Z Maciejem Rosalakiem rozmawia Błażej Torański.

 

Są jeszcze - 26 lat po obaleniu komuny - białe plamy w najnowszej historii Polski?

 

 

Przede wszystkim białe plamy dotyczą wydarzeń, których nie poznamy bez dostępu do źródeł w Moskwie. Otwarto tam archiwa za rządów Jelcyna, jedynie na początku lat 90. Kto tylko mógł znajdował ciekawe dokumenty, ale wkrótce moskiewskie archiwa zatrzaśnięto i nie uchylono ich za Putina. Nie ma dostępu np.do „listy białoruskiej” związanej ze zbrodnią katyńską. Białe plamy dotyczą obrad Biura Politycznego KC PZPR z lat 80. – albo je zniszczono, albo schowano. W każdym razie nie mamy dokumentów o podejmowaniu istotnych, dramatycznych decyzji dla naszego kraju. To tylko przykłady.

 

Jasne. Zatrzaśnięte są nie tylko archiwa rosyjskie. Brytyjskie – ważne choćby z punktu widzenia śmierci gen. Władysława Sikorskiego – też.

 

Z archiwami brytyjskimi oczywiście masz rację, ale Moskwa też może mieć ciekawe rzeczy, zwłaszcza, że kiedy Sikorski zginął, w tym samym czasie w Giblartarze przebywał Kim Philby, szef brytyjskiego  kontrwywiadu na obszar Morza Śródziemnego, ale równocześnie agent sowiecki.

 

Ale czy białe plamy nie biorą się także z manipulacji, autocenzury, wypychania przez państwo polskie historii ze szkół?

 

Podszedłem do zagadnienia jak historyk, który musi mieć dostęp do wielu źródeł, aby je konfrontować i dochodzić do rzeczywistości. Co do polityki historycznej – zgoda. W latach 90. byliśmy świadkami celowego uprawiania polityki wstydu - z naszej historii, tożsamości, z Polaków – przy jednoczesnym braku zainteresowania historią ojczyzny, nie tylko u młodego pokolenia. Zajęliśmy się wtedy – po PRL - ustawianiem w rzeczywistości, dostosowaniem do nowych czasów, poszukiwaniem pracy. Było to także bardzo celowo – moim zdaniem – propagowane przez różne ośrodki z „Gazetą Wyborczą” na czele. „GW” była alfą i omegą, miała rząd dusz wielu ludzi, również wykształconych, ale oddziaływała też silnie na inne media. W Telewizji Polskiej powielano dosłownie to, co publikowała gazeta Adama Michnika. Weźmy żołnierzy wyklętych. Za komuny fałszowano ich historię, przemilczano na potęgę, były na nich zapisy cenzury, nazywano wrogami Polski Ludowej. Ale za wolnej Polski ci żołnierze - nazywani niezłomnymi, wierni jedynie legalnemu rządowi na uchodźstwie, jak również idei wolnej, niepodległej, demokratycznej Rzeczypospolitej, ponoszący ofiary życia – traktowani byli jak bandyci. Wtedy narodziło się określenie „żołnierze wyklęci”. Spropagował je Jerzy Ślaski w słynnej książce „Żołnierze wyklęci”. Właściwie dopiero w połowie lat 2000. zaczął się dokonywać zwrot w naszym społeczeństwie. Nie do przecenienia była tu rola Lecha Kaczyńskiego i zbudowanie Muzeum Powstania Warszawskiego. Dzięki historykom, których do pracy w IPN powołał Janusz Kurtyka stan świadomości historycznej Polaków zaczynał się zmieniać. Dorastające pokolenia zauważały, że czegoś ważnego są pozbawiane, z czegoś okradane. Szukając swoich korzeni nie natrafiali na własne, tylko na jakieś inne, cudze, obce. I niejako przy okazji odkrywali, że swoje korzenie, bardzo ciekawe, z których można być dumnymi, też mają.

 

Odkrywano takich bohaterów narodowych, jak rotmistrz Witold Pilecki.

 

Do lat 2000. o nim też było głucho. „Gazeta Wyborcza” wolała – zamiast zająć się nieosądzonymi zbrodniami komunistów wobec najlepszych synów narodu polskiego - wyszukiwać oderwane przykłady bandytyzmu, jakiego dopuszczały się niektóre oddziały leśne, jak Romualda Rajsa ps. Bury.

 

Ale propaganda środowiska „Gazety Wyborczej” nie ma końca. Ledwie pół roku temu ówczesny prezydent Bronisław Komorowski palnął gafę: „Pamiętamy i mamy w zasadzie jasny plan działania związanego z potrzebą odbudowy, w narodowym wymiarze, pamięci o ofiarach czasów stalinowskich, o ofiarach, które były ofiarami właśnie tych Żołnierzy Wyklętych”.

 

Ja to pamiętam. Tę wypowiedź z oburzeniem albo z politowaniem przyjmowali nie tylko ludzie wykształceni, ale także kibice piłkarscy.  Prezydent Komorowski spotykał się z szyderczym śmiechem. Wokół rotmistrza Witolda Pileckiego przemilczanie było tak silne, że historyk Adam Cyra długo nie mógł opublikować jego raportu z Auschwitz! To jest niewyobrażalne, ale zaledwie kilkanaście lat temu tak było. Nadal to pokutuje. 25 września, mniej więcej w 75 rocznicę przedostania się Witolda Pileckiego do Oświęcimia – aby zorganizować tam ruch oporu, ucieczkę lub odbicie więźniów -  ukaże się na ekranach film dokumentalny o tych wydarzeniach. Sfinansowano go z pieniędzy społecznych! Rekonstruktorzy, scenografowie, aktorzy i reżyser zrealizowali pracowali za darmo. A na co wydaje się pieniądze publiczne? Na przykład na „Pokłosie”. Masz rację. Tak zachowują się nasze władze.

 

Na „Historię >Roja<, czyli w ziemi lepiej słychać” też nie ma państwowej kasy. Filmy o innych bohaterach – jak o Rafale Gan-Ganowiczu Piotra Zarębskiego – też miały kłopoty z kolaudacją i emisją. Media głównego nurtu nadal przemilczają wiele ważnych faktów z historii Polski.

 

Główny nurt zrobił się ściekiem. Ale pozamainstreamowy nurt jest już szalenie szeroki, nie do opanowania przez władze, nawet, gdyby usiłowały to zrobić. Chciałyby na pewno, ale byłoby to zawracanie Wisły kijkiem. Nie zapominaj, że 25 października będziemy mieli wybory, które – mam nadzieję – przyniosą wynik, który zmieni edukację szkolną, społeczną, publiczną.

 

Ok. Ale w święto „Solidarności” prezydent Andrzej Duda ani razu nie  wspomniał o Lechu Wałęsie. Kolejna biała plama?

 

Nie wyolbrzymiałbym tego. To jest jak najbardziej do wybaczenia. Ceremonia rocznicowa nie służy temu, aby dzielić. Byłem w Stoczni Gdańskiej podczas strajków sierpniowych w 1980 roku. Niezależnie od tego, co nowego dowiemy się o współpracy Lecha Wałęsy z bezpieką, jako „Bolka” już w pierwszej połowie lat 70. – nie wiemy, jakie haki władza ludowa na niego jeszcze miała, to wszystko jest nadal do wyjaśnienia – widziałem, jakim Wałęsa był znakomitym przywódcą robotniczym. Wynoszono go na wysięgniku nad bramą stoczni, wokół wiwatowało sto tysięcy ludzi, on był stworzony do tego miejsca. W tym samym miejscu przemawiał prezydent Andrzej Duda.

 

Na rynku od lat konkuruje wiele magazynów historycznych. Są „Historia Do Rzeczy”, „Newsweek Historia”, „Focus Historia”, „W Sieci Historii” czy tworzona przed laty przez Piotra Zychowicza z twoim m.in. udziałem „Uważam Rze Historia”. Wszystkie się sprzedają. Skąd ta popularność?

 

Starsze pokolenie zawiodło się na polskich łże-elitach i zwróciło się do swojej historii, do swego wnętrza, zajęło się odszukiwaniem swojej prawdziwej tożsamości. Ale to samo dotyczy młodego pokolenia. Od 2006 roku zacząłem redagować wydawane przy „Rzeczpospolitej” dodatki historyczne zapoczątkowane cyklem „Zwycięstwa oręża polskiego”. Ukazywały się wraz z sobotnim wydaniem. Wszystkich nas zdumiało, bo sprzedaż gazety wzrosła w kioskach o 40 tys. egzemplarzy. Zrobiłem jedenaście cykli historycznych. Był to sygnał dla wydawców, że na historii po prostu można zarobić.  

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl