Z Piotrem Vagla Waglowskim o tym, jak publicysta postanowił zostać senatorem  rozmawia Błażej Torański.

Skąd to larum, że nie powinien Pan startować do Senatu, bo jest publicystą?

Jest to ciekawe dla branżowych pism, zajmujących się mediami, że publicysta zadeklarował chęć ubiegania się o mandat senatora. Nie dziwi mnie, że PRESS postanowił przepytać mnie na tę okoliczność, zwłaszcza, że wcześniej wielokrotnie prosił mnie o wypowiedzi eksperckie, chętnie ich udzielałem. Gdyby to miało być larum, być może ma związek z nagłośnioną niedawno sprawą Pawła Rybickiego, który godził  rolę felietonisty „Gazety Polskiej” z  prowadzeniem mediów społecznościowych dla Andrzeja Dudy w czasie kampanii wyborczej. Wzbudziło to poruszenie.

Ale przecież nie jest Pan wyłącznie publicystą. Także prawnikiem, poetą, webmasterem. Przecież ma Pan bierne prawo wyborcze, a więc i prawo kandydowania do Senatu. PRESS chce je Panu odebrać?

Nie odebrałem tego tak, aby PRESS odbierał mi prawo kandydowania. Oni po prostu potraktowali jako ciekawostkę fakt, że felietonista „Wprost” i „Gazety Bankowej” postanowił kandydować do Senatu.

Zgoda. Ale nie każdy, kto uprawia publicystykę, jest dziennikarzem.

Dziwiłem się, kiedy dwa lata temu studenci z Krakowa przyznali mi nagrodę MediaTory w kategorii „ReformaTOR” za „śledztwa obywatelskie, których nie powstydziliby się najlepsi dziennikarze”. Odbierając ją powiedziałem, że nie uważam się za dziennikarza. Jako publicysta i felietonista biorę udział w debacie publicznej. Formułuję tezy i argumentuję na rzecz pewnych rozwiązań. Staram się to robić w  sposób przejrzysty, gdyż wielokrotnie opisuję konflikty interesów w debacie publicznej. Kiedy rok temu ogłosiłem zamiar ubiegania się o mandat senatorski, bardzo świadomie zrezygnowałem ze wszystkich funkcji pełnionych w organizacjach pozarządowych. Przestałem być wiceprzewodniczącym Rady Fundacji Nowoczesna Polska, odszedłem z rady programowej Fundacji Panoptykon. Aby uniknąć konfliktu interesów i aby moja fanaberia kandydowania nie ochlapała tych organizacji.

Aby nie ochlapała, bo Senat RP kojarzy się z polityką?

Jest coś na rzeczy, że bycie politykiem źle się w Polsce kojarzy. Bardzo intensywnie przez dwadzieścia lat pracy publicysty starałem się odcinać od polityki. Ale jak sobie dzisiaj pomyślę, komentując różne rozwiązania w systemie prawnym, być może byłem też politykiem. W tym sensie, że zabiegałem o swój interes wykorzystując do tego wszystkie możliwe, legalne narzędzia. Jeżeli polityka kojarzy się negatywnie, to miałbym takie przesłanie: skoro chcemy żyć w społeczeństwie obywatelskim, być gospodarzami w naszym wspólnym kraju, to każdy obywatel powinien być politykiem. Życie polityczne jest fundamentalną sferą aktywności obywatelskiej.

Dlaczego więc koledzy mówią, że jak Pan wystartuje do Senatu, to przegra, a jak przegra, to straci wszystko, co się Panu udało osiągnąć?

Rzeczywiście miałem takie komentarze. Było to w takim duchu: skoro nie jestem związany z żadną partia polityczną, nie mam żadnego zaplecza, nie stoją za mną struktury, nie mam aparatu pozwalającego wygrywać wybory, to znaczy, że je przegram. Jest też spore ryzyko, na które się godzę, że ubiegając się o funkcję publiczną automatycznie przyzwolę na krytykę mojej osoby, czasem brutalną. W związku z tym po takich potyczkach wyborczych mój wizerunek może ucierpieć. Ale zamierzam pozostać sobą, nie zmieniać się dla potrzeb kampanii. Będę działać, jak robiłem to przez ostatnie 20 lat. Nie mam wpływu na to, jeśli ktoś zechce mnie obrzucać błotem. Uważam jednak, że nie stracę.

Są jakiekolwiek powody do obrzucania Pana błotem?

Wie pan, ja mam takie skrzywione poczucie humoru. Jak pan zobaczy zdjęcia, które ilustrują informacje o moim kandydowaniu …

… jest Pan na nich w futrze, jak sarmata. Z wilkiem na ramionach.

(śmiech) Ale nie wszyscy mogą zrozumieć poetykę tych zdjęć. A był to performance. Tak właśnie ubrałem się na uroczystość przyznania mi przez studentów nagrody ReformaTOR-a. Taką miałem fantazję. Rok wcześniej Jurek Jurecki, wydawca „Tygodnika Podhalańskiego”, odbierał nagrodę w stroju Czubaki. Wpisałem się więc w konwencję imprezy. Ale jak ktoś to zobaczy dzisiaj, nie znając kontekstu, może pomyśleć o mnie: wariat. No bo skoro mam wielką brodę i wilka na ramionach, to nie jestem zdrowy psychicznie. Na takie ewentualne komentarze też się godzę.

A może się Pana obawiają, skoro próbują przedstawić w krzywym zwierciadle?

Nie potrafię tego ocenić. Po prostu robię swoje.  

To dlaczego start w wyborach do Senatu porównał Pan do zamachu motyką na Słońce?

Bo zdaję sobie sprawę, że bez struktury organizacyjnej, wchodząc w konkurencję z machinami partyjnymi zaprogramowanymi na wygraną, to trudne wyzwanie. Z zakresu niemożliwych. Nie stoi za mną partia polityczna ani wielki komitet wyborczy.

Szuka Pan komitetu na Facebooku. Niekonwencjonalne.

Internet  od lat jest dla mnie środowiskiem naturalnym. W sieci publikuję , prowadzę debaty i tam szukam wsparcia. Jestem wzruszony, bo wielu ludzi zadeklarowało mi je. Zależy im na tym, co robię, a to jest nowa dla mnie sytuacja. Mam jednak świadomość, że w drodze do Senatu nie mogę opierać się wyłącznie na Internecie. Muszę wyjść do ludzi, aby pokazać, że nie jestem z kosmosu.

A może idzie Pan do Senatu, aby decydować o tym, co jest dziedzictwem narodowym? W ostatnim felietonie w „Gazecie Bankowej” napisał Pan, że to jest decyzja polityczna.

Redaktor naczelny Wojciech Surmacz zaprosił mnie na łamy „GB”, abym publikował felietony o społeczeństwie informacyjnym. Pomyślałem, że dla najstarszego magazynu ekonomicznego w Polsce warto też się pochylić nad zjawiskami, które nie funkcjonują w debacie publicznej, jak: dziedzictwo kulturowe, patriotyzm, państwo czy racja stanu. Dla wielu te pojęcia nic nie znaczą, są retoryczne. Służą nie temu, aby określać zjawiska, jakimi są, tylko pełnią jakby rolę memów, którym różne osoby nadają różne znaczenia, aby mobilizować swoje audytorium, przemawiać i osiągać swoje cele polityczne.

Jak Pana deklaracje startu w wyborach do Senatu odebrali redaktorzy naczelni „Wprost” i „Gazety Bankowej”, magazynów, w których Pan publikuje?

Ogłosiłem to rok temu, a tygodnik „Wprost” zaprosił mnie do współpracy kilka miesięcy temu. Wiedzieli, na co się piszą. Zastępca redaktora naczelnego ”Wprost” napisał niedawno na Twitterze, że kolejny felietonista tygodnika „Wprost” postanowił starać się o służbę Ojczyźnie. Traktuję to, jako przyzwolenie. Wojciech Surmacz z kolei powiedział, że mu to nie przeszkadza.

 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl