Z Justyną Sobolewską o zaginaniu rogów, znaczeniu terytorium i kradzieży myśli rozmawia Błażej Torański.

Justyna Sobolewska (ur. 1972) – dziennikarkaPolityki”, krytyk literacki. Redagowała dział książkowy w „Przekroju", była redaktorem  w dziale kultury „Dziennika". Jurorka Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius i Środkowoeuropejskiej Nagrody Literackiej Angelus.

Jest współautorką książki „Jestem mamą” (2004). Niedawno wydała „Książkę o czytaniu, czyli resztę dopisz sam”.

W mieszkaniu Marii Janion są korytarze z książek. Jak jest u Pani?

niedługo tak to będzie wyglądać. Żyjemy pod naporem książek. Bywa, że książka odłożona tylko na chwilę leży w tym samym miejscu całe lata. Na małej, chwiejnej półce w przedpokoju, urósł stos dwumetrowy. Mam małe dziecko, które co rusz zrzuca książki z nisko zawieszonych półek. Wprowadza w nie nowe życie, bo zmusza, aby je ponownie ułożyć, ale i tak są ustawione chaotycznie. Przyrastanie książek jest miłe, ale może też być nieprzyjemne. Orhan Pamuk ponoć nienawidzi swego księgozbioru, liczącego ok 12 tysięcy tomów. Pisał, że patrząc na niego ma poczucie, jak wiele musi jeszcze napisać, widzi w tych książkach balast i najchętniej by się ich pozbywał.  Podczas trzęsienia ziemi książki spadły na niego, na łóżko. Postanowił je przebrać i oddać. Dobry sposób. Też oddaję.

Książki są jak przyjaciele, napisał Alberto Manguel, niegdyś lektor niewidomego Borgesa. Przyjaciół mamy niewielu. Nie sądzi Pani, że tak naprawdę wartych przeczytania jest kilkaset, najwyżej kilka tysięcy książek?

Tak właśnie jest, ale aby do tego dojść, musimy przeczytać o wiele więcej. Przedzieramy się przez dżunglę. W powieści Julii Fiedorczuk jest scena rozpakowywania kartonu ze starymi książkami, z poprzedniego mieszkania. Bohaterka otworzyła wino, aby uczcić chwile spotkania ze starymi przyjaciółmi.  Książki stają się bliskie, bo czytamy je na różnych etapach życia. Ale mogą nam też przypominać niemiłe chwile.

Pani ojciec Tadeusz Sobolewski, krytyk filmowy, dziennikarz, ma tajemny system znaków - trójkącików i kółek - którymi znaczy strony. Pani także zagina rogi, notuje na marginesach, personifikuje książki?

U Anne Fadiman pojawiło się rozróżnienie na książkokochanków dworskich i namiętnych. Dworscy traktują książki z należytym szacunkiem. Namiętni, niczym barbarzyńcy, czasami wyrywają kartki, aby uniknąć nadbagażu i zabrać w podróż kilka stron. Uznają, że miłość na to zezwala. Że namiętność do czytania usprawiedliwia wszystko, co robią z książkami.

Przyznaję, że zaginam rogi i bez tego czytanie traci dla mnie sens. Każda książka przeczytana musi być jakoś zaznaczona, ponieważ zapominam, co przeczytałam. Dzięki systemowi moich znaków -zagiętych rogów, notatek poczynionych ołówkiem - przypominam sobie, co myślałam. Odtwarzam lekturę

To także oznaczenie swego terytorium.

Tak, ale przede wszystkim odświeżenie pracy umysłu. Żeby ogarnąć książkę muszę mieć zaznaczone strony.

Czy to nie jest już w Pani przypadku szkicowanie recenzji?

Nie zawsze piszę recenzję. Wybieram zdania, szukam słów, które mnie poruszyły. Niezależnie od tego, czy będę o tym pisać, czy nie. Kolekcjonuję dobre zdania albo takie, które mówią coś ważnego o rzeczywistości i stają się narzędziem jej poznania. Przepisuję je, używam w różnych okolicznościach, pamiętam.

Lektury tak subtelnie nas budują, że pisząc własną książkę, tak naprawdę nie wiemy: skradliśmy czyjąś myśl, czy sami na nią wpadli. Pani też ma takie poczucie?

Moja „Książka o czytaniu” cała składa się z cudzych słów. Czytam, aby spotykać się z autorami, odnajdywać ich myśli. Miałam przyjemność włożyć ich refleksje do mojej książki. Myślę, że wielu czytelników, nie pisząc książek, układa swoje antologie ulubionych cytatów, autorów, okładek, pierwszych zdań. Zebrałam to. Wszystko ukradłam!

Przede wszystkim jest Pani jednak dziennikarką. Gdzie jest granica między dziennikarstwem a literaturą? Czy „Książka o czytaniu” przynależy do literatury?

Nie. To jest tekst dziennikarski z bardzo dobrymi cytatami z literatury. Ale jeśli udało mi się napisać coś w rodzaju eseju intymnego, będę bardzo zadowolona.

Ale gdzie jest ta granica? Kryje się w języku czy miejscu publikacji? Czy to nie jest tak, że literaturę można publikować także w gazecie?

Tak, oczywiście. Jeśli ktoś ma talent literacki, to zamieni fragment dziennikarski w literaturę. Przecież Miron Białoszewski pracował w „Kurierze Codziennym”, „Wieczorze Warszawy” i „Świecie Młodych”. W wielu fragmentach jego artykułów widać było literaturę. Twórczość Capote jest przykładem, jak dziennikarstwo stało się literaturą. Ryszard Kapuściński też przeszedł na stronę literatury. Zdarza się, że reportaż jest literaturą. Zależy więc to nie od miejsca publikacji, tylko od autora. Niektórzy dziennikarze stają się pisarzami, innym wydaje się, że nimi są, ale to nie jest prawda.

Czytuje Pani jeszcze gazety, czy tylko książki?

Czytam gazety, ale coraz mniej. Częściej w sieci. Na czytanie książek nigdy nie żal mi czasu, na prasę - tak. Zabrzmi to snobistycznie, ale najchętniej czytam albo tylko przeglądam „New Yorkera”. Można tam spotkać teksty dziennikarskie, które są literaturą. W polskiej sieci czytam też pisma kulturalne, np. taki dwutygodnik.com. Na gazety codzienne nie starcza mi czasu.

Gazety papierowe umierają. Czy książkom grozi to samo?

Książka na pewno przetrwa, bo jest genialnym wynalazkiem. Kiedy pojawiły się pierwsze czytniki elektroniczne zobaczyłam w Internecie  spot. Dwóch specjalistów oglądało różne czytniki. Na koniec pokazali książkę mówiąc: to jest genialne! Książka staje się ekskluzywna, dzięki temu jej wartość rośnie. W Stanach jest teraz moda projektowania domów z biblioteką. Nie wiem natomiast, co się stanie z prasą papierową. Być może dziennikarstwo przejdzie do sieci i tam będzie żyło. Ludzie potrzebują pośredników w zrozumieniu rzeczywistości.

Nie poraża Pani słabość języka dziennikarskiego, nieumiejętność sklecania zdań?

Tak, ale najczęściej w sieci. Internet upraszcza, pauperyzuje, bo nie ma tam żadnej korekty. Nikt tych tekstów, poza autorem, wcześniej nie czyta. Wszystko, nawet w najbardziej prymitywnej formie można opublikować i w tym widzę zagrożenie dla dziennikarstwa. Język na tym traci. W gazetach papierowych są jeszcze redaktorzy.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl