Z Piotrem Pytlakowskim o tym, jak łatwo w Polsce przestępca może pomówić policjanta i złamać mu życie rozmawia Błażej Torański.

Nigdy nie miałeś do siebie pretensji, że dałeś się w rozmowie dziennikarskiej oszukać?

Miałem, o czym wspominam w tej książce. Masa mnie podpuścił. Powiedział, że były komendant główny policji stał u niego przed laty na bramce w dyskotece, w Bytomiu. Mówił to tak wiarygodnie, że – przyznaję bez bicia – puściłem to w artykule, bo informacja była sensacyjna. Potem ledwie uniknąłem procesu z tym komendantem, który pienił się z wściekłości. Twierdził, że Masy na oczy nie widział. Komendantem głównym policji był krótko, na początku lat 90. i w życiu nie stał na żadnej bramce. Wtedy straciłem do Masy zaufanie. Uznałem, że wszystkie informacje, które mi przekazuje są manipulacją. Że robi to w jakimś celu, najczęściej odniesienia osobistych korzyści. Nigdy nie robił tego bezinteresownie.

Piotra Wróbla, byłego gliniarza, Masa – według ciebie - pomówił. Zniszczył mu życie. „Dla prokuratury był wiarygodny, bo uznała za niemożliwe, aby świadek koronny kłamał” - piszesz.  Odmienne od Masy zeznania złożył inny świadek koronny – Sproket. „Jedno jest pewne, ktoś tu jednak kłamie”. Jaką masz pewność, że nie kłamie były policjant?

Mam taką pewność, jaką miał sąd, uniewinniając Piotra Wróbla w pierwszej instancji ze wszystkich zarzutów. Proces się toczy od 15 lat, bo prokurator zaskarżył ten wyrok. Ale jestem przekonany, że policjant ponownie zostanie uniewinniony, bo w tej sprawie nie ma żadnych dowodów poza zeznaniem świadka koronnego, że policjant żądał od niego łapówki 10 tys. dolarów. Masa sam się z tego częściowo wycofał.

W kolejnym przesłuchaniu powiedział, że żartował.

Natomiast nie był w stanie podać żadnych okoliczności tego żądania czy żartu: daty, miejsca, otoczenia. Tego nie pamiętał.  Mając do wyboru: wierzyć byłemu gangsterowi czy byłemu, niestety, policjantowi, ufam Piotrowi Wróblowi. Kilkanaście lat temu miał opinie jednego z najlepszych w Warszawie policjantów. Tropił największe gangi. Pracował w strukturach do walki z przestępczością zorganizowaną. To było jeszcze przed powstaniem Centralnego Biura Śledczego. Awansował do funkcji naczelnika warszawskich pezetów. Na promocję książki w Warszawie przyszło wielu policjantów, jego kolegów, podwładnych, przełożonych. Nikt nigdy nie wątpił, że został on fałszywie pomówiony i do dzisiaj wierzą w jego niewinność. Nie powtórzę, co sądzą o wiarygodności Masy.

Jak to możliwe, że gangster, uważający się za „oczy i uszy policji”, stał się świętą krową, nawinął sobie na palec wymiar sprawiedliwości? Korumpował, jak twierdzi Roman O. , ps Sproket, ochraniających go, jako świadka koronnego policjantów?

Z relacji Sproketa, ochroniarza i wieloletniego wspólnika Masy, którą publikuję w książce wynika, że przymykanie oczu na interesy Masy było najmniejszą przewiną  funkcjonariuszy chroniących Masę w programie świadka koronnego. Sproket, jako już skazany w swoich procesie i odbywający wyrok, też dostał status świadka koronnego. Prokuratura dała wiarę jego zeznaniom, zweryfikowała tyle, ile była w stanie, wszczęła śledztwo w sprawie czynów, które zarzucił Masie, ale to śledztwo ciągle toczy się „w sprawie”, a nie przeciwko Sokołowskiemu. Sproket nie ma dowodów i nie mówi, że ci policjanci łamali prawo, ale sugeruje, że mogło być korupcyjne tło. Że przymykali oczy, aby się specjalnie nie napracować, ale musieli też mieć z tego korzyść. Jeżeli nawet nie mieli korzyści majątkowej – nie chcę im tego zarzucać, bo nie mam  wiedzy – to na pewno, pozwalając Masie na wszystko, co chciał, mieli spokój. Mieli gwarancję, że Sokołowski nie będzie się buntował i nadal składał zeznania przeciwko zarządowi gangu pruszkowskiego. Zeznania te nie przyniosły rezultatów, jakie powinny przynieść. Szefów gangu skazano na stosunkowo niskie wyroki. Rzadko skazywano ich za konkretne czyny.

Nie stracili milionowych majątków, a powinni mieć je wyzerowane. Gigantyczne pieniądze pochodzące z przestępstw ocalił też Masa.

Dzięki statusowi świadka koronnego Masa zachował wszystkie ukradzione w „poprzednim życiu” walory. Zalegalizował je. Teraz jest bardzo majętny.

Były gangster bryluje na salonach i w telewizjach. Wydaje książki. Śmieje się w twarz wymiarowi sprawiedliwości. Z czego to wynika? Ze słabości państwa polskiego? Z powiązań świata przestępczego z wysokimi urzędnikami państwowymi?

W 2000 roku, kiedy Masa dostał ochronę, państwo polskie zachłysnęło się instytucją świadka koronnego. Oficerowie policji, prokuratorzy nie umieli postępować z byłymi gangsterami. Bali się ich rozdrażniać. Żeby składali zeznania obciążające innych prokuratorzy szli na koncesje. Doskonale wiedzieli, że w swoim życiu gangsterskim Masa ulokował u wielu ludzi gigantyczne pieniądze – w postaci pożyczek czy inwestycji – i że zrobi wszystko, aby to odzyskać. Prokuratorzy przymykali więc oczy, a Sokołowski uciekał się do czynów niezgodnych z prawem. Windykował długi przy pomocy Sproketa, zlecał pobicia. Teraz Sproket ma zarzuty za czyny, których – jak wynika z protokołu - dokonał „na polecenie, w porozumieniu i za wiedzą” Masy. Na rzecz Masy. Sproket ma zarzuty, a Masa nie. Od piętnastu lat Jarosław Sokołowski trwa w programie świadka koronnego, podatnicy płacą na jego utrzymanie i ochronę. To niebagatelne koszty. Pieniądze dla Masy są wszystkim. Nie popuści nawet złotówki. Wszystko, co tylko może, egzekwuje ze strony państwa polskiego do bólu. Nie drażni mnie to, że stał się celebrytą, bo ma prawa obywatelskie, jest wolnym człowiekiem i może zgodnie z prawem robić, co chce. Drażni mnie natomiast, że gra rolę szeryfa. Stara się być wyrocznią moralną, a nie ma do tego prawa. To jest nadużycie. Mówi się o świadkach koronnych, że są to skruszeni gangsterzy. To jest bardzo nietrafne sformułowanie. Jestem pewien, że Masa nie odczuwa nawet cienia skruchy. Jego reakcje są wyrachowane i dokładnie przemyślane, co mu się opłaca, a co nie. Opłacało mu się zostać świadkiem koronnym. Uratował, jak sądzę,  kilka milionów dolarów.

Piotr Wróbel mówi: „Moja historia świadczy, że śledczy wolą uwierzyć przestępcy niż policjantowi”. Dlaczego śledczy bardziej ufają przestępcy?

Ten mechanizm postępowania śledczych wobec podejrzanych powtarza się bardzo często. Przestępca pomawia najczęściej policjanta, który nastąpił mu na odciski – aresztował go, zamykał, tropił – albo takiego, dla którego był informatorem. Równie często gangster dostaje propozycję zostania świadkiem koronnym w zamian za obciążenie policjantów. Z tego powodu najczęściej na przestępcę patrzy się przychylnym okiem. Bo sprzedał „czarną owcę” w policji. Mniej ważne jest, że obciąża innych przestępców. Ważne, aby policjantowi zarzucił korupcję. Potem policjant traci twarz, ma przekreśloną karierę, zwykle trafia do aresztu. Ma złamane życie. A po latach procesu okazuje się, że był całkowicie niewinny. Dokumentowałem wiele takich przypadków. Nie ma systemu, który chroniłby ich w takich niesprawiedliwych przypadkach pomówień. Mówi się, że kiedyś do niewygodnego psa, czyli gliniarza, aby się go pozbyć – strzelano. Od kilkunastu lat wystarczy go pomówić. To znacznie groźniejsza broń od karabinu.

Masa też dostał propozycję świadka koronnego w zamian za obciążenie policjanta. Dlaczego tak łatwo w Polsce o pomówienie?

Dlatego, że śledczy dają za dużo wiary sensacyjnym zeznaniom, które mają udowodnić, że gliniarz jest przekupny. Dobrze co pewien czas odsiać własne szeregi, pozbyć się czarnych owiec. W świat idzie sygnał, jak o Wróblu: skorumpowany gliniarz. Kiedy go zamykano w areszcie w Olsztynie, „Gazeta Olsztyńska” wywaliła na czołówce, że zamknięto wysokiego rangą oficera policji, który był członkiem gangu pruszkowskiego. Potrzebne są takie newsy, żeby pokazać, że coś się robi z przestępczością w szeregach policji.

W ten sposób organy ścigania zjadają swoje dzieci.

Wymiar sprawiedliwości zachował się w porządku, bo go uniewinnił, ale prokuratura zgodnie ze swymi procedurami musiała się odwołać, dlatego ten proces od piętnastu lat trwa. Nie uzyskasz ode mnie prostej odpowiedzi, dlaczego państwo polskie tak łatwo poświęca funkcjonariuszy publicznych na ołtarzu walki z przestępczością. Tak działa system. Nie ma sita, które pozwoliłoby odsiać oskarżenie prawdziwe od fałszywego. Teraz śledczy są bardziej ostrożni. Szukają dodatkowych dowodów, obejmują gliniarza kontrolą operacyjną, aby dowieść, że jest przekupny. Wtedy wystarczyło tylko słowo.

W twojej książce „Mój agent Masa” jest też pomówienie dziennikarza. Aleksander Gawronik zeznał, że znanemu przed laty reporterowi obiecał dać 20 tys. zł za to, że nakręci pijanego policjanta, który wkroczył na czele grupy uderzeniowej i dochodzeniowej do willi Masy w Komorowie. Tym niby pijanym policjantem miał być Piotr Wróbel.

Takie były oficjalne zeznania. Dziennikarz przyznał, że pojechał z kamerą po telefonie Gawronika. Ale w telewizji nic się nie ukazało. Gawronik po to zadzwonił do dziennikarza, aby uniemożliwić ekipie policyjnej akcję, gdyż był wspólnikiem Masy.

Napisałeś ostatnio w miesięczniku PRESS, że dziennikarz nie powinien angażować własnych emocji, bo zatraca obiektywizm. Ale z książki wynika, że emocjonalnie jesteś po stronie Piotra Wróbla.

Tak to odebrałeś, masz do tego prawo, ale starałem się oszczędnie używać swoich emocji. Nie stoję ewidentnie po jednej stronie, tylko stawiam pytania, żeby czytelnik się czegoś dowiedział. Burzysz mi spokój, bo jeśli opowiedziałem się po stronie Piotra Wróbla, to nie z powodu emocji, tylko rozumu.

Swojego bohatera wyraźnie lubisz. Zresztą ze wzajemnością. Pytasz, czy jak zostanie oczyszczony, to napije się wódki z Masą. Odpowiada, że wódkę pija z przyjaciółmi. „Napijemy się?”- pytasz. „Oczywiście” – mówi Piotr Wróbel.

Lubię i nie będę udawał, że jest inaczej. Ale czy jest jakiś przepis zabraniający dziennikarzowi, żeby lubił lub nie lubił swojego rozmówcy? W tekście dla PRESS bardziej chodziło mi o to, że dziennikarze często wydają wyroki z powodu emocji, a tego powinni unikać. Coś się tak przyczepił tych emocji, człowieku?






 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl