Krzysztofa Olewnika mówi od lat: „Nie wierzę w to państwo!”. Czy głośna historia uprowadzenia i zamordowania jej brata nie dowiodła skorumpowania policjantów i prokuratorów?

PP: Niestety dla Olewników, nie dowiodła. Prokuratorów w ogóle nie oskarżono, a policjantów - oskarżonych nie o korupcję, ale o niedopełnienie obowiązków - uniewinniono.

Kto w takim razie stał faktycznie za porwaniem Krzysztofa Olewnika?

PP: Gangster warszawski Wojciech Franiewski i sąsiad Olewników Ireneusz Piotrowski. Zaplanowali to, siedząc wspólnie w więzieniu. Olewnikowie podejrzewają do dzisiaj, że ponad nimi ktoś jeszcze stał, ale ja nie mam na to żadnych dowodów i w to nie wierzę. To jest teoria spiskowa. Dla mnie to był typowy - według wszystkich schematów – kindnaping. Przestępstwo uprowadzenia dla pieniędzy w tamtych latach było dość powszechne. Polska była krajem porywaczy i porywanych. Słowa Danuty o braku wiary w państwo odnoszą się do kwestii możliwości uratowania ich brata.

Przez dwa lata siedział w domku letniskowym i w jamie – beczce na paliwo. Czy można mieć zaufanie do państwa, w którym dzieją się takie rzeczy?

EO: No właśnie, można mieć zaufanie do takiego państwa? Nie wiem jak Piotr, ale ja po napisaniu „Wojen kobiet” muszę mieć chwilę na ochłonięcie. Chcę znów wierzyć, że żyję w państwie prawa, a partacze lub aroganci przekonani o własnej nieomylności to ułamek ułamka.

PP: Krzysztof Olewnik przez dwa lata był torturowany psychicznie, więziony, pozbawiony nadziei. To nieprawdopodobny dramat. Trudno się dziwić rozedrganiu rodziny Olewników. Oni nie mogą myśleć o tym, co spotkało ich brata i syna. Brak wiary w państwo wynika z opieszałości, z jaką organy ścigania zabrały się do tej historii. Szukano motywów samouprowadzenia Krzysztofa, a nie sprawców jego porwania. Do tej pory powraca ta kwestia. Od ośmiu lat wyjaśnia tę sprawę prokuratura w Gdańsku i okoliczności wskazują, że ustalenia zmierzają w kierunku potwierdzenia tezy o samouprowadzeniu, choć przeczą temu fakty. Ofiara przecież nie żyje.

To niesłychane. Piotr mówi: opieszałość. Nie mieści się w głowie, że to tylko nieudolność organów ścigania. Że nikt nie stał za dwoma  gangsterami, którzy wymyślili kidnaping. „Nadal uważamy, że nie wszyscy zasiedli na ławie oskarżonych” – mówi Danuta Olewnik. Kogo jeszcze ma na myśli?  Jak wysoko docierały wpływy porywaczy i morderców?

PP: Nie ma żadnych dowodów, które wskazywałyby, że ktokolwiek za tym stał. Że ktokolwiek inny to zaplanował, spowalniał pracę policji i z ukrycia czuwał, żeby to wykonano. To była inercja policji. Jeden meldunek wymyślony w kawiarni przez policjanta może zniweczyć cały wysiłek śledczy.

Policja bywa często nieprofesjonalna?

PP: Oczywiście.

A czy można mieć zaufanie do państwa, w którym Adama Dudałę, innego bohatera książki „Wojny kobiet”, skazano na 25 lat więzienia za dwa morderstwa, których nie popełnił? To także inercja?

PP: Nie. To wynik manipulacji dokonanej przez policjantów. Adama Dudałę wybrano na kozła ofiarnego, aby ochronić prawdziwego sprawcę, który był kapusiem policyjnym.

A w przypadku „Kulawego” z Mazur, który kierował gangiem na wzór mafii sycylijskiej? Korumpował policję, lekarzy i biegłych. Jak bardzo macki jego „kamorry” wdzierały się w struktury państwa i wymiaru sprawiedliwości, skoro przez lata był nietykalny? Brutalne pobicia, uprowadzenia, przemyt, wyłudzenia milionów złotych od skarbu państwa, wreszcie morderstwa. To niemożliwe, aby „Kulawego” chronił jedynie komendant policji z Kisielic.

EO: Skoro już na początku śledztwa top-secret Jan R. ps. Kulawy wiedział, że to Dorota Macoch z Centralnego Biura Śledczego w Olsztynie rozpracowuje jego kryminalne imperium, to znaczy, że sprzyjał mu nie tylko komendant z głębokiej prowincji. Kilku jego podwładnych mówiło w śledztwie o korumpowania sędziów i lekarzy, którzy przez lata mieli chronić Kulawego przed odpowiedzialnością karną. Zeznali na przykład, że gdy przed laty boss z Kisielic trafił do aresztu za zlecenie pobicia i porwania, to szybko z niego wyszedł, ponieważ „dwaj sędziowie z Poznania wzięli za to 180 tysięcy złotych”. Podobno wolność załatwili mu ludzie na wysokich stanowiskach, w tym pułkownik Wojska Polskiego z Warszawy o pseudonimie Generał. Posłużę się stosownym cytatem: „Jeden z sędziów od razu wziął pieniądze, a drugi się wahał, ale też w końcu wziął. Wszystkie zaświadczenia lekarskie potrzebne do opuszczenia aresztu wystawił pracujący dla Jana R. lekarz z Gdańska. Innym razem, kiedy Romanowi W. poderżnięto gardło, Kulawy kazał mi odwieźć rannego do konkretnego lekarza. Telefonicznie poinstruował go, jak ma załatwić sprawę. Potem dał mu za to pieniądze”. Za wieloletnią ochronę przed prokuraturą i aresztem szef mafii miał odwdzięczyć się lekarzowi kilkoma samochodami. W naszej poprzedniej książce „Nowy alfabet mafii” przytaczaliśmy i takie zeznania: „Szef polecił zlecił czterem ludziom pobicie rzeczoznawcy w Grudziądzu. Policja ich zatrzymała, ale nie dostali aresztu. Z jednym z tych chłopaków, w towarzystwie Jana, pojechaliśmy do Gdańska do profesora B. po obdukcję. Chodziło o to, żeby oskarżyć policjantów, że pobili chłopaka podczas zatrzymania, co przecież nie miało miejsca. Profesor B. jest stałym lekarzem Jana. Kulawy mówił mi, że kupi mu porządnego laptopa”. Posługujemy się cytatami z zeznań i wyjaśnień, ponieważ doniesień o rzekomej korupcji sędziów i lekarzy nie udało się prokuraturze potwierdzić. Ale dziesięciu policjantów chroniących Kulawego miało swoje procesy, w których zapadły wyroki skazujące.

W książce „Wojny kobiet” opisujecie z Piotrem kilkanaście przypadków jaskrawego gwałcenia sprawiedliwości, łamania kręgosłupów, deptania godności ludzi. Tolika, ale i wielu innych, wymiar sprawiedliwości zdeptał i wyrzucił na wysypisko, jak piszecie. Ile w tym jest nieudolności wysokich urzędników w państwie, prokuratorów, sędziów, policjantów, a ile ich skorumpowania?

EO: Tu nie chodzi o korupcję, ale brak chęci (lub umiejętności) w doprowadzeniu sprawy do sprawiedliwego końca. Kiedy w sprawie zabójstwa, za które poszedł siedzieć Tolik pojawiły się nowe okoliczności, zapytana o możliwość powrotu do śledztwa pani prokurator nie czuła się zobowiązana do jakichkolwiek działań: „Nie widzę potrzeby, żeby wracać dziś do tamtej sprawy. To chyba jakaś moda, że dziennikarze biorą na siebie ocenę, co jest sprawiedliwe a co nie. Cieszę się, że moje ustalenia potwierdził sąd” oznajmiła jedynie. Z kolei w sprawie mafijnej egzekucji, w której zginęła 21-letnia Monika Hansson ze Szwecji, pani prokurator zadowoliła się skazaniem na dożywocie killera udając, że nikt go ze zleceniem nie wysłał. Świadka, który wskazywał na zleceniodawców łatwiej było uznać za szalonego, niż objąć go ochroną i wykorzystać jego zeznania tak, jak na to zasługiwał. Ci, którzy prawdopodobnie wysłali mordercę do Szwecji, są dziś wolnymi ludźmi, mieszkają w tym samym mieście, co ja.  

Jak w świetle opisywanych przez was, niejednokrotnie gigantycznych afer, zachowywali się dziennikarze? W przypadku Adama Dudały „swoimi ścieżkami docierali do źródeł, do świadków, do akt i dochodzili zgodnie do wniosków, że to nie Adam jest zabójcą”. Ale już Zenona Procyka, byłego prezesa olsztyńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej „Pojezierze” – wdeptywali w ziemię.

PP: Reakcja mediów na aferę „Pojezierza” była typowym odruchem stadnym. Spółdzielczość mieszkaniowa zawsze miała złą prasę, bo często występowały tam przypadki aferalne: nepotyzm, załatwianie mieszkań, przejmowanie władzy. Wszystko najgorsze, co można sobie wyobrazić w spółdzielczości handlującej tak deficytowym towarem, jak mieszkanie. Żeby dowieść winy Zenona Procyka, zanim orzekł ją sąd, użyto największych ówczesnych autorytetów.

W programie TVN „Uwaga” oczerniający Zenona Procyka prokurator krajowy Kazimierz Olejnik powiedział wprost, że: „nakazał prokuraturze iść na całość”.

PP: Oskarżał prezesa „Pojezierza”, choć – podejrzewam – nie znał do końca tej sprawy. Kilka telewizji zaangażowało się, żeby Procyka dopaść. Wszystko się potem na sprawie sądowej sypnęło. Okazało się, że ten człowiek nie tylko, że nie był aferzystą, ale uchronił swoich spółdzielców od ponoszenia kolosalnych opłat za dostawy ciepła. Naruszył interesy lobby ciepłowniczego i zapewne to było powodem, dla którego wybrano go na wroga publicznego.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego fałszowali w tej sprawie zeznania świadków, ale wykorzystywali też media. Nagłaśniali aresztowanie Procyka. „Zaraz będziemy go wyprowadzać” – dzwonił funkcjonariusz CBŚ do dziennikarza. Często służby skutecznie wykorzystują w ten sposób dziennikarzy?

PP: Jeden ze spółdzielców, którzy obalali Procyka, był oficerem CBŚ. Zdarza się, że służby, często kierując się prywatnym interesem, przekonują reporterów do niesłusznych racji. Dziennikarze są tylko ludźmi. Muszą komuś wierzyć. Jeśli źródłem dziennikarskiej informacji jest oficer służb, nawet sąd uznaje, że dziennikarz dochował należytej staranności.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl