Z Tomaszem A. Żakiem o wygranej w Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu, niedoróbkach polskiej demokracji i stosowaniu paragrafu 212 KK jako pałki rozmawia Kajus Augustyniak.

 

 

Tomasz A. Żak, rocznik 1955 - reżyser, publicysta, dziennikarz. Założyciel i lider Teatru Nie Teraz. Organizator licznych wydarzeń teatralnych, autor publikacji historycznych. W latach 1990-91 był współwydawcą i redaktorem naczelnym pierwszego w III RP prywatnego czasopisma w Tarnowie – „Gazety Tarnowskiej". Od roku 2003 do 2005 był redaktorem naczelnym Galicyjskiego Tygodnika Informacyjnego „TEMI" w Tarnowie, jednej z największych lokalnych polskich gazet. Obecnie pracuje w teatrze.

 

 

 

Europejski Trybunał Praw w Strasburgu uznał, że polskie sądy skrzywdziły Pana i Pańską redakcyjną koleżankę (Dorotę Juchę - red.), skazując Was za zniesławienie tarnowskiego radnego – osiem lat  po publikacji. Osiem lat – to dużo czy mało na zamknięcie sprawy?

Z pozycji czysto ludzkich bardzo dużo, to bardzo długi okres w życiu jednego człowieka. Jak wynika z tego postępowania, z  pozycji procedur prawnych, to wcale nie tak dużo.

Czy po tych ośmiu latach ma Pan poczucie ulgi, satysfakcji?

Ulgi chyba nie, bo to za długo trwało. Satysfakcji – tak, na pewno, chociaż tamta sprawa parę rzeczy w moim życiu zmieniła. Poniekąd także to, że odszedłem z dziennikarstwa. Sytuacja, w której można było wobec mnie przez pewien czas używać słowa „przestępca”, bo byłem skazany, owocowała niedobrymi sytuacjami w moim życiu i to przy aktywnym udziale pana Marka C., owego „zniesławionego” radnego. W efekcie, także moje życie zawodowe potoczyło się inaczej.

Polski sąd w oparciu o osławiony paragraf 212 uznał, że jesteście Państwo winni zniesławienia, a Europejski Trybunał Praw Człowieka, do którego się odwołaliście, w uzasadnieniu swojej decyzji wręcz Was pochwalił za wykonywanie swoich dziennikarskich obowiązków. Jak to jest?

Ta rozbieżność dotyka nie tylko nas. Nie jesteśmy pierwsi i wygląda na to, że nie będziemy ostatni, że to nie będzie ostatni taki wyrok. Myślę, że to efekt takiej, a nie innej konstrukcji prawno-organizacyjnej III RP.  Demokracji niedopracowanej co do roli, jaką w niej powinny pełnić media i dziennikarze, którzy w nich mediach pracują. Myślę również, że bycie wolnym wymaga dużej pracy nad obyczajowością, a Polacy wciąż tkwią w mentalności postokupacyjnej, sowieckiej. Jedną z konsekwencji jest przyzwolenie na odmienne standardy w stosunku do przedstawicieli władzy.

Obserwując działalność współczesnych mediów można zauważyć kaganiec zakładany na nie w takich sprawach jak ta, w innych zaś zdumiewająco swobodne zachowanie niektórych pracowników mediów, aż strach powiedzieć -  dziennikarzy. Dlaczego tak się dzieje?

Niezależność informacyjna mediów jest na pewno funkcją ich niezależności finansowej, ale jeszcze bardziej niezależności od bieżącej polityki. Widzę ten problem podobnie i do końca nie umiem sobie na to odpowiedzieć, dlaczego ludzie chcą żyć na smyczy i z kagańcem. W wymiarze lokalnym tamten temat sprzed ośmiu lat był bardzo gorący. Mieliśmy do czynienia z osobą, która pełniła bardzo ważną funkcję, zainteresowanie tematem było ogromne, a potem czytelnicy dowiedzieli się, że można wiele powiedzieć, a i tak będzie jak zawsze.

Mówimy o bohaterze serii artykułów, polityku, wówczas wiceprzewodniczącym  Rady Miejskiej w Tarnowie?

Tak, zarazem o człowieku bardzo aktywnym w życiu publicznym.

Państwo nie pisaliście o nim jako o przestępcy, ale miał kłopoty z prawem?

Tak, miał kłopoty z prawem. Myśmy je wyartykułowali, odwołując się do bardzo konkretnych materiałów. Gromadziliśmy te dokumenty  pieczołowicie, sięgając do różnych źródeł i je weryfikując. Mieliśmy nawet takie, które pochodziły z USA.

Ale ostatecznie to nie on podał Was do sądu, tylko prokuratura uznała, że złamaliście prawo?

To jest właśnie to, ten osławiony artykuł 212 Kodeksu Karnego, o którym tylu ludzi mediów od lat mówi, a który tak naprawdę jest pewnego rodzaju pałką na dociekliwość dziennikarzy, na ich chęć mówienia prawdy, bez owijania w bawełnę, i bez liczenia się z tym, jaką kto pełni funkcję. To po prostu trzeba powiedzieć. Artykuł 212 przez wiele, wiele ostatnich lat był skutecznie wykorzystywany przeciwko dziennikarzom. Miejmy nadzieję, że któryś z rzędu wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka doprowadzi w końcu do tego, że ten artykuł wyślemy tam, gdzie jest jego miejsce, czyli do muzeum.

A sądzi Pan, że ten i podobne wyroki mogą wpłynąć już nie tylko na zmianę owego paragrafu, ale i na obyczajowość, na osoby, które są skłonne do korzystania z niego, w tym na polityków?

Na taką zmianę, póki co, nie ma możliwości, jeśli to nie wynika z samego prawa i z tego, co nasi ustawodawcy zechcą uczynić z owym paragrafem 212. Kara nakładana przez Trybunał w Strasburgu nie ma bowiem przełożenia na personalia, na tych, którzy – jak z tego wynika - podejmują decyzje przeciwko wolnemu słowu. Przecież to my, podatnicy płacimy te zasądzane odszkodowania, które skądinąd duże nie są (skarżący dostaną łącznie 2380 euro odszkodowania – redakcja). A w wielu przypadkach spraw, które prostował Strasburg, lokalne wyroki łamały życie ludzi. Jeśli ktoś dziś otrzyma to odszkodowanie w euro równe na przykład jednej średniej pensji, to jest to skromna kwota. Być może gdyby taka kara za popełniony błąd, za złe orzeczenie niezgodne z tym, co Trybunał jednoznacznie artykułuje, była większa, to szybciej byśmy się doczekali tej zmiany, nawet gdyby ta kwota nie w całości trafiała do kieszeni osoby skrzywdzonej. Niechby to poszło na przysłowiowy dom dziecka czy podobny cel. Ważne, by dotykało to ewidentnie tych, którzy takowe decyzje podejmują. Mogłoby to być dla nich inspirujące, może sami poszliby po rozum do głowy i wpłynęli na ustawodawcę.

 

 

Zob. też:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,8311,title,Kolejna-wygrana-polskich-dziennikarzy-w-Strasburgu,wid,15032195,wiadomosc.html

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl