Żadna partia polityczna nie przedstawiła od dawna takiego programu reformy mediów, jak niedawno PiS. W pierwszych ocenach medioznawcy i dziennikarze uznają ten projekt za zbyt radykalny, nierealny, mało konkretny, pomijający internet i multimedia.

KONRAD W. TATAROWSKI: Postulaty Prawa i Sprawiedliwości pokrywają się z propozycjami Pawła Kukiza. I Kukiz, i PiS mówią o zakazie koncentracji kapitału koncernów zachodnich na poziomie 20-25 proc. O zakazie reklamowania państwowych instytucji w prywatnych mediach. O braku równowagi na rynku prasowym – jak wiadomo prasa regionalna w 90 proc. należy do koncernu Verlagsgruppe Passau. To jest dobry kierunek zmian.

Repolonizacja mediów jest konieczna. Ale jak to zrobić? W projekcie jest mowa o wprowadzeniu regulacji antymonopolowych, zabraniających skupienia więcej aniżeli 20-25 proc. w rękach obcej grupy kapitałowej. Wydawcy - np. Ringier Axel Springer Polska – oceniają to, jako restrykcje dla zagranicznych koncernów, zaprzeczenie wartości, które wypracowano w Polsce po PRL.

Zaprzeczeniem to nie będzie. Zabezpieczenia ustawowe tego typu powinny być. Przy przyznawania koncesji na radio czy telewizję zapisy antymonopolowe są. To jest zabezpieczenie narodowego interesu mediów. To jest dopuszczalne, ale… ten pociąg od dawna jedzie. O ile te przepisy są przestrzegane na poziomie przyznawania koncesji, o tyle później to się rozjeżdża. Objęcie takimi przepisami TVN oznaczałoby upadek tej stacji.

Ale zostaliśmy skolonizowani. Zaledwie 24 proc. mediów drukowanych jest w polskich rękach. Niemcy nie robią w Polsce wyłącznie biznesu. 90 proc. gazet regionalnych z Verlagsgruppe Passau zdaniem niektórych reprezentuje niemiecka rację stanu.

Tak ostro bym tego nie wyraził. Bez wątpienia natomiast reprezentują interesy obcego kapitału, aniżeli interesy narodowe. Kierunek zmian jest słuszny, ale nie wiem, jak ten pociąg zahamować.

Najważniejsze postulaty dotyczą mediów publicznych.

Zasadniczy problem polega na tym, że mediów publicznych w Polsce w zasadzie nie ma. Trzeba je od nowa zbudować.

W szczątkowej postaci są, ale nie realizują misji.

Mamy model mieszany: finansowanie z budżetu państwa i z reklam. Krótko mówiąc: ni pies, ni wydra. Oczywiście nie odpowiadają za misję, bo ten model zakłada hybrydalną działalność: trochę misji, więcej dbałości o pieniądze. Dlatego pojawiają się takie potworki, jak tabloidyzacja newsów, brak równowagi w udziale w programach polityków, co było widoczne w czasie kampanii prezydenckiej.

PiS proponuje zmianę statusu prawnego mediów publicznych. Spółki skarbu państwa zastąpiłyby instytucje kulturalne z jednoosobowymi zarządami. Na ich czele mieliby stanąć wybitni przedstawiciele kultury i mediów.

Dobry kierunek, powtarzam. Główny problem mediów publicznych w Polsce polega na tym, że są one domeną polityczną. Partie sprawujące władzę usiłują mieć możliwie jak największy wpływ na przekaz medialny. Zaczęło się to zresztą za czasów Lecha Wałęsy. Jako prezydent Polski zaczął kombinować przy ustawie o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Powołał swojego prezesa wbrew obowiązującym procedurom. Potem każda partia, która przejmowała władzę na podstawie demokratycznych wyborów albo zmniejszała skład KRRiTv, albo zmieniała zasady naboru do niej. Wszystko to zmierzało w jednym kierunku: aby zapewnić kontrolę i wpływ na media. I tu jest pies pogrzebany.

Ale pozostańmy przy zmianie statusu: menedżerowie zarządzają spółkami medialnymi, jak każdym innym biznesem. W rezultacie dziennikarzy wyrzucono na umowy śmieciowe.

Czy te zarządy będą jednoosobowe czy wieloosobowe, jak do tej pory, to nie ma większego znaczenia. Ważne, aby to byli ludzie niezależni i profesjonalni, kierujący się regułami zawodu i etyki dziennikarskiej, odporni na naciski polityczne. Moim zdaniem chodzi o ludzi, nie o przepisy.

Ale chyba lepiej, jeśli instytucją kultury narodowej będzie kierować wrażliwy, wybitny artysta lub dziennikarz, aniżeli biznesmen technokrata?

Na pewno, przy założeniu, że będzie odporny na wpływy central partyjnych czy rządowych. Ale czy można ustawą takie zabezpieczenia wprowadzić? Bardzo wątpię. Idea jest słuszna.

Media publiczne w 75 proc. – 1,5 mld zł - miałyby być finansowane przez państwo. Teraz 75 proc. pochodzi z reklam. Podobna sytuacja w Europie jest jeszcze tylko na Malcie.

To nie jest suma, która uniezależniłaby finansowanie od reklam. Za mało.

Pracowałeś w Niemczech, w Radiu Wolna Europa. Niemcy wydają na media publiczne, w przeliczeniu na złotówki, 30 mld.

Dokładnie. 1,5 mld zł to nie jest suma, która pozwoli na samodzielne finansowanie. Nadal to będzie hybryda, która z jednej strony będzie czerpać z kasy państwowej, z drugiej szukać pieniędzy u sponsorów. Strukturalnie nic się nie zmieni.

A propozycja powołania rady widzów, przywrócenia społecznego monitorowania jakości programów.

Bardzo dobry pomysł. Tyle tylko, że są już rady programowe przy rozgłośniach radiowych i telewizyjnych.

No tak, ale pełnią rolę dekoracyjną. Nie mają wpływu na program.

Z reguły tak jest. W niektórych ośrodkach próbują mieć rzeczywisty wpływ na program, ale najczęściej jest to taki obwarzanek, który tworzy się wokół zarządu, żeby zapewnić mu dobry wizerunek. Jeśli do rady dokooptujemy reprezentację widzów, czy rzeczywiście coś to zmieni? Stawiam znak zapytania.

Postulat zmiany prawa prasowego, narodzonego w stanie wojennym, jest już wyświechtany. Prawo prasowe przypomina stary połatany szynel. Ciągle się mówi o jego zmianie i nic nie robi. Podobnie z art. 212 kk. Politycy, którzy chcą się dorwać do władzy, za każdym razem deklarują jego zniesienie, ale potem służy im ten przepis jako bicz na dziennikarzy. Na wszelki wypadek. Wierzysz tym deklaracjom?

Pytasz mnie o wiarę (śmiech). Od uchwalenia Prawa Prasowego minęło ponad 30 lat. Trzeba po prostu napisać nową ustawę. Ale powtórzę: same regulacje niczego nie załatwią. Wszystko zależy od ludzi, którzy to będą realizować, czy będą profesjonalni i uczciwi, nie poddający się naciskom.

Przez ten czas do Sejmu trafiło wielu dziennikarzy. Dzięki dziennikarstwu wypromowali się, dostali mandaty zaufania społecznego. Dlaczego wyparli się naszych interesów i nie uchwalili nowego Prawa Prasowego?

Niewątpliwie zawód dziennikarza jest trampoliną do działalności politycznej. Oni śledzą media i je komentują. Ale niewiele z tego wynika. Nie dokonują zmian służących mediom i dobru społecznemu.  Pytasz, dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że mandat posła bardziej im się opłaca.

Pecunia non olet?

Może o to chodzi. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Etyka dziennikarska wchodzi w kolizję z pragmatyką sprawowania władzy. W klasycznych doktrynach liberalnych prasa jest stróżem wolności, to watchdog. Ten pies ma szczekać, kiedy władza nadużywa swoich uprawnień. Przejście dziennikarza na drugą stronę rodzi konflikt interesów.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl