Z Henrykiem E. Malinowskim redaktorem polonijnego serwisu informacyjnego ScanPress.net, redagowanego w Norwegii o skandalicznej decyzji Norweskiej Rady Etyki Mediów rozmawia Błażej Torański.
Czy przeciętny Norweg odróżnia Buchenwald od Auschwitz?
Nie.
Użycie przez norweską gazetę „Avisa Sor-Trondelag" określenia „polski obóz koncentracyjny" wynika z nikłej wiedzy historycznej czy było celową propagandą wymierzoną w państwo polskie?
To wynik niewiedzy i niskiego poziomu wiadomości na temat realiów okupacji niemieckiej w Polsce. Dlatego mówi się i pisze w Norwegii o „polskich obozach koncentracyjnych” czy „polskich obozach zagłady” i nikt na to nie reaguje oprócz Polaków.
Może ten skrót myślowy wynika stąd, że w Norwegii nie było obozów koncentracyjnych na wzór Oświęcimia czy Dachau? Josef Terboven, komisarz Rzeszy w okupowanej Norwegii nie zdążył ich zbudować.
Nie tylko nie było tak gigantycznych obozów masowej zagłady. Okupacja w Polsce jest nieznana i nikt nie zdaje sobie sprawy, co się działo. Gdyby każdy uczeń w szkole znał skalę tych zbrodni i kto był za nią odpowiedzialny Norwegowie zareagowaliby na ten skrót. Niestety, nasze domaganie się sprostowania odebrano jako czepianie się. Nie rozumieją, że to nie jest czepianie się tylko kolosalna szkoda wyrządzona Polsce, która sprawia, że zamienia się ofiarę ze sprawcą. I to się utrwala.
Wedle raportu MSZ tylko w 2009 roku zagraniczne media użyły określenia „polskie obozy koncentracyjne” 103 razy. Wśród tych mediów były tak opiniotwórcze tytuły, jak „New York Times”, „The Guardian”, „La Repubblica”, „Der Spiegel” czy „Die Welt”. „Avisa Sor-Trondelag" nie jest gazetą tak znaną. Analfabetyzm w tej mierze jest powszechny.
No właśnie. Jest. Z czego to wynika? Polska narracja historyczna nie ma kampanii w postaci książek, filmów, programów telewizyjnych, informacji w Internecie, zaproszeń dla dziennikarzy, którzy mogliby przyjechać do Polski. Nowy rząd zapowiada, że to się zmieni. Jest więc nadzieja, że coraz rzadziej będziemy słyszeli o „polskich obozach koncentracyjnych”.
W 2008 roku ówczesny wiceminister spraw zagranicznych Ryszard Shnepf zapowiedział, że Polska będzie wytaczać mediom procesy, ale do dziś takiego nie wytoczyła. Może dlatego, że rządy Platformy Obywatelskiej słabo broniły polskiej racji stanu. Czy nie jest na to najwyższy czas?
Zgadza się. To jest jedyny sposób, żeby ten problem zauważono i respektowano na arenie międzynarodowej. Konieczne jest wytaczanie procesów przez państwo polskie za fałszowanie historii i utrwalanie tego kłamstwa. Jeżeli chcemy to zmienić, to Polska musi bardzo aktywnie się do tego zabrać, bo poprzednie rządy siedziały cicho, kiedy największe media używały tych określeń. A nawet Barackowi Obamie wymsknęło się stwierdzenie o „polskim obozie koncentracyjnym”. To jest kolejny dowód na to, jak trwale w świadomości zachodnich społeczeństw jest zakorzeniony ten termin.
Dlatego procesy powinien wytaczać polski rząd. Prywatne pozwy są umarzane przez prokuratury.
Prywatne osoby nic nie wskórają. Musi stać za tym siła państwa polskiego. Powinno ono tępić te określenia z całą konsekwencją. Nie ma żadnych wątpliwości, bo w przeciwnym wypadku będą się pojawiały na temat Polski bardzo złe opinie, wynikające z przekłamań historycznych.
Na skargę pańskiego portalu Norweska Rada Etyki Mediów (Pressens Faglige Utvalg) uznała, że określenie „polski obóz koncentracyjny" nie narusza zasad dziennikarskich. Czy nie jest to odbicie stanu świadomości przeciętnego Norwega?
Jak najbardziej. Ten artykuł napisała dwudziestoletnia dziennikarka, nie zastanawiając się. To świadczy o bardzo niskim poziomie wiedzy wśród młodych Norwegów i o systemie szkolnictwa. Norweska Rada Etyki Mediów argumentowała, że co prawda użyto określenia „polski obóz koncentracyjny”, ale ogólna ugruntowana wiedza w norweskim społeczeństwie jest taka, że to nie Polacy tylko Niemcy stworzyli te obozy. Ale nie jest to prawdą. W ciągu ostatniego roku media norweskie popełniły aż trzy takie gafy.
W 1998 roku w Santa Clara County w Kalifornii publicysta Edmund Lewandowski pokazał uczniom szkół średnich notatkę o aresztowaniu strażnika z obozu koncentracyjnego i zapytał, kim byli naziści. Usłyszał: Polakami. Czy tak samo odpowiedzieliby norwescy uczniowie?
Na pewno zdania byłyby podzielone. Nie padłaby jednoznaczna odpowiedź, ponieważ Norwedzy tego nie wiedzą. Rola Polski w drugiej wojnie światowej jest w podręcznikach szkolnych ignorowana.
Co Panem kierowało, aby nagłośnić tę sprawę?
Taki jest mój obowiązek dziennikarski. To kłamstwo historyczne uderza w Polaków i utrwala fałszywą wiedzę. Rozprzestrzenianie się i utrwalanie fałszywej wersji historii odbija się ogólnie na relacjach międzynarodowych Polski z innymi państwami, bo inne kraje myślą, że mają do czynienia z zupełnie kimś innym, a mianowicie oprawcami tępiącymi własny naród ramię w ramię z Niemcami i zaciekłymi antysemitami.
Media polonijne w Norwegii mówią w tej sprawie jednym głosem?
Wszyscy, jak jeden mąż, są oburzeni. Ukazało się już tysiące komentarzy w Internecie, bo ofiary postawiono w jednym szeregu ze sprawcami. Należy to konsekwentnie dementować.
