Z Andrzejem Stankiewiczem, publicystą „Rzeczpospolitej”, który po raz drugi wygrał proces przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu rozmawia Błażej Torański.

 

Od lat mafia w Polsce ma wpływ na urzędników Ministerstwa Finansów i tworzone przez nich prawo - twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Czy ekspertka prawa podatkowego Dorota Szubielska, którą dziesięć lat temu opisałeś, miała z tym związek?

Ta pani tak odebrała mój - i Michała Stankiewicza - tekst „Mafia podatków nie zapłaci” i pozwała nas, choć nigdy nie stawialiśmy takiej tezy. Nasz artykuł dotyczył czegoś innego. Chodziło o to, że zapis, jaki Dorota Szubielska wprowadziła do ordynacji podatkowej, utrudniał ściganie mafii paliwowej. Nie mam instrumentów, aby stwierdzić, dla kogo ona pracowała. Pani Szubielska jest byłą urzędniczką rządową wysokiej rangi, a potem radcą prawnym w prywatnej kancelarii. Ponieważ doradzała sejmowej podkomisji, więc była osobą publiczną. Tak naprawdę Sąd Najwyższy w Polsce skazał nas nie za sam tekst, tylko za tytuł, śródtytuły i układ materiału. Sąd uznał, że tytuł „Mafia podatków nie zapłaci”, który pokazywał skutki działań pani Szubielskiej, obraża ją. To było precedensowe orzeczenie. Europejski Trybunał Praw Człowieka ocenił to odmiennie: że tekst był rzetelny, a wyroki w Polsce naruszały wolność słowa.

Twierdzisz, że polskie sądy nie rozumieją roli prasy, która ma być watchdogiem i kontrolować sprawy publiczne. Że nie rozumieją, kim jest osoba publiczna. Nie rozumieją, bo mają niskie kwalifikacje? A może jest to świadome działanie?

W Polsce sądy generalnie nie rozumieją roli prasy. To jest dramat, bo w znacznej mierze sądy doprowadziły do śmierci dziennikarstwa śledczego, przez co nikt władzy nie patrzy na ręce. Czegokolwiek nie napiszesz, można cię pozwać, a procesy będą się ciągnęły latami. Tekst, który napisaliśmy z Michałem pochodzi sprzed dziesięciu lat! Przez ten czas żyłem z piętnem dziennikarza, który napisał nierzetelny tekst. Fundacja Batorego organizowała przed laty konkurs „Tylko ryba nie bierze?” w ramach Programu Przeciw Korupcji. Konkursu dawno nie ma, ale wciąż jest strona internetowa, na której widnieje informacja, że Fundacja usuwa ze swej witryny nasz tekst „Mafia podatków nie zapłaci” z adnotacją, że przegraliśmy proces. Zrobili z nas nierzetelnych dziennikarzy! Z tym piętnem żyłem do wyroku Europejskiego Trybunału. Ale co mi po tej satysfakcji po tylu latach? Przez te lata pani Szubielska składała na mnie donosy do redaktorów naczelnych kolejnych redakcji, w których pracowałem: w „Newsweeku” i we „Wprost”. Każdemu z tych naczelnych musiałem się tłumaczyć, jak ta sprawa wyglądała. Próbowała doprowadzić do tego, aby zwolniono mnie z tych redakcji. A sama brylowała w mediach jako „ekspert”. Miałem zatem silną motywację, aby z tą sprawą pójść do Strasburga. W Polsce przeciw mnie byli sędziowie, którzy nie rozumieją roli mediów i wykańczają dziennikarzy.

Zaraz, zaraz. Sąd pierwszej instancji, do którego Dorota Szubielska wystąpiła o ochronę dóbr osobistych, oddalił powództwo. Dopiero Sąd Apelacyjny nakazał wam zapłatę odszkodowania na cele społeczne.

Tak. To Sąd Apelacyjny i Sąd Najwyższy – skazały nas. Szczególnie wyrok apelacyjny był niebywały. Musisz pamiętać, że równocześnie z procesem z powództwa pani Szubielskiej, miałem w sądach inną sprawę — za cykl artykułów o korupcji w służbie zdrowia za czasów SLD.

Chodzi o głośny tekst „Leki za miliony dolarów” o Waldemarze Deszczyńskim, szefie gabinetu ministra zdrowia, który miał żądać miliona dolarów łapówki od koncernu farmaceutycznego za umieszczenie jego leków na liście refundacyjnej.

Tak. W Sądzie Apelacyjnym W Warszawie w związku z artykułem „Mafia podatków nie zapłaci” skazał mnie sędzia Jan Szachułowicz, szwagier Waldemara Deszczyńskiego — tego samego, który wytoczył mi z pół tuzina procesów za teksty o korupcji! Czy takie postępowanie sądu jest w porządku? Mam z Deszczyńskim procesy, a sądzi mnie jego szwagier! Co ja mogę zrobić jako obywatel? Jako dziennikarz? Nic nie mogę zrobić. Szachułowicz miał osobisty powód, żeby być wobec mnie uprzedzony — to tak oczywiste, że chyba nie muszę tłumaczyć. Powinien się wyłączyć z tej sprawy, a tego nie zrobił. Miał widać inne poczucie przyzwoitości.  Zabrakło mu hamulca, samoograniczenia. Pomylił zawód. Starałem się przenieść tę sprawę do innego miasta w Polsce, aby oceniał ją inny sędzia, ale sąd się nie zgodził. Na nieszczęście dla sędziego Szachułowicza — sprawę z powództwa jego szwagra też wygrałem w Strasburgu, rok temu.

W obu orzeczeniach Europejski Trybunał Praw Człowieka napisał, że polskie sądy nie rozumieją roli dziennikarza, który ma obowiązek patrzeć władzy na ręce. I źle definiują pojęcie osoby publicznej, w stosunku do której kontrola i krytyka mogą być szersze, aniżeli wobec osoby prywatnej. Oznacza to, że sędziowie mają z tym problem. Nie tylko ja jestem jego ofiarą, ale wszyscy dziennikarze w Polsce. Polscy sędziowie z góry zakładają złe intencje dziennikarzy. Nie rozumieją, że wszyscy, którzy uczestniczą w życiu publicznym – nawet jeśli prowadzą prywatne biznesy, ale są ekspertami w Sejmie, doradcami ministrów czy adwokatami - mogą być ostrzej krytykowani.  

 

Dwukrotnie wygrałeś w Strasburgu. Czujesz radość zwycięstwa?

Dla mnie to nie jest zwycięstwo, ale dramat. Czekałem na to wiele długich lat. I dwukrotnie uzyskałem dokładnie takie samo orzeczenie. Wynika z tego jednoznacznie, że polscy sędziowie kompletnie nie analizują wyroków Trybunału i nie wyciągają z nich wniosków.

Postaw kropkę nad „i”: sędziowie są niedouczeni czy kierują się interesami prywatnymi?

Nie chcę powiedzieć, że wszyscy są niedouczeni. Na pewno nieliczni kierują się interesem rodzinnym. Powszechnie natomiast nie rozumieją, jaką rolę w demokratycznym państwie odgrywa prasa — że dziennikarze występują w interesie społecznym. Nie uczą się też na błędach swoich kolegów, których orzeczenia przegrywają w Strasburgu. W zeszłym roku, po wygranej w Strasburgu z Waldemarem Deszczyńskim zwróciłem się do Sądu Apelacyjnego i Sądu Najwyższego – czyli tych, które mnie wcześniej skazały – z prośbą o komentarze. W Sądzie Apelacyjnym rzeczniczka prasowa odmówiła mi komentarza tłumacząc, że nie zna angielskiego, a w takim języku było orzeczenie. Z kolei w Sądzie Najwyższym ówczesny rzecznik wdał się ze mną w słowną przepychankę i nie udzielił odpowiedzi. Potem, jak się dowiedziałem, jako przedstawiciel polskiego wymiaru sprawiedliwości trafił do  Nowego Jorku na stanowisko sędziego Międzynarodowego Trybunału Karnego.  Dla mnie to jest odlot.








 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl