Z Łukaszem Adamskim, laureatem nagrody Złotej Ryby. im Macieja Rybińskiego dla młodych felietonistów, rozmawia Błażej Torański.

Tak się dzisiaj zaczytałem w Pana felietonie o przyznaniu tytułu Człowieka Roku Bronisławowi Komorowskiemu, że wykipiało mi mleko. Czy zna Pan poważniejsze konsekwencje swojej felietonistyki?

ŁUKASZ ADAMSKI:  To chyba coś najgorszego, co mogło się zdarzyć.

No  nie. Są znacznie gorsze konsekwencje. W tym samym felietonie napisał Pan, że „Bronisław Komorowski tak pięknie padając na deski wywołał wstrząs, który zapewne rozniesie Platformę Obywatelską na jesieni”. Skąd to proroctwo?

Nie tyle proroctwo, co obserwacja, że szefową Platformy Obywatelskiej została Ewa Kopacz. Jeżeli tak wybitne intelektualnie osoby, znakomicie prezentujące się w mediach, są liderami partii rządzącej, to partia ta w krótkim czasie musi przejść do opozycji.

Czy wypada tak żartować z intelektu Ewy Kopacz? Żart, sarkazm, sardonizm, to są podstawowe cechy felietonu?

Felieton powinien być prześmiewczy, ironiczny, sarkastyczny i tym się różnić od innych gatunków dziennikarskich. Cały czas uczę się pisać felietony. Nie może on być wymuszony, musi płynąć z głębi serca. Kiedy na siłę próbuję być zabawny, kompletnie mi to nie wychodzi.

W Polsce dominuje felieton polityczny. Pozwala on ocenić zjawiska z dystansu. Czy jednak polscy politycy nie są śmieszniejsi od satyryków i felietonistów?

Cieszę się, że w Polsce nie ma takich polityków, jak Ronald Reagan. Był tak zabawny, miał tyle autoironii, dystansu do siebie, że publicyści nie mieli przy nim co robić. Wytrącał krytykom wszelką broń. Potrafił rozbrajać śmiechem swoich największych hejterów. W Polsce takich polityków nie ma.

Są zbyt sztywni.

Oczywiście, że tak. Oglądałem George’ a W. Busha w programach Jaya Leno czy Conana O’ Briena, amerykańskich komików, którzy jechali po nim przez osiem lat jego prezydentury. Śmiał się z nimi i sam z siebie żartował. W Polsce nie ma programów satyrycznych na tym poziomie. Są rozmaici pajace, jak Kuba Wojewódzki, którzy próbują się wpasować w tę formułę, ale kompletnie im to nie wychodzi. Ale gdyby nawet byli tacy satyrycy, politycy i tak by do nich nie chodzili, bo uznaliby to za obrazę majestatu.

Oj, zapomniał Pan o bardzo śmiesznym programie, który wkrótce zniknie z ekranu: „Tomasz Lis na żywo”.

To prawda. Tomasz Lis jest równie śmieszny, jak nauczyciel w szkole, w serialu South Park, który ma na ręku pacynkę, tyle tylko, że nasz dziennikarz jest tą kukiełką, a nauczycielem Donald Tusk.

Maciej Rybiński miał taką receptę na felieton: chodzi o to, żeby wziąć czyjeś poglądy, jakiegoś fantasty, nawiedzonego ideologa, czy hochsztaplera i wyciągnąć z nich logiczne wnioski. Stosuje się Pan do tego?

Czasem wyciągnięcie logicznych wniosków jest nierealne. Maciej Rybiński jest największym dla mnie wzorem do naśladowania, dlatego jestem tak bardzo wdzięczny za tę nagrodę. Nie spodziewałem się jej.

Kokietuje Pan.

Nie, nie ściemniam. Mam zaledwie 33 lata. Wiem, że w tym wieku Jezus Chrystus zbawił świat i skopał tyłek Szatanowi, więc nagroda dla felietonisty nie robi wrażenia. Ale bardzo się cieszę. To jest dla mnie kopnięcie, abym bardziej się starał i udowodnił, że na nią zasłużyłem. Będę musiał jeszcze bardziej szydzić z naszych wspaniałych polityków.

Ale jaki jest Pana sposób na felieton, bo Rybiński dopowiadał też, że te poglądy trzeba wyciągać coraz dalej, cały czas z żelazną konsekwencją, by w końcu obnażyć ostateczny skutek – kompletny absurd albo efekty wręcz odwrotne od zamierzonych.

Nie wiem, jaka jest recepta, ale myślę, że nie można mieć w sobie ani goryczy, ani nienawiści. Mam znajomych, a nawet przyjaciół, którzy  mają poglądy odmienne od moich i głosują na inne partie. Kontakt z nimi i wychowanie na klasycznych polskich komediach - jak „Alternatywy 4”, których jednym ze scenarzystów był Maciej Rybiński – ale także na bardzo ostrej satyrze amerykańskiej i angielskiej spod znaku Monty Pythona – zawsze mnie inspirują. Pisząc felieton myślę, aby spojrzeć inaczej na to, co opisuję. Drażni mnie, jak czynią prawicowi publicyści,  że zbyt często rozdzieramy szaty, traktujemy zbyt wiele na serio, na ostrzu noża stawiamy radykalne tezy pompatycznym językiem. Te balony trzeba przekłuwać. Satyra i wyśmianie głupoty jest o wiele skuteczniejsze, aniżeli rozdzieranie szat.

Felietonista ma prawo iść po bandzie. Jakie są granice, których nie powinien przekraczać?

Kończyłem liceum w Stanach Zjednoczonych, więc wychowałem się na wolności słowa, gwarantowanej przez pierwszą poprawkę do Konstytucji. W Polsce ta wolność jest ograniczona nie tylko przez przepisy, ale i przez poprawność polityczną. W USA ta poprawność także zbiera żniwo, ale obywatele mogą wydrzeć dla siebie wolność słowa, szczególnie w programach satyrycznych czy felietonach.  U nas ta pętla zaciska się na naszych szyjach. Maciej Rybiński był dla mnie osobą, która jako jedna z pierwszych dostrzegła w Polsce niebezpieczeństwo poprawności politycznej i wadziła się z normami arbitralnie narzuconymi przez lewicę. Niestety nie dożył erupcji poprawności politycznej, którą obserwujemy ostatnio. Nie można ograniczać wolności słowa, felietonu, jakimikolwiek przepisami. Granicami są kwestia smaku i kultury. Jakakolwiek cenzura przynosi odwrotny skutek.

Ma Pan poczucie, że Pana felietony zmieniają rzeczywistość?

Nie chcę odpowiadać żartem, bo to jest poważne pytanie i nobilitujące mnie. Nie wiem. Mam nadzieję, że jeśli po lekturze mojego tekstu choć jedna osoba się roześmieje, ale też będzie miała refleksję, to z tego powodu będę szczęśliwy. Uznam, że troszkę zmieniam rzeczywistość.

Ale daleki jest Pan od stwierdzenia Macieja Rybińskiego, mistrza eurdycji, ciętego języka i poczucia humoru, który napisał: „stwierdzam rzeczowo i bez emocji: jestem geniuszem”.

(Śmiech) Nawet w przypływie silnej autoironii  nie pokuszę się o takie stwierdzenie.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl