Czy „drastyczne zdjęcia są ważne, bo takie jest życie”, jak twierdzą szefowie niemieckiego „Bilda”?

Sławomir Jastrzębowski: Nie wolno robić z gazety poradnika dla samobójców albo książeczki dla sadystów, którzy uwielbiają straszne obrazki. Sama drastyczność nie wystarczy aby zdjęcie publikować. To jest za mało. Zdjęcie ma czemuś służyć, ma opowiadać jakąś historię. Ma być dla czytelnika ważne z punktu widzenia zrozumienia świata, drugiego człowieka. Makabryczne zdjęcia mają nas przerazić, zaszokować, przed czymś przestrzec, o czymś poinformować. Jeśli spełniają te funkcje, to powinniśmy je publikować. Jeżeli mają tylko epatować okrucieństwem i bezdusznością, to za mało.

Zdjęcie martwego syryjskiego dziecka na okładce jest symbolem kryzysu humanitarnego w Europie?

Jest. Publikowałem to zdjęcie. Jest symbolem dramatu setek tysięcy niewinnych ofiar.

Nie widzisz logiki między akcją „Bilda”, który we wtorek ukazał się bez zdjęć - w ten sposób redakcja zareagowała na krytykowanie jej za drastyczne zdjęcia – a okrutnym zdjęciem „Faktu” z dziewczynką zamordowaną siekierą w Kamiennej Górze?

Axel Springer zmusił swoją gazetę w Polsce do przeproszenia za publikację tego zdjęcia. W tym nie ma logiki. Albo trzymamy się bardzo ważnego przekazu, albo nie. Pracowałem w „Fakcie”. Mam tam znajomych i przyjaciół. Obiecałem sobie, że nie będę się odnosił do ich działalności: nie będę ich ani bronił, ani potępiał. Mam swoje zdanie, ale nie będę się nim publicznie dzielił. Nie wypada bronić konkurencji, bo to nie jest mądre, ale nie wypada też ją kopać, wykorzystując łatwe do oceny przykłady i ich trudne chwile.

Inaczej: miałeś to samo zdjęcie, ale go nie opublikowałeś.

Odpowiedź na to pytanie byłaby już mieszaniem się w sprawy „Faktu”. Jeżeli powiem, że to zdjęcie miałem – a przecież go nie opublikowałem – to znaczy, że potępiam „Fakt”. Nie odpowiem więc na twoje pytanie.

Dajmy spokój „Faktowi”. Jakie argumenty rozważasz, podejmując decyzję o publikacji porażającego zdjęcia?

Mówiłem już, że musi ono być ważne. Zadaniem dziennikarzy tabloidu nie jest cenzurowanie rzeczywistości. Nie ma sensu publikowanie zdjęć z katastrofy kolejowej ze wszystkimi szczegółami, bo nie służy to opowieści. To jest „sekcja zwłok”, a ja się tym nie zajmuję. Nie ma problemu z dotarciem w Internecie do zdjęć zmiażdżonych, rozkawałkowanych ciał ludzi. Jeśli ktoś chce się takim widokiem napawać, może to robić, ale ja nie zamierzam mu tego ułatwiać. Na łamach „Super Expressu” takich zdjęć się nie znajdzie.

Czyżby? Od lat „Super Expressowi” wypomina się zdjęcie martwego Waldemara Milewicza, który zginął w zamachu terrorystycznym w Iraku. Wielu znanych dziennikarzy było oburzonych: „Uważamy, że wykorzystywanie przez wszelkie ludzkiej tragedii w celach marketingowych, promocyjnych czy politycznych jest obrzydliwe i poniżające, niegodne naszego zawodu" – napisali. Nie chcieli, aby ich, czy kolegów "pośmiertne zdjęcia służyły komuś do podnoszenia nakładu pism i brutalnego zarabiania pieniędzy".

Zdjęcie to opublikował mój poprzednik Mariusz Ziomecki, ale zrobiłbym dokładnie to samo. Dałbym je na pierwszej stronie. Dlaczego? Zrobiłbym to z szacunku dla Waldemara Milewicza, który był wspaniałym reporterem wojennym. To jest piękne zdjęcie.

Okrutne.

Oglądałem je długo. Nie ma w nim żadnego okrucieństwa. To jest zastygła śmierć. Pomnik. Spiż. Obraz trwały na wieki. Podzielę się z tobą przemyślaną przeze mnie obserwacją. Po każdej wstrząsającej  publikacji ważne jest, jakiego typu narrację, jej ocenę, narzuci się z zewnątrz. W ocenie tabloidów z niezwykłą łatwością narzuca się opinii publicznej taką ocenę: to są hieny, robią to dla pieniędzy. To są bzdury, bo nie mam wątpliwości, że drastyczne zdjęcia nie sprzedają gazet. Najczęściej działa to odwrotnie: są impulsem antyzakupowym. Ale ta narracja dotyczy dobrej albo złej woli. Jeśli uda się narzucić taki punkt widzenia, że ktoś coś zrobił ze złej woli albo z niskich pobudek, to wszyscy idą tym tokiem rozumowania i uważają, że mogą gazecie dokopać. Taki barani pęd.

Psychologia tłumu.

Gdyby taką publikację miała „Gazeta Wyborcza”, nie mówiłoby się o złych intencjach. Hipokryci argumentowaliby, że to było ważne, miało wstrząsnąć opinią publiczną. Tymczasem oni robią to samo, co uważają za słuszne. Przypisuje im się jednak odmienne intencje, niż tabloidom. Ale ja się tym specjalnie nie przejmuję. Wiem, co mam robić.

Miałeś chwile zawahania: publikować wstrząsające zdjęcie czy nie?

Pamiętam błazenadę prokuratora wojskowego Mikołaja Przybyła, który pozorując samobójstwo przestrzelił sobie policzek. Zrobił to na konferencji prasowej, chciał to zrobić w świetle jupiterów, aby to miliony ludzi zobaczyło. Mieliśmy wątpliwości, czy publikować to zdjęcie. I tak rzuciło się na nas potem stado idiotów i zaczęli brednie wypisywać. Podobnie zawahałem się przed publikacją mamy Madzi z Sosnowca na koniu.

Zleciłeś to fotoreporterom. Katarzyna Waśniewska siedziała w kostiumie kąpielowym na koniu. Była radosna.

Najpierw wydawało mi się, że nie da się tego zdjęcia zrobić. Kiedy je zobaczyłem – oniemiałem, bo przecież ta kobieta przed chwilą straciła dziecko! Powinna być w żałobie. Tymczasem rozebrała się przed fotoreporterami i zrobiła sobie sesję. Pomyślałem, że to może przesądzać o jej winie. O tym, że z dzieckiem nie była związana. To nie jest normalna matka. Ale wiedziałem, że po publikacji tego zdjęcia zostanę potępiony przez wielu ludzi. Za to, że morderczynię dałem na koniu. Do dzisiaj mi się to wypomina. Zrobiłem to jednak specjalnie. Z rozmysłem. Po głębokiej refleksji, że zdjęcie najlepiej pokazuje stan psychiczny tej kobiety. Żadna inna kobieta po śmierci własnego dziecka nie zgodziłaby się na robienie takich rzeczy.

A kiedy powtrzymałeś się przed drukiem?

Mam takich przykładów setki. Jako jeden z pierwszych w Polsce miałem zdjęcia śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego leżącego na stole sekcyjnym. Kikuty poharatanego ciała. Te zdjęcia nie ujrzały światła dziennego. Nie widzę powodu do takich publikacji. To są zdjęcia dla patomorfologów, a nie moich czytelników.

Jakie motywy kierują wydawcami przy publikacji wstrząsających obrazów: biznesowe czy etyczne?

Publikowanie drastycznych zdjęć daje tylko obniżkę sprzedaży gazety. Można za to dostać od czytelników kopniaki w dupę.

Pracowałeś przed laty w „Dzienniku Łódzkim”. Ta gazeta, jak 90 proc. innych tytułów regionalnych, należy do niemieckiego koncernu medialnego Verlagsgruppe Passau, działającego w Polsce pod nazwą Polskapresse. Czy podzielasz pogląd Wojciecha Reszczyńskiego, że Niemcy nie tylko robią w Polsce biznes, ale realizują też niemiecką racje stanu?

Pracowałem w „Wiadomościach Dnia” i pamiętam wypowiedź Franza Xavera Hirtreitera prezesa-dyrektora generalnego Verlagsgruppe Passau (właściciela Polskapresse). Powiedział: „Nie mogliśmy was podbić militarnie, to podbiliśmy ekonomicznie”. Niezależnie od konwencji żartu ta wypowiedź najlepiej chyba świadczy o tym, jak Niemcy postrzegają Polskę i do czego służą im polskie media. Wpuszczenie kapitału niemieckiego do polskich mediów na tak wielką skalę jest absolutnym nieporozumieniem i działa wbrew polskim interesom.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl