Z Pawłem Grzegorczykiem o tym, czy repolonizować media, czy też zwalczać monopolizację rozmawia Błażej Torański.

Udział kapitału zagranicznego w polskich mediach jest miażdżący.

76 proc. prasy należy do wydawców zagranicznych, właściwie do trzech największych - Bauera, Axel Springer Polska i Polskapresse – mają 64 proc. rynku. Dwie pierwsze spółki są niemieckie, trzecia niemiecko-szwajcarska. W radiofonii obcego kapitału jest 48 proc., polskiego - 43. Grupa RMF od 2008 roku jest w rękach Bauer Media Polska, a Eurozet w kieszeni francuskiej Groupe Lagardere.  Zdecydowanie lepiej wygląda sytuacja w przypadku telewizji. Trzy największe telewizje – TVP, TVN i Polsat - mają ponad 70 proc. udziałów w oglądalności i – poza TVN - są polskie. Grupa TVN w tym roku została sprzedana za 584 mln euro amerykańskiej korporacji Scripps Networks Interactive. Czwarty gracz – Telewizja Puls – ma tylko 4 proc. W Internecie 42 mln Polaków miesięcznie odwiedza trzy największe portale – Wirtualna Polskę, Onet i Interia.pl – wszystkie są własnością obcego kapitału. Na dziesięciu największych wydawców w sieci, sześciu jest z zagranicy.

Zagraniczni wydawcy nie robią w Polsce wyłącznie biznesu. Realizują własne cele polityczne, kulturowe, globalistyczne. Przenoszą do Polski wzorce obce naszej kulturze i tradycji.

Zasadniczy problem z formułowaniem tego typu zarzutów jest taki, że to publicystyka, niepoparta konkretnymi badaniami. Z drugiej strony trudno oczekiwać, że w sposób matematyczny uda się pokazać wpływ zagranicznego właściciela na treść publikowanych materiałów. Dyskutując więc o konsekwencjach narodowości kapitału warto zwrócić uwagę w pierwszej kolejności na kwestie finansowe i zadać pytanie, gdzie te podmioty płacą podatki? I tutaj może się okazać, że narodowość ma konkretny wpływ i wiąże się z drenażem naszego państwa z wpływów podatkowych.

Kapitał niemiecki inwestuje głównie na ziemiach zachodnich i na Śląsku. Nie jest to niepokojące?

O wiele bardziej niepokojąca jest dla mnie monopolizacja rynku. Lepiej dla wolności słowa, jeśli na rynku jest wielu wydawców i - co za tym idzie - punktów widzenia. Tymczasem, jak dowodzą moje badania, mamy kilka podmiotów, które kontrolują znaczną część poszczególnych sektorów rynku medialnego, a w przypadku spółki Bauer mamy do czynienia z ryzykiem tzw. „monopolizacji krzyżowej”, czyli sytuacji, gdzie jedna firma zaczyna kontrolować dużą część rynku w kilku sektorach mediów jednocześnie, np. w prasie i radiu.  Niedawno Fundacja „Sztuka-Media-Film” opublikowała raport „Strategia rozwoju rynku medialnego 2015-2020”. Naukowcy przewidują, że na polskim rynku do 2020 roku przetrwa tylko sześć koncernów medialnych. Wtedy będzie problem, niezależnie, czy media będą w rękach polskich czy zagranicznych. Polscy właściciele też mogą używać mediów w celach politycznych. Największym problemem jest więc monopolizacja. Stąd moje postulaty o dążeniu do jak największego rozproszenia rynku.

W  swoim raporcie pisze Pan: „odgórne dekrety repolonizacyjne i śmiałe pomysły o nacjonalizacji mediów odłóżmy na bok”. Pomysły Pawła Kukiza i PiS na media są nierealne?

Te pomysły są bardzo wartościowe, bo wywołały dyskusję. Dyskusję, której w Polsce brakowało od 25 lat. Na początku lat 90. politycy z Kongresu Liberalno-Demokratycznego przekonywali, że „kapitał nie ma narodowości”, a w gospodarce liczy się „matematyka, nie polityka”. Wyśmiewali wszystkich, którzy widzieli zagrożenie w prywatyzacji i sprzedaży polskich podmiotów gospodarczych. Od tego czasu przeszliśmy daleką drogę, jeśli chodzi o podejście do zagranicznego kapitału. Za sztandarowy przykład służy były premier Jan Krzysztof Bielecki – kiedyś jeden z głównych prywatyzujących państwowy majątek, dziś czołowy zwolennik repolonizacji polskiego sektora bankowego.

Niestety w przypadku rynku medialnego wciąż tkwimy w ubiegłym wieku. Dlatego należy cieszyć się z sytuacji, kiedy o monopolizacji prasy lokalnej mówi Paweł Kukiz, a w programie Moniki Olejnik Jarosław Gowin wspomina o repolonizacji mediów. Platformę Obywatelską, taka jest obiegowa opinia, media nie interesowały. A przecież o rynku medialnym trzeba dyskutować.

Nie interesowały, bo media głównego nurtu jedzą z ręki partii władzy. Ale omówmy konkrety. Kukiz i PiS chcą zakazać koncentracji kapitału koncernów zachodnich na poziomie 20-25 proc. Nie jest to możliwe do realizacji?

Z koncentracją kapitału Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów powinien walczyć. Rynki są specyficzne, sektory różne. Na światowym rynku informatycznym, bardzo rozdrobnionym jest tak, że jeśli jakaś firma ma 15 proc. udziału, to już jest monopolistą. A u nas na rynku prasowym największa spółka – Wydawnictwo Bauer – ma 33 proc. Nie można więc tego ustalić odgórnie procentowo, bo to może prowadzić do nadużyć. Do każdego sektora mediów powinniśmy podchodzić indywidualnie i patrzeć na ręce urzędnikom UOKiK. Jednocześnie zostawiając im swobodę w ustalaniu tych limitów w zależności od sektora, jak i czasu. Wpisywanie odgórnych limitów do ustawy uważam, za nieskuteczne rozwiązanie.

Ale to właśnie UOKiK dwa lat temu zgodził się, aby niemiecki wydawca Verlagsgruppe Passau, działający w Polsce pod nazwą Polskapresse, odkupił od Mediów Regionalnych gazety i portale internetowe. Polski urząd doprowadził do niemieckiego monopolu informacyjnego. Mają teraz w tym segmencie 90 proc.

 

Zgadzam się. To jest dla mnie bardzo niedobra decyzja, nie rozumiem jej. Teraz gazety regionalne, jak „Dziennik Polski” czy „Dziennik Zachodni” są w rękach Polskapresse. Ale remedium na to nie jest ustalanie procentowego udziału w rynku, tylko weryfikacja działań UOKiK. Trzeba ten urząd rozliczać.

To może zacząć od odzyskania prasy regionalnej? Wojciech Reszczyński proponuje, aby odkupiły ją „spółki skarbu państwa, samorządy spółki pracownicze, czytelników zorganizowanych w stowarzyszenia czy dzięki publicznej zbiórce pieniędzy na ten cel”.

Media regionalne mają bardzo ważną rolę do odegrania. W każdym województwie są oddziały telewizji i radia. W pierwszej kolejności powinniśmy zadbać o te podmioty. Trzeba je wzmocnić. Problemem wśród mediów lokalnych są gazety wydawane przez burmistrzów czy starostów. Służą one często wyłącznie do celów politycznych. Tak więc mamy dwie strony medalu. Z jednej są niemieccy właściciele sporej części gazet regionalnych, z drugiej polscy decydenci polityczni, którzy media w swoich gminach wykorzystują dla celów partykularnych, nie dla dobra publicznego.

Regionalne oddziały TVP i Polskiego Radia są spółkami akcyjnymi, nastawionymi na zysk, a przecież, jak słusznie zauważa wspomniany Wojciech Reszczyński, są to instytucje użyteczności publicznej i zaufania publicznego. Trzeba zmienić ich status i postawić na ich czele nie biznesmenów technokratów, tylko wybitnych artystów lub dziennikarzy. To z kolei propozycja PiS.

To słuszne postulaty, bo przede wszystkim trzeba odpolitycznić media regionalne. W zarządach i radach nadzorczych tych spółek zasiadają lokalni politycy. Często ci sami, wybierani na kolejną kadencję. Te media są też słabe finansowo. Pieniądze przeznacza się głównie na centrale Polskiego Radia i TVP. Dziennikarze w regionach żalą się, że tnie się koszty, nie zatrudnia się ich tylko zleca konkretne materiały.

Sponsorują je głównie samorządy. Media straciły swą elementarną funkcję: kontrolowania władzy.

Zgoda. Ale media regionalne są też ważne z powodu postępującej centralizacji: życie polityczne, medialne i biznesowe rozgrywa się w Warszawie. Powinniśmy mieć kilkanaście silnych ośrodków medialnych, które informowałyby o życiu regionu i promowały je. Teraz tej roli nie pełnią. Mają tylko słabe programy publicystyczne.

Paweł Kukiz postuluje wprowadzenie zakazu reklam firm państwowych i organów władzy publicznej w mediach o kapitale zagranicznym. Z Pana raportu wynika, że w latach 2008-2012 najwięcej pieniędzy ze spółek skarbu państwa zgarnął szwajcarsko-niemiecki „Newsweek”: 45 proc. budżetu przeznaczonego na tygodniki.

To prawda. Przygotowuję kolejną analizę o tym, jakie media wspiera państwo. Sprawdzam to w ministerstwach i spółkach skarbu państwa. Nie mam jeszcze danych, trudno je uzyskać. System nie jest przejrzysty. Dlatego żyjemy spekulacjami, obiegowymi opiniami o tym,  że media „lewicowo-liberalne” dostają więcej pieniędzy. Że z tego powodu „Gazeta Wyborcza” obawia się przejęcia władzy przez PiS. Nie wykluczam, że reklamy zlecane są wedle klucza politycznego.

A nie są?

Jeszcze tego nie policzyłem. Ale postuluję, żeby kontrolować środki wydawane na ogłoszenia, komunikaty i reklamy przez instytucje utrzymywane z naszych podatków – od resortów przez samorządy po spółki skarbu państwa. Proponuję, aby kancelaria Rady Ministrów co roku publikowała w Biuletynie Informacji Publicznej wykaz pieniędzy wydanych na te cele wraz z uzasadnieniem, dlaczego wylądowały u jednego wydawcy. URM powinien takie zestawienia przesyłać do każdej redakcji w kraju, aby powiadomiły o tym swoich czytelników. Pieniądze te powinny trafiać głównie do polskich wydawców.

Jak Pan zbiera dane do swoich analiz?

Domagam się ich, jako informacji publicznej. W tym celu wysyłam do resortów dziesiątki listów poleconych. To jest karkołomna praca. Wszystko robię na własną rękę.






 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl