Z Wojciechem Reszczyńskim o nowym kodeksie etycznym dla dziennikarzy TVP rozmawia Błażej Torański.
Telewizja Polska wprowadziła nowy kodeks etyczny dla dziennikarzy. Nie jest to nagła, chaotyczna próba dostosowania się do zwycięskiego wyniku wyborczego Prawa i Sprawiedliwości?
Dostrzegam takie elementy, a uznanie tej próby za chaotyczną jest jak najbardziej uzasadnione. Czytając cały ten kodeks etyczny zastanawiam się, co przeszkadzało władzom Telewizji Polskiej, by przyjąć Kodeks Etyki Dziennikarskiej SDP, który jest zgodny z kodeksem Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EFJ). Dostosowaliśmy swój kodeks do europejskiego i możemy powiedzieć, że jesteśmy europejskimi dziennikarzami. TVP, tworząc swój kodeks, dokonuje nerwowych ruchów. Jego twórcy kompromitują się.
Wśród zaktualizowanych zasad są zapisy, że dziennikarze Telewizji Polskiej nie mogą być dawnymi pracownikami, współpracownikami służb PRL ani obecnie współpracować ze służbami. Czy to nie jest kpina, pusty zapis, skoro – jak wielokrotnie mówiłeś – pracują w TVP nadal dawni delegaci na zjazdy partii, sekretarze POP, byli cenzorzy, a nawet ci, którzy pod marynarką nosili broń krótką.
Dyrektorem programowym TVP jest Sławomir Zieliński, były funkcjonariusz wojskowych służb wewnętrznych, które przekształciły się w żandarmerię wojskową. Jeżeli w rozszerzonych zasadach mówi się, że tacy ludzie nie mają moralnego prawa do pracy w telewizji publicznej, a w kodeksie etyki dziennikarskiej TVP SA jest napisane tylko, że nie mogą współpracować z tajnymi służbami, to należałoby zapytać, która zasada jest obowiązująca?
Podobny zakaz ma dotyczyć współpracy z partiami politycznymi, a także marketingowej z firmami oraz kryptoreklamy. Ale przecież dziennikarze Telewizji Polskiej SA od dawna łamią te zasady, biorą udział w kampaniach reklamowych. Maciej Kurzajewski wystąpił w spocie PKO BP, Marzena Rogalska - Biedronki, a Tomasz Lis na portalu NaTemat promował napój Powerade.
Oczywiście, że tak. Nowy kodeks etyki dziennikarskiej TVP ujawnia zupełny brak profesjonalizmu autorów tych zasad. W punkcie pierwszym zapisu „Dziennikarz wobec telewidzów” stwierdza się, że dziennikarz telewizji publicznej służy „społeczności widzów”. Co to za definicja? Powinien służyć odbiorcom (sic), a nie „społeczności widzów”, bo ta może być różna. Równocześnie zabrakło tam nawet słowa „obiektywizm”. W punkcie drugim czytam, że zadaniem dziennikarza jest „realizacja prawa każdego obywatela do informacji oraz tworzenie form debaty publicznej”. To nie jest zadaniem dziennikarza. Jego obowiązkiem jest przedstawienie wszystkim odbiorcom informacji i organizowanie takiej debaty publicznej, która umożliwiałaby równy dostęp ludzi o różnych poglądach. Nagminnym grzechem telewizji jest zapraszanie czterech osób, spośród których trzej goście - podobnie jak dziennikarz - prezentują wspólny pogląd. Tylko jeden jest w opozycji. Tak działo się przez ostatnie lata. Podobnie jest z sondami publicznymi. Jeśli dwie są krytyczne wobec tworzącego się rządu, to dwie inne powinny wyrażać aprobatę. Tymczasem te proporcje w pracy dziennikarskiej nigdy nie są przestrzegane. Gdyby przyjęli zasady wspomnianego przeze mnie kodeksu Europejskiej Federacji Dziennikarzy, nie byłoby żadnych wątpliwości.
Nie jest więc nowy kodeks sztuką dla sztuki? „Dziennikarz zachowuje równy dystans wobec polityków różnych orientacji. Niedopuszczalny jest lekceważący lub stronniczy stosunek do kandydatów w wyborach parlamentarnych, prezydenckich lub samorządowych. Dziennikarz nie może dyskryminować któregokolwiek ze swoich rozmówców ani zachowywać bierności wobec obraźliwych zachowań zaproszonych gości utrudniających wypowiedzi ich oponentom” – te zasady są w TVP regularnie łamane. Po co je zapisywać? Nie lepiej po prostu stosować?
Rzeczywiście jest wiele truizmów. „Żadne okoliczności, motywy, naciski czy inspiracje nie usprawiedliwiają podania fałszywych czy niesprawdzonych informacji ani zatajania informacji”. Wystarczyło napisać, że dziennikarz ma przekazywać prawdę. To jest bełkot. Nie mam czasu na głębszą analizę. Zwracam uwagę tylko na to, co od razu rzuciło mi się w oczy. W rozdziale 8 „Przestępstwa i sądy”. „Relacje dziennikarzy o czynach przestępczych i zachowaniach antyspołecznych nie powinny ułatwiać ich naśladowania”. To jest kuriozum. Wiadomo czym są czyny przestępcze i zachowania antyspołeczne. W żaden sposób nie wolno ich popularyzować! A co dopiero zastanawiać się nad tym, aby pokazane nie ułatwiały naśladowania. W tym samym rozdziale czytam, że „dziennikarzowi nie wolno ujawniać danych osobowych, wizerunku i innych danych umożliwiających identyfikację osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, chyba, że prokurator lub sąd na to zezwoli”. Bardzo przepraszam, ale jeżeli toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe przeciwko politykowi, ministrowi, czy to znaczy, że dane osobowe nie mają być ujawniane? Przecież byłoby to sprzeniewierzeniem się prawdzie. Obowiązkiem dziennikarza jest podać informację o tym, że przeciwko politykowi toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe. Rozdział ósmy ma na celu jakby ukrycie spraw sądowych, które mogłyby się toczyć w przyszłości przeciwko niektórym politykom. Punkt trzeci: „dziennikarz nie może wypowiadać opinii co do winy ani do rozstrzygnięcia w postępowaniu sądowym przed wydaniem orzeczenia w pierwszej instancji”. To pisał ktoś, kto nie zna podstaw prawa, gdyż o ostatecznym wyroku przesądza rewizja nadzwyczajna. Czasami postępowanie jest trzyinstancyjne. Tak, jak w przypadku Mariusza Kamińskiego, który został skazany, ale służy mu apelacja. Ponadto jest rewizja nadzwyczajna, Sąd Najwyższy, minister sprawiedliwości, więc co to znaczy „nie wypowiadać się co do winy”? Dopóki proces sądowy się toczy, nie tylko można, ale trzeba – to jest obowiązek dziennikarski – relacjonować. Ludzie chcą bowiem wiedzieć, jak funkcjonuje wymiar sprawiedliwości.
Żaden z nowych zapisów Ci się nie spodobał? A klauzula sumienia?
Ano właśnie. Muszę pochwalić dwie rzeczy. Zapis, że „dziennikarz ma prawo odmówić polecenia służbowego sprzecznego z prawem, zasadami etyki dziennikarskiej”. Jak najbardziej. A także, jeśli dziennikarz nie jest przekonany, co do zgodności z jego etyką, ma prawo zwrócić się do zamawiającego materiał o wydanie polecenia w formie pisemnej. To jest próba wprowadzenia klauzuli sumienia. Ten kierunek rozumowania jest dobry. Dziennikarz może się uwolnić od wykonywania obowiązków, jeżeli uzna, że polecenie ma cele nieobiektywne, nierzetelne i sam na ich realizacji straci na wiarygodności.
Są też reguły wypowiadania się w serwisach i aplikacjach społecznościowych, np. na Facebooku czy Twitterze. Autorzy nowego kodeksu dają dziennikarzom do tego prawo. Zastrzegają jednak, że muszą mieć świadomość, że także w internecie reprezentują Telewizję Polską, a ich opinie mogą być postrzegane jako stanowisko nadawcy. „Dziennikarz nie powinien publikować w Internecie żadnych informacji i opinii, których nie mógłby przedstawić na antenie. Dotyczy to szczególnie wypowiedzi na temat polityki, spraw międzynarodowych, życia społecznego, ekonomii, mediów, kwestii moralnych, etycznych, religijnych, a także działalności TVP” . Nie odbiera to prywatności?
Zgadza się. To jest niezrozumienie form. Krótkie wypowiedzi na Twitterze umożliwiają prezentację podglądów. Dziennikarz jest do tego uprawniony, ma prawo do opinii, pod warunkiem, że nie kolidują one z faktami, autentycznym wydarzeniami. Ten kodeks nie gwarantuje takiej możliwości.
Na prywatnym profilu każdy ma prawo do wyrażenia swoich poglądów, jak Ewa Wanat, którą wyrzucono dyscyplinarnie z Radia dla Ciebie za wpis na Facebooku.
Ten wpis miał charakter prywatny. Oddawał jej poglądy. Pytanie, dlaczego nie zauważono tych poglądów, kiedy – jako redaktor naczelna - realizowała swoje programy i ustalała audycje.
Są też w nowym kodeksie etyki TVP zapisy naiwne, jakby powstałe pod wpływem „taśm prawdy” z restauracji „Sowa i Przyjaciele”.
Owszem. „Dziennikarz powinien dbać, by prywatne kontakty z politykami, ludźmi biznesu nie wpływały negatywnie na rzetelność i bezstronność informacji”. To jest kompletna naiwność. Tym niemniej kierownictwo powinno zwracać uwagę na to, aby dziennikarz nie krzywił się na wizji w stosunku do osób, których poglądów nie podziela. Aby nie robił głupich min, uśmiechów, nie sprzymierzał się z ich przeciwnikami, z którymi sympatyzuje. W sumie kodeks ten jest żenującą próbą uregulowania czegoś, co już jest skodyfikowane. Brakuje natomiast szczegółów: jak w programach publicystycznych prowadzić dyskusje, ile osób zapraszać, jakich ekspertów. Niestety, ciągle zaprasza się tych samych. Zasada bezstronności regularnie jest naruszana.
Janusz Daszczyński obejmując funkcję prezesa TVP zapowiedział, że zerwie z tabloidyzacją programów informacyjnych, głównie „Wiadomości”, oraz programów publicystycznych. Zauważasz takie działania prezesa?
Nie zauważyłem. Nadal utrzymuje się formę tabloidu. Nie są to „Wiadomości” o faktach, tylko narracja, opowieść dziennikarska. „Wiadomości” nie oddzielają informacji od komentarza. Wstyd to powiedzieć, ale pracujący tam dziennikarze są amatorami. Przy tym wykonują tylko zalecenia szefów, jak Piotr Kraśko, niedouczony redaktor, który nie ma wiedzy nawet studenta pierwszego roku dziennikarstwa.
