Ta ostatnio otrzymana - Grand Prix Prezesa Polskiego Radia 2015, to chyba „nasta” z kolei?
Hanna Bogoryja –Zakrzewska: Nie pamiętam, nie liczę. Nagród nie traktuję jako dowodu na to, czy jestem dobra, czy tylko taka sobie w tym, co robię. Mnie wystarczy do szczęścia opinia moich kolegów po fachu, zwłaszcza osób, których pracę bardzo sobie cenię.
A pierwszą pamiętasz?
W tej chwili przypominam ją sobie - za reportaż Nareszcie razem – dostałam ją od jury oraz równolegle od reportażystów obecnych na seminarium organizowanym przez radio PIK, co bardzo mnie uradowało.
To nagrody za konkretne utwory, ale są jeszcze takie, które skłaniają do okrzyku: drogie panie i drodzy panowie, kapelusze z głów - nagrody za całokształt…
Skoro nalegasz, to wyznam, że tytuł Radiowego Reportażysty Roku - nie pamiętam którego roku – mnie ucieszył, ponieważ wcześniej dostało go wielu moich świetnych kolegów i ja dołączyłam do ich grona. Również otrzymany Złoty Mikrofon, dwa, czy trzy lata temu, bardzo mnie dowartościował - wydawało mi się, że muszę na niego czekać jeszcze piętnaście, dwadzieścia lat, że mój dorobek jest ciągle zbyt mały. O Złotym Mikrofonie, my radiowcy mówimy z uzasadnioną dumą, bo na niego trzeba naprawdę zasłużyć.
Zanim pogadamy o ostatnim utworze Ten Karski, zapytam o kilka reporterskich akcji (również nagrodzonych), których byłaś inicjatorką i współrealizatorką, bo zapaliłaś do niej kolegów z całej Polski. Akcja Oddech dla pokazała, że masz żyłkę społecznikowską; Kiedy ją odkryłaś?
Pierwsza myśl była taka, że zrobię jeden reportaż o chorych dzieciach z Centrum Zdrowia Dziecka oczekujących na respiratory i już. I to zrobiłam. Nagle poczułam, że lubię pomagać ludziom. Przyszła myśl, że mogę robić reportaże w grupie, że mogę pociągnąć kolegów z kraju i wspólnie z nimi, krok po kroku możemy zdziałać coś wielce pożytecznego. Twórcza siła grupy i siła akcji, to fajna sprawa – na antenie nie ukazuje się tylko jeden reportaż, ale ich kilka i poprzedzonych zapowiedziami i reklamą akcji. Zaczęto o niej mówić, zapraszano nas do studia na wywiady. Wtedy zauważałam, że jeśli zechcę coś większego zrobić, to należy współdziałać z kolegami.
Tak się zaczęła następna akcja – Stop korupcji wraz z Ernestem Zozuniem?
Można tak powiedzieć. Ale zanim poczujesz radość z osiągnięcia społecznego celu, musisz sporo wysiłku włożyć w rozkręcenie grupy, której stajesz się liderem. Ja jednak nie mam w sobie żyłki przywódczej. Nie jestem typem lidera. Takie pociąganie innych swoim zapałem sprawia, że na pewien czas muszę się stać nieco inną osobą.
Nie jesteś typem lidera, ale możesz nim bywać. Takie wzbogacenie własnej osobowości …
Mogę bywać, aby potem znów schować się do dziupli i robić swoje. Po takiej akacji robię coś indywidualnego przez rok, albo i dłużej. Nagle jednak burzy się we mnie krew i startuję do „ biegu” zbiorowego. W Stop korupcji nagłaśnialiśmy taki rodzaj korupcji, który dotyczy każdego z nas: łapówki dla lekarzy, nauczycieli, urzędników. Inspirowaliśmy społeczną dyskusję czy dawać, bo taki zwyczaj, czy się sprzeciwiać. Uruchomiliśmy wtedy słuchaczy, którzy telefonowali, pisali listy, mailowali.
Jeszcze bym chciał zapytać o prostytuowanie się nieletnich dziewczyn – w tym temacie nie wszczęłaś akcji… Jednostkowa audycja Szlaufy wywołała burzę.
Tu impulsem była nasza córka – wówczas gimnazjalistka…
?
Nie, nie – nie myśl tego, co myślisz – nie mieliśmy z nią problemów wychowawczych, ale usłyszałam u fryzjera o tym, że gimnazjalistki prostytuują się w galeriach handlowych. Zaczęłam ich szukać aby dowiedzieć się dlaczego to robią, jaki błąd popełniają rodzice. Szokujące było to, że do mikrofonu radiowego niezbyt chętnie o tym mówiły. Wtedy do akcji wkroczył mój mąż Adam, dziennikarz telewizyjny i okazało się, że bez trudu dziewczyny dały się namówić na wywiad przed kamerą. Pytaliśmy te dziewczyny wprost co robić aby nasza 12-letnia córka nie robiła tego co one. Wszystkie odpowiadały ”po prostu dużo rozmawiać”. Po tym reportażu gdy Adam wieczorem wracał zmęczony, brał gazetę i siadał w fotelu, ja rzucałam hasło Szlaufy i gazeta w tym momencie szła w kąt – zaczynaliśmy w trójkę rozmowy o życiu, co córka Kasia bardzo lubiła. Nasze reportaże radiowy i telewizyjny zainicjowały powstanie filmu fabularnego pt. „Galerianki”.
Zrobiłaś z koleżanką, Magdaleną Skawińską reportaż Ten Karski, już kilkakrotnie nagrodzony. Pojawia się przy nim nowy, rzadko używany termin: audycja dokumentalna. Pojawia się też trzecia osoba twórcza – reżyserka dzieła, Irena Piłatowska –Mądry, także wybitna reportażystka. Trochę to zaskakujący, przepraszam, banalny termin – audycja.
Trwa ona prawie pięćdziesiąt minut. Gdybyśmy nastawiały się na reportaż, raczej nie mogłybyśmy powiedzieć wszystkiego od A do Z. Wybrałybyśmy jeden dwa wątki z życia bohatera. Konstrukcja utworu nie pozwalałaby na powiedzenie wszystkiego o Karskim; choć i tak musiałyśmy dokonywać dużej selekcji materiału…
Taki jest, niestety, los reportera nie tylko radiowego… A może „stety” – selekcja materiału i jego kompozycja, to przecież bardzo fascynujące elementy twórczego etapu…
My też tak uważamy. Starałyśmy się opowiedzieć o wszystkich, najważniejszych faktach z życia tego wybitnego Polaka, odznaczonego po latach między innymi amerykańskim, niezwykle prestiżowym Medalem Wolności. Dlatego nie nazwaliśmy naszego utworu reportażem. Cenną dla nas była współpraca reżyserska z Ireną Piłatowską – Mądry a także realizacyjna z Maćkiem Kuberą. W pierwszej wersji, puszczonej na antenę, utwór był krótszy o dziesięć minut. Przyznaję – był uboższy o niektóre fakty z życia bohatera oraz o efekty dźwiękowe i muzyczne. Irena - reżyserka nadała audycji ostateczny szlif. Audycja stała się mniej publicystyczna, a bardziej uniwersalna.
Bardzo pozytywnie zaskakujący jest powracający kilkakrotnie motyw ballady o Karskim śpiewanej przez …rapera.
Także przez niego - wielbiciela postaci Karskiego - napisanej i skomponowanej z „potrzeby serca”; to jego wyznanie . Tego wykonawcę wyszukałyśmy w Łodzi. Jestem pewna, że ballada bardzo wzbogaciła nasz utwór. Na przykład zwróciła szczególną uwagę kolegów reportażystów zachodnich, którym wcześniej zaprezentowałyśmy dokument. Nie zrozumieli, dlaczego młody człowiek –Oskar Śliwiński śpiewa o postaci z historii. Pytali, czy napisał ten utwór specjalnie dla tej audycji.
Ten Karski został kilka dni temu znakomicie przyjęty przez publiczność w warszawskim Klubie Księgarza, z którym od lat współpracuje radiowe Studio Reportażu organizując dyskusyjne wieczory pod nazwą Spotkania z Reportażem. Ewa Juńczyk- Ziomecka, szefowa Fundacji Edukacyjnej im. Karskiego (współsponsor utworu), stwierdziła, że pokazany dokument oraz postać jego historycznego bohatera są „bardzo potrzebne na dzisiejsze czasy”. Miała na myśli jeden z gorących tematów naszego obecnego dyskursu społeczno-politycznego, niby historycznego ale jakże aktualnego; stosunki polsko-żydowskie. Karski odegrał heroiczną rolę jako emisariusz Podziemnego Państwa Polskiego, który dotarł do ówczesnego prezydenta USA, T. Roosvelta i jako pierwszy z Polaków poinformował go o dokonującej się w okupowanej Polsce eksterminacji Żydów przez Niemców. Dziś czasami jesteśmy oskarżani o „współudział” w holocauście, a Karski by się nigdy nie podpisał pod takim sądem. Co o tym myślisz?
Nie zabieram głosu w tej sprawie, która wymaga głębokiej wiedzy historycznej i ogromnej ostrożności w przedstawianiu racji. Karski był człowiekiem niezwykle skromnym, reprezentował postawę dużego zdystansowania do polityki, przez co był przez długi czas po wojnie (już jako profesor amerykańskich uniwersytetów) osobą mało znaną. Na przykład dopiero po latach w jednym z wywiadów ujawnił swój stosunek między innymi do decyzji polskiego rządu na uchodźstwie dotyczącej wybuchu Powstania Warszawskiego. Uważał, że niepotrzebnie ponieśliśmy takie ofiary, bo to nie dzięki Podziemnemu Państwu alianci wygrali wojnę, a dzięki swoim czołgom, samolotom, bombom. Karski potrafił bronić swoich sądów nawet za cenę pewnego osamotnienia. To mi bardzo imponuje.
Podczas dyskusji w Klubie Księgarza została ujawniona inna, nie wiem, czy tylko ciekawostkowa sprawa małżeństwa naszego bohatera. Karski kiedyś w rozmowie z panią Juńczyk- Ziomecką podobno wyznał, że jego wybranka, estradowa artystka żydowskiego pochodzenia, była dla niego gotowa dobrowolnie zmienić wyznanie i wziąć katolicki ślub; co też się stało. Tymczasem prof. Marian M. Drozdowski rozmawiając w Ameryce z panią Karską, dowiedział się, że ona była zmuszona przez przyszłego męża do zmiany wyznania i wzięcia ślubu katolickiego. Znany historyk o tym napisał w swojej niedawno wydanej książce Jan Karski – Kozielewski 1914-2000. Co sobie pomyślałaś jako reportażystka, gdy teraz w Klubie Księgarza usłyszałaś tę informację?
Przy realizacji audycji korzystałyśmy z konsultacji z krakowskim historykiem, publicystą, Stanisławem M. Jankowskim, autorem książki Karski – raporty tajnego emisariusza. Taki już jest los dziennikarzy, reporterów, że albo coś przegapią, albo czasami coś im umknie. Nie sposób pisać, czy rejestrować na taśmie wszystkiego, bo nie sposób dotrzeć do wszystkiego. Myśmy na początku naszej dokumentacji tematu miały garstkę osób, które mogły nam coś ciekawego powiedzieć o Karskim. Potem ta garstka rosła i rosła. Każdy z informatorów inaczej zapamiętał emisariusza czasów wojny. My dokonałyśmy potem świadomego wyboru, nie wszystko da się opowiedzieć w jednej audycji, zwłaszcza gdy ma się do czynienia z osobą o tak bogatym życiorysie.
Każdy z nas, reportażystów często odkrywa nowe rzeczy o starych sprawach przy okazji dokumentacji spraw nowych – taka jest radość tworzenia. Rzeczywistość nieustannie nas zaskakuje, jest dużo bogatsza niż nasze o niej wyobrażenia. Nawet największa dociekliwość często nie jest w stanie sobie z tym poradzić.
Banał: najważniejsze jest to, by rzeczywistości nie przekłamywać.
Mówi się o kryzysie krajowego reportażu prasowego, o braku w redakcjach środków finansowych na jego uprawianie. Natomiast szefowa Radiowego Studia, Irena Piłatowska - Mądry zapewnia o ilościowym i jakościowym wzroście bogactwa reporterskiego. Nie są to przechwałki?
Gdy 25 lat temu zaczynałam przygodę z reportażem, byliśmy redakcją. Mieliśmy w Programie 1 Polskiego radia chyba dwa trzydziestominutowe odcinki tygodniowo przewidziane na ten gatunek.
Teraz jesteście Studiem…
I mamy tych odcinków pięć w Jedynce, cztery w Trójce, jesteśmy też w Czwórce . Dopracowaliśmy się dużego zastępu młodych reportażystów w całym kraju. To jest niezwykłe, że my, krajowi reporterzy radiowi z Warszawy i rozgłośni regionalnych, trzymamy się razem. Dzwonimy do siebie, na przykład z prośbą, by nasz reportaż został puszczony w tej czy tamtej stacji terenowej, bo chcemy nagłośnić jakąś sprawę. Na ostatnim dorocznym, trzydniowym sympozjum reporterskim pojawiło się około siedemdziesięciu autorów z całego kraju…
W tym także studentów dziennikarstwa, o czym mi mówią moi studenci. Na naszych ćwiczeniach niektórzy czasami pokażą swoje utwory na zaliczenie semestru.
Na sympozjum zjawiają się w niemałej liczbie także licealiści, na razie amatorzy zafascynowani radiem. Spotykamy się od ponad dwudziestu lat; jedni przywożą swoje utwory, inni przyjeżdżają na naukę. Rozjeżdżamy się w przekonaniu, że reportaż radiowy nie umrze. Świadczą o tym także liczne krajowe i międzynarodowe nagrody.
Nie brakuje wam pieniędzy na realizacje?
Oczywiście, że brakuje. Nawet na Karskiego musiałyśmy szukać współsponsorów, na przykład Fundację Edukacyjną im. Jana Karskiego. Przecież robiłyśmy go kilka miesięcy, a poza tym powstała jego wersja angielska.
W latach 2009 – 2011 reprezentowałaś swoje krajowe środowisko w prestiżowej Europejskiej Unii Nadawców, więc wiesz, jak się mają zagraniczni koledzy po fachu – no właśnie: jak?
Na pewno nie odczuwają braków finansowych w takim stopniu jak my. Mogą sobie pozwolić na trwającą nawet rok pracę nad takim na przykład dokumentem jak Ten Karski. Oni dłużej niż my wyszukują i akceptują tematy do realizacji; trudniej im się z nimi przebić.
Niektórzy reportażyści prasowi, ale także telewizyjni narzekają: „dobija nas Internet”. Ciebie taż dobija?
Internet jest moim sprzymierzeńcem. My w Studiu po paru godzinach od radiowej premiery zamieszczamy nasze reportaże w sieci. To w żaden sposób nie wpływa negatywnie na odbiór utworu. Inną publiczność ma utwór puszczony w radiu; można go przecież posłuchać podczas jazdy samochodem, albo pracując na budowie. Natomiast inna publiczność słucha go w Internecie. Tam zwłaszcza młodzi coś usłyszą i natychmiast informują o tym przyjaciół i przesyłają audycje dalej; więc słuchalność wzrasta w szybkim czasie.
Pewnym novum elektronicznego medium są tzw. fotokasty. Zajmują Cię one?
One przestały być modne już kilka lat temu. Powszechną prawdą jest to, że radio działa na wyobraźnię. Tymczasem fotokasty tę wyobraźnię odrobinę zabijają; one u nas nie stały się popularne. To miało polegać na tym, że równolegle słucha się reportażu i ogląda na ekranie zdjęcia na przykład ilustrujące to, o czym opowiada się w reportażu. Ale wtedy te zdjęcia nie wnoszą żadnej nowej treści. A gdy z kolei były pewną impresją na temat tego, co słyszeliśmy w reportażu, rozpraszało to uwagę. Zamiast słuchać, zastanawialiśmy się nad znaczeniem tego co było na ekranie. Fotokasty trudne tez były w realizacji, bo w nagraniach radiowych powinien był brać udział fotograf aby od razu robić zdjęcia. Było to kosztowne i jednocześnie obecność drugiej osoby, trzask migawki rozpraszał bohatera. Po kilku próbach ten pomysł zaginął. Choć jeden mi się bardzo podobał Siusiający na księżyc Ireny Piłatowskiej i Anny Sekudewicz.( http://fotocasty.pl/530/siusiajacy-na-ksiezyc/)
Laureatkę, obsypaną wieloma nagrodami krajowymi i międzynarodowymi pytam: czy zdarzyło Ci się doświadczyć jakiegoś niepowodzenia twórczego i czego ono Cię ewentualnie nauczyło?
Kiedyś, na początku reporterskiej drogi zrobiłam audycję o matce, którą nagle spotkało nieszczęście – jej sześcioletni wówczas syn przestał chodzić z nieznanego powodu.
Zrobiłaś reportaż o nieszczęściu…
On wycisnął łzy nawet z oczu mojego ówczesnego szefa Krzysztofa Wyrzykowskiego. Tymczasem matka, walcząca „ do upadłego” z chorobą syna, w telefonie do mnie wyraziła niezadowolenie: – że ona mi zaufała, opowiedziała o wszystkim, a ja pokazałam wyłącznie jej nieszczęście. Współczułam jej, a ona nie czekała na współczucie. Natomiast nie pokazałam jej zmagań z chorobą chłopaka. Ta dzielna kobieta nie wygrała z chorobą, syn już dawno przekroczył dwudziestkę lat, jeździ na wózku, zbiera medale za zwycięstwa w szermierce dla niepełnosprawnych, a ja wtedy nie zauważyłam tego heroizmu matki. Tamto reporterskie niespełnienie nauczyło mnie jednego – gdy idziemy na nagranie, to nie możemy mieć z góry obranej tezy i tylko jej się trzymać. Musimy być otwarci na to wszystko, co ważnego się wydarzy.
