Z Tadeuszem M. Płużańskim o przywracaniu zbiorowej pamięci Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych i koniecznej kontrrewolucji w mediach rozmawia Błażej Torański.
Wiele zniczy zapalił Pan Żołnierzom Niezłomnym?
Trudno policzyć. Byłem na „Łączce”, na warszawskich Powązkach Wojskowych, gdzie skupia się tragedia polskich Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych. Ale nie paliłem zniczy przed Panteonem-Mauzoleum, gdzie władza pochowała nieliczne szczątki zidentyfikowanych, tylko pod brzozowymi krzyżami, ustawionymi przez Fundację „Łączka” i upamiętniającymi tych, którzy do dziś są w dołach śmierci. Jeszcze setka naszych chłopaków leży tam pod ziemią, pod grobami głównie oficerów politycznych tak zwanego Ludowego Wojska Polskiego. Ich ekshumacja nadal kole w oczy.
Czyje? Rodzin dygnitarzy komunistycznych, pod grobami których leżą nadal - jak Pan powiedział - nasi chłopcy?
Rodzin komunistów i bezpośrednich oprawców Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych. Nie zmienił się ich sposób widzenia świata. Poruszają się w nim tak samo, jak ich rodzice. Dlatego trudno liczyć na ich przychylność w kwestii ekshumacji szczątków naszych bohaterów.
Te rodziny zapewne myślą, jak wdowa po Eugeniuszu Chimczaku, stalinowskim zbrodniarzu. Spytał ją Pan na pogrzebie męża, czy wie, co robił. Stwierdziła, że musi Pan być synem „jakiegoś bandyty”. Jak uzyskać ich zgodę – a tego wymaga prawo – aby dokonać ekshumacji naszych chłopaków?
No właśnie. Są tam 194 groby, głównie komunistów. Ich niektórzy bliscy przyznają, że mają dosyć nagłośnienia tej sprawy i - nie dla naszych bohaterów, ale dla własnej wygody - chcieliby zejść z pola rażenia mediów, żeby już o nich nie pisać i nie mówić. Rozumiem tę postawę, bo w pewien sposób są oni napiętnowani i dziwię się, że nie wszyscy podzielają ten punkt widzenia. Nie wszyscy chcą przesunąć groby, co umożliwiłoby wydobycie Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych. Negocjacje z nimi – na podstawie ustawy zgłoszonej przez byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego - rozpoczął wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski z Platformy Obywatelskiej. Prawo to zawiera warunek skandaliczny: uzależnia ekshumację Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych od zgody potomków ich morderców. Przekonać do przesunięcia grobów PRL-owskich dygnitarzy trzeba nie tylko najbliższe rodziny, ale i - nawet dalekich - krewnych. Jak informowały media wyznaczono do tego ludzi wziętych z łapanki, bez kwalifikacji psychologicznych, ani negocjacyjnych.
Kwadratura koła. Może taki był zamiar prezydenta Bronisława Komorowskiego, aby opinii publicznej dać sygnał, że broni pamięci Wyklętych, a równocześnie tak skonstruował ustawę, że nie da się jej zrealizować?
Taki jest chyba ukryty cel, karkołomne zadanie. Aby zagmatwać sprawę, unurzać ją w oparach absurdu. A wystarczyło przeprowadzić ekshumację w prosty sposób: poprzez śledztwo prokuratorskie w sprawie zbrodni komunistycznej na „Łączce”.
Nagrodę im. Jacka Maziarskiego dostał Pan za „znaczący wkład w propagowanie prawdziwej historii Polski”. Właściwie za przywracanie zbiorowej pamięci Żołnierzy Wyklętych, ale opisywanie też ubeckich zbrodniarzy, komunistycznych bestii. „Naszymi bohaterami są Pilecki, Fieldorf, Szendzielarz, Dekutowski, a nie Jaruzelski, Kiszczak, Urban, Miller” – powiedział Pan w jednym z wywiadów. Leszek Miller żołnierzy NSZ uważa za „sojuszników Hitlera, pogromców Żydów, orędowników III wojny światowej”. Dlaczego „Super Express”, gdzie kieruje Pan działem Opinie, drukuje felietony Leszka Millera?
(śmiech). Co ja mogę? Nie zaprosiłem Leszka Millera do pisania felietonów dla „Super Expressu”. Musiałbym być szalony, zaprzeczyć temu wszystkiemu, co robię. Takie zobowiązanie spadło na mnie po tym, gdy kilka lat temu obejmowałem dział Opinie. Nie miałem na to żadnego wpływu. Zazwyczaj, kiedy czytam jego teksty, krew mnie zalewa, co ten człowiek wypisuje. Raz nawet, kiedy zaniżył liczbę ofiar stanu wojennego, nie wytrzymałem i pozwoliłem sobie na polemikę z felietonistą mojej gazety.
Raport Jana Rokity sprzed lat podawał, że była ich co najmniej setka.
No właśnie, a Miller pisał o kilkunastu ofiarach. Sprostowałem w swoim tekście to kłamstwo historyczne. Powołałem się, jak pan wspomniał, na raport Rokity.
Po 25 października, Panie Tadeuszu, nie musicie się już bać! Możecie wyrzucić z łamów felietonistę Leszka Millera.
Nie miałbym nic przeciwko temu. W polityce on już swoją przydługą w III RP epopeję skończył (śmiech). On i jego towarzysze nie powinni brać udziału w życiu publicznym, jako zagorzali komuniści, którzy pełnili wysokie funkcje w poprzednim systemie. Jeśli poważnie podejść do komunizmu i oddać hołd ofiarom tego systemu, to SLD powinien być zdelegalizowany. Komunizm w Polsce jest zakazany, a to jest partia komunistyczna. Teraz zostali odsunięci od władzy nie na podstawie ustawy czy zasad dobrego obyczaju, ale Polacy pokazali im czerwoną kartkę.
Niewątpliwie jest to także reakcja na zakłamywanie historii przez ostatnie ćwierć wieku. Jak tę tendencję odwrócić, skoro na przykład Telewizją Polską nadal rządzą silne klany rodzinne, które przetrzymują fale kolejnych rządów – lewicowych i prawicowych.
Tak jest, bo TVP to jeden z filarów komunistycznego kłamstwa w Polsce. Jak wymiar sprawiedliwości, który odziedziczyliśmy po PRL-u. Jak system edukacji, w którym nie ma Żołnierzy Wyklętych i Solidarności.
Oj, o Solidarności się naucza. Nie odbiegajmy jednak od mediów. Jak odwrócić komunistyczne kłamstwa, skoro w TVP nadal – jak twierdzi Wojciech Reszczyński – pracują dawni delegaci na zjazdy partii, sekretarze POP, byli cenzorzy, a nawet oficerowie SB, którzy pod marynarką nosili broń krótką? Są nieliczni, ale wpływowi.
Kontrrewolucja jest nadal potrzebna, bo nie tylko liczy się wynik wyborczy, ale – co z niego będzie wynikało. Trzeba tę kontrrewolucję przeprowadzić błyskawicznie i fundamentalnie także w mediach. Konieczne są zdecydowane cięcia, lustracja i prześwietlenia osób, które pracują w mediach publicznych. Oczywiście trzeba dać szansę tym ludziom, pod warunkiem, że zadeklarują odtąd chęć służenia polskiemu interesowi narodowemu, polskiej racji stanu.
I da Pan wiarę deklaracjom takich redaktorów, jak Jerzy Modlinger, podziemny drukarz, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, a od lat szef „Teleexpressu”? Kilka lat temu przekonywał Pana, że jego ojciec, Jerzy Maurycy Modlinger, w latach 50. Komendant Oficerskiej Szkoły Prawniczej, szkolącej zastępy stalinowskich sędziów i prokuratorów wojskowych był tylko słabym człowiekiem.
Oczywiście nie wszystkim należy dawać szansę. Są tacy, którzy powinni zostać odsunięci. Jednoznacznie potwierdzili swoimi życiorysami, decyzjami i postawą, że nie zasługują na takie względy.
Kogo ma Pan konkretnie na myśli?
(śmiech) Chce mnie Pan wpuścić w jednoznaczną wyliczankę. Z pewnością jest to Jerzy Modlinger, który nadal hołduje historii swego ojca. Nie widzi niczego złego w tym, co jego ojciec, stalinowski prokurator, robił w najgorszych, powojennych czasach. Są tacy, którzy sprzeniewierzyli się zawodowi dziennikarskiemu. I nie chodzi już tylko o ich korzenie, o to, skąd się wzięli, choć niewątpliwie miało to wpływ na ich wychowanie i późniejsze działanie. Można wymienić Piotra Kraśkę, Tomasza Lisa czy Monikę Olejnik.
Trochę się Pan zagalopował, Monika Olejnik pracuje w prywatnych stacjach.
Kryteria życiorysowe są mniej ważne, bo przecież dzieci mogły przejść na dobrą stronę mocy. Trzeba było tylko chcieć. Ale wymienieni podważyli swoje kompetencje. Zamiast dziennikarzami, okazali się propagandystami i powinni odnaleźć się raczej w świecie politycznym. Np. jako posłowie. Dziennikarze powinni bowiem władzy patrzeć na ręce, a nie jej hołdować. Takie osoby są niereformowalne. Dla nich nie powinno być miejsca w nowym ładzie medialnym.
Jak Pan, pisząc w tabloidzie, wywabia plamy z najnowszej historii Polski? W tygodniku opinii byłoby łatwiej.
Na pewno. Ale pytanie - co jest tabloidem. Moim zdaniem cechy tabloidów mają i TVN, i „Gazeta Wyborcza”. „Super Express” w tym gronie jest aniołem.
Zaraz, zaraz. Gazety bulwarowe opisują głównie seks, krew i pikantne szczegóły z życia gwiazd show biznesu. Co takiego jest w „Gazecie Wyborczej”?
(śmiech) To jest tabloid polityczny. Ta gazeta żywi się sensacją, nienawiścią wobec jednej opcji politycznej. Czy to nie jest podejście bulwarowe? W „Super Expressie” nie ma takiej „hejterki”, naginania faktów i zniekształcania ich. Mam wrażenie, że „Gazeta Wyborcza” robi to nagminnie.
Ma Pan na myśli nazwanie Żołnierzy Wyklętych „bandytami” przez Seweryna Blumsztajna?
Na przykład. To jest nienawiść i kłamstwo w czystej postaci, oszukiwanie czytelników. Ta gazeta moim zdaniem zasłużyła na miano rynsztoka.
Ale – powtórzę – jak Pan pisze o historii w „Super Expressie”, żeby trafić do kasjerek czy taksówkarzy?
Bez skrępowania przedstawiam wszystkie opinie. Jednoznacznie opisuję bohaterów i ich oprawców. Językiem prostym, co nie znaczy prostackim. Nie narzucam sobie autocenzury. Nagroda im. Jacka Maziarskiego świadczy też o tym, że udało mi się spopularyzować polską historię i Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych, przedstawić trudne historie w sposób przystępny. Dla ludzi nieobeznanych z tematyką. Taki mam cel, aby felietonów czy książek nie pisać językiem hermetycznym.
