Ewa Łosińska: Do kogo jest adresowane pismo, które redagujesz od kilkunastu lat?

Elżbieta Konderak: „List”, który narodził się ponad trzydzieści lat temu na krużgankach krakowskiego klasztoru dominikanów, jest adresowany do wszystkich ludzi myślących i poszukujących. Jesteśmy pismem katolickim, mamy asystenta kościelnego, choć redagują to pismo głównie ludzie świeccy tyle że we współpracy z mądrymi duchownymi. Piszemy o nauczaniu Kościoła, o duchowości, ale i o rodzinie czy psychologii w życiu wewnętrznym. Prostym językiem staramy się mówić o trudnych sprawach. Każdy numer jest poświęcony jednemu tematowi, np. rodzinie czy wierze i samodzielności, a właściwie – samodzielności i wolności w wierze.

- Jest zapotrzebowanie na takie wydawnictwo? Jaki macie nakład? Czy miesięcznik jest rozprowadzany w parafiach?

- Zapotrzebowanie na taką poważną rozmowę istnieje, ale niełatwo zdobyć fundusze na miesięcznik, w którym jest niewiele reklam. Pieniądze są tu ważne, zwłaszcza, że bardzo dbamy o atrakcyjną szatę graficzną, kolor i ładny papier. „List” redagują pasjonaci, mamy ok. 12 tysięcy nakładu i sprzedaży jednocześnie. Czytelnicy chętnie kupują nie tylko bieżące numery, ale i te archiwalne, więc w zasadzie nic nam nie zostaje. Miesięcznik sprzedajemy za pośrednictwem parafii, to tak samo dobry sposób dystrybucji jak sieć kiosków.

- Czy prasa katolicka jest dyskryminowana? Czasem z lekceważeniem mówi się o jej sprzedaży poprzez parafie, w ten sposób podważając jej znaczenie i kwestionując nakład. Tak dzieje się choćby w przypadku „Gościa Niedzielnego”, który w 2014 roku sprzedawał tygodniowo ponad 140 tys. egzemplarzy, czyli więcej niż popularne „świeckie” tygodniki opinii.

- Rzeczywiście zdarza się, że wydawnictwa katolickie są traktowane jak gorszy rodzaj mediów. Zwłaszcza przez tych, którzy nigdy po nie nie sięgają. Trudniej nam zdobyć wsparcie – nas nie dotuje ani Kościół, który ma własne wydawnictwa, ani np. Unia Europejska, wspierająca chętnie świeckie magazyny. Stworzyliśmy fundację, która ma pomóc finansować LIST, jednak istniejemy praktycznie tylko dzięki czytelnikom. Trafiamy w ich zapotrzebowania, ale klepiemy biedę - żeby wychodzić na swoje, musielibyśmy podwoić nakład. Niełatwo rozpychać się na rynku mediów, skoro nie piszemy o awanturach, nie można nas też wykorzystać do żadnej politycznej akcji czy skandalu.

- Co musiałoby się wydarzyć, żeby „List” był spokojny o swoją przyszłość?

- Finansowo? Jakiś cud... Ale skupiamy się na sprawach merytorycznych. Teraz zastanawiamy się przede wszystkim, jak mówić o świecie Biblii i religii, o wierze, gdy tak bardzo zmienia się Europa, wręcz cały dotychczasowy paradygmat i mamy do czynienia z innymi ludźmi, innym odbiorcą tego, co się wokół dzieje niż jeszcze kilkanaście lat temu. Dlatego m.in. organizujemy w redakcji tuż przed Bożym Narodzeniem dyskusję na ten temat z udziałem autorytetów i ekspertów, zarówno świeckich, jak i duchownych. To ważny temat do debaty i do publikacji.

 

 Rozmawiała Ewa Łosińska

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl